Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]
Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]

Электронная книга - «Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]». Краткое содержание книги:

Drugi tom cyklu „Temeraire” — niezwykłego połączenia fantasy i powieści historycznych z czasów napoleońskich.
Kapitan Laurence i Temeraire, nowicjusze w brytyjskim Korpusie Powietrznym, odegrali decydującą rolę w bitwie pod Dover, przyczyniając się do odparcia francuskiej inwazji. Niestety, wkrótce wpadają w kłopoty. Kiedy Chińczycy dowiadują się, że Temeraire — niezwykle rzadki smok, którego podarowali Napoleonowi — dostał się w ręce Anglików, wysyłają do Londynu gotową na wszystko delegację, aby go odzyskać. Laurence jednak odmawia współpracy. Za nieposłuszeństwo grozi mu szubienica, więc wbrew własnej woli musi wyruszyć z Temeraire’em w długą i niebezpieczną podróż na Daleki Wschód. Na dworze chińskiego cesarza czekają go jeszcze bardziej szokujące niespodzianki…
1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 88
Перейти на страницу:

Laurence w odpowiedzi pokręcił tylko głową.

— Dobrze, że zszyliśmy ubrania sztormowe. Osłonią go przed łańcuchami — powiedział i zobaczył, że Granby wszystko zrozumiał.

Przyniesiono na pokład łańcuchy, których ogniwa miały grubość chłopięcego nadgarstka, i rozciągnięto je na krzyż na grzbiecie Temeraire’a. Potem przeciągnięto przez wszystkie ogniwa grube, wzmocnione liny i przywiązano je do czterech podwójnych pachołów znajdujących się w rogach smoczego pokładu. Laurence starannie sprawdził wszystkie węzły i kazał kilka poprawić, zanim uznał, że jest zadowolony.

— Czy więzy nigdzie cię nie uciskają? — zapytał Temeraire’a. — Nie są za ciasne?

— Nie mogę się ruszyć z tymi łańcuchami — powiedział Temeraire i spróbował przesunąć nieco tułów, machając niespokojnie końcem ogona. — To wcale nie przypomina uprzęży. Po co mi to? Dlaczego mnie spętano?

— Nie napinaj, proszę, lin — rzekł zatroskany Laurence i podszedł je sprawdzić: na szczęście żadna nie była wystrzępiona. — Przykro mi — dodał, wracając — ale jeśli podniosą się fale, musisz być jakoś przymocowany do pokładu, bo inaczej mógłbyś się ześliznąć do oceanu albo zmienić kurs okrętu, bardzo ci niewygodnie?

— Nie aż tak bardzo — odpowiedział niewesoło Temeraire. — Na długo mi to założono?

— Aż minie burza — rzekł Laurence i spojrzał ponad dziobem okrętu. Zwały chmur wtapiały się w niewyraźną, ołowianą masę nieba, a wschodzące słońce zupełnie już zniknęło. — Muszę sprawdzić barometr.

Słupek rtęci w kajucie Rileya opadł bardzo nisko. Nie było tam nikogo, a także ani śladu śniadania, poza świeżą kawą. Laurence odebrał filiżankę od stewarda i wypił gorącą kawę na stojąco, po czym wrócił na pokład. Podczas jego krótkiej nieobecności poziom wody podniósł się o jakieś dziesięć stóp i teraz Allegiance mógł pokazać, na co go naprawdę stać. Jego żelazny dziób rozcinał równo fale, a ogromny kadłub rozrzucał je na boki.

Kiedy zakładano burzowe osłony na luki, Laurence po raz ostatni sprawdził łańcuchy i powiedział do Granby’ego:

— Odeślij ludzi na dół, obejmę pierwszą wachtę. — Wsunął się pod pokrywę z ubrań sztormowych i stanął przy Temerairze, gładząc go po miękkim pysku. — Obawiam się, że nieźle powieje — stwierdził. — Może zjesz coś?

— Jadłem wczoraj wieczorem i nie jestem głodny — odparł Temeraire. W ciemności prowizorycznego kaptura jego źrenice, czarne i wilgotne, rozszerzyły się i teraz otaczały je tylko wąskie niebieskie półksiężyce. — Przeszliśmy już burzę na Reliancie — powiedział. — Wtedy nie musiałem mieć takich łańcuchów.

— Byłeś dużo mniejszy, a i burza była łagodniejsza — odpowie dział Laurence, a Temeraire ustąpił, choć jeszcze raz zamruczał z niezadowolenia.

Nie nawiązał rozmowy, tylko leżał w milczeniu, od czasu do czasu drapiąc pazurem o łańcuch, z głową odwróconą w bok, by uniknąć wodnego pyłu. Ponad jego pyskiem Laurence obserwował marynarzy, zajętych mocowaniem burzowych przewiązów i refowaniem marsów. Wszystkie odgłosy sprowadziły się do niskiego metalicznego brzęku, stłumionego osłoną z grubego materiału.

W porze drugiej szklanki przedpołudniowej wachty fale przelewały się już przez nadburcie i woda spływała niemal nieprzerwanie skrajem smoczego pokładu. Piece w kuchni wygasły na dobre, a ogień można było rozpalić dopiero po odejściu burzy. Temeraire przywarł do pokładu i już nie narzekał, lecz przykrył się szczelniej osłoną ze sztormiaków. Co jakiś czas napinał mięśnie, by strząsnąć strużki wody, które wciskały się między warstwy materiału.

— Wszyscy na pokład, wszyscy na pokład — padła komenda Rileya, stłumiona przez wiatr. Bosman zaraz złożył dłonie przy ustach i powtórzył ją na cały głos. Na pokład wybiegła z głośnym tupotem masa marynarzy, by refować żagle i obrać kurs z wiatrem.

Dzwon odzywał się niezawodnie przy każdym obrocie klepsydry, jedynego wskaźnika czasu. Szybko pociemniało i zmierzch jedynie bardziej zagęścił mrok. Po pokładzie rozlała się zimnoniebieska poświata, niesiona przez wodę, i oświetliła liny i krawędzie desek; w słabym blasku widać było grzbiety podnoszących się nieustannie fal.

Teraz nawet Allegiance nie był w stanie ich rozbić i musiał wspinać się po nich powoli, tak mocno przechylony, że gdy Laurence patrzył w dół wzdłuż pokładu, widział dno doliny między falami. Kiedy wreszcie dziób docierał na szczyt, okręt od razu przeskakiwał na drugą stronę opadającej fali i nurkował gwałtownie w dolinę wypełnioną morską pianą. Szeroki wachlarz smoczego pokładu wznosił się gwałtownie, wybijając dziurę w ścianie kolejnej fali, i okręt rozpoczynał wspinaczkę od początku. Jedynie piasek w klepsydrze pokazywał różnice między jedną falą a następną.

Poranek: wiatr wciąż gwałtowny, lecz fale — trochę mniejsze. Laurence obudził się z niespokojnego, przerywanego snu. Temeraire nie chciał nic zjeść.

— Nic nie przełknę, nawet gdyby mogli mi coś przynieść — powiedział, gdy Laurence zaproponował jedzenie, i znowu zamknął oczy, bardziej wyczerpany niż senny, z nozdrzami zalepionymi białą solą.

Wcześniej Granby przejął wachtę i teraz razem z kilkoma członkami załogi siedział na pokładzie, przytulony do drugiego boku Temeraire’a. Laurence przywołał Martina i polecił mu przynieść trochę szmat. Deszcz był zbyt zmieszany z morskim pyłem, lecz na szczęście mieli pod dostatkiem świeżej wody, jako że przed burzą napełniono zbiornik dziobowy. Trzymając się mocno lin sztormowych rozciągniętych wzdłuż pokładu, Martin przedostał się powoli do beczki i wrócił z ociekającymi wodą szmatami. Temeraire prawie się nie poruszył, kiedy Laurence wycierał delikatnie krawędzie jego nozdrzy.

Płynęli w dziwnej brudnej szarości, w której nie było widać ani chmur, ani słońca. Tylko od czasu do czasu wiatr przynosił im krótkie ulewne deszcze, a gdy stawali na szczycie fali, cały zakrzywiony horyzont wypełniało falujące i spienione morze. Po przybyciu Ferrisa Laurence odesłał na dół Granby’ego i zjadł trochę sucharów i twardego sera. Nie chciał opuszczać pokładu. Deszcz wzmagał się w miarę upływu dnia; potężna masa wzburzonego morza natarła na okręt z obu stron, a jedna z monstrualnych fal załamała się niemal na wysokości fokmasztu i opadła gwałtownie na Temeraire’a, wytrącając go ze snu.

Chwilowa powódź przewróciła kilku awiatorów i odepchnęła ich od lin czy skrzynek, których mogli się przytrzymać. Laurence złapał Portisa, zanim woda zdołała zmyć skrzydłowego ze smoczego pokładu na schody, trzymał go tak długo, aż Portis stanął pewnie na nogach, uczepiony liny sztormowej. Temeraire szarpał za łańcuchy, na wpół rozbudzony i spanikowany wzywając Laurence’a; tak się miotał, że pokład przy pachołach zaczął się wybrzuszać.

Laurence przysunął się po mokrym pokładzie i poklepał Temeraire’a, starając się go uspokoić.

— To była tylko fala. Jestem tutaj — powiedział. Temeraire przestał się rzucać i opadł na pokład, dysząc, lecz liny zostały mocno naciągnięte. Łańcuchy poluzowały się w chwili, kiedy były najbardziej potrzebne, a w takich okropnych warunkach szczury lądowe, nawet awiatorzy, nie zdołałyby poprawić węzłów.

Allegiance przyjął kolejną falę na rufę i przechylił się niebezpiecznie. Ogromny tułów Temeraire’a przesunął się, jeszcze bardziej napinając łańcuchy, smok instynktownie wpił pazury w pokład, by utrzymać się w miejscu, i rozległ się trzask rozłupanych desek.

— Ferris, zostań z nim — ryknął Laurence i ruszył przez pokład.

1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 88
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)