Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Шпионские детективы » Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]

Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:

Podczas wycieczki do Amsterdamu Thomas Lang dostaje propozycję zabójstwa Amerykanina, której nie przyjmuje. Po wielu przemyśleniach postanawia uprzedzić swoją niedoszłą ofiarę Woolfa. Ciąg nieprzypadkowych zdarzeń uzależnia go od Woolfa i jego córki Sary. Ich celem jest uniknięcie amerykańskiego planu ataku terrorystycznego, który miałby zmusić rząd do kupienia nowoczesnych helikopterów (projekt Absolwent). Thomas przez cały czas wmawia sobie, że nic nie czuje do dziewczyny, lecz gotowy jest zrobić dla niej wszystko. W pewnym momencie mężczyźni trafiają w pułapkę, Woolf zostaje zabity. Ranny Lang próbuje odnaleźć Sarę, pomoc w poszukiwaniach oferuje Ronnie — jej koleżanka z pracy. Thomas udaje się do ambasadora USA w Wielkiej Brytanii i uświadamia sobie jak zawiła i tajemnicza jest to sprawa. W ostateczności zostaje zmuszony to przygotowania tego ataku, inaczej Sara zginie.
1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 87
Перейти на страницу:

Podniosła wzrok na Louisa, sprawdzając, czy ma kontynuować, ale on, widząc moje przeszklone spojrzenie, delikatnie potrząsnął głową.

— Mili goście, co nie? — powiedział. — Podobnie jak ci, którzy dali broń Ali Agcy — to również niewiele mi mówiło. — Strzelał do Jana Pawła II w 1981 roku. Pisali o tym w paru gazetach.

Mruknąłem „Ach tak” i pokiwałem głową, żeby pokazać, że jestem pod wrażeniem.

— Kintex — ciągnął dalej — to wielkie centrum handlowe, Tom. Jeżeli chcesz wywołać gdzieś na świecie zamieszki, zrujnować kilka państw, zmieść z powierzchni — ziemi kilka milionów istnień, wystarczy, że chwycisz za kartę kredytową i udasz się do Kinteksu. Nigdzie nie znajdziesz lepszych cen.

Louis uśmiechał się, ale widziałem, że w środku aż gotuje się ze szlachetnego gniewu. Rozejrzałem się zatem po pokoju i nie zdziwiłem się, widząc ten sam żarliwy ogień buchający nad głowami pozostałej trójki.

— Rozumiem, że Kintex — powiedziałem, desperacko licząc na to, że zaprzeczą — to ludzie, z którymi zadawał się Aleksander Woolf.

— Tak — powiedział Louis.

Wtedy właśnie, w tej straszliwej chwili, zdałem sobie sprawę, że nikt, nawet Louis, nie ma najmniejszego pojęcia, o co w rzeczywistości chodzi w Projekcie Absolwent, ani, jaki cel ma tak naprawdę osiągnąć Operacja Uschnięte Drzewo. Ci ludzie naprawdę sądzili, że toczą zwykłą wojnę przeciwko narkoterroryzmowi lub terronarkotykom, czy jak to sobie, cholera jasna, nazwali, w imieniu wdzięcznego Wuja Sama i Cioci Reszty Świata. Brałem udział w przeciętnej, standardowej operacji CIA. Zamierzali mnie umieścić w drugoligowej organizacji terrorystycznej, żywiąc prostolinijną nadzieję, że co wieczór w czasie wolnym wyskoczę do budki telefonicznej i przedyktuję im mnóstwo nazwisk i adresów.

Odkrycie, że jazdy uczyli mnie ślepi instruktorzy, lekko mną wstrząsnęło.

Przedstawili mi plan infiltracji i kazali milion razy powtórzyć każdy etap. Obawiali się, jak sądzę, że jako Anglik nie potrafię zapamiętać więcej niż jednej myśli na raz, a kiedy przekonali się, że dość łatwo przyswoiłem sobie całość, klepali się po plecach i powtarzali „Dobra robota”.

Po ohydnej kolacji składającej się z klopsików i lambrusco, podanej przez udręczonego Sama, Louis i pozostała trójka spakowali teczki, uścisnęli mi dłoń, pokiwali znacząco głowami, po czym wsiedli do samochodów i odjechali drogą do szczęścia. Nie pomachałem im na pożegnanie.

Zamiast tego poinformowałem Carlów, że udaję się na spacer. Przeszedłem przez ogród na tył domu, gdzie trawnik opadał łagodnie w dół do rzeki, tworząc najpiękniejszy widok na całej długości Tamizy.

Była ciepła noc, a na drugim brzegu wciąż spacerowały młode pary i starsi ludzie z psami. W pobliżu zacumowało kilka łodzi motorowych, woda chlupała łagodnie o kadłuby, a z okien kabin wydobywało się łagodne, ciepłe, żółte światło. Ludzie śmiali się, czułem zapach zupy z puszki.

Tkwiłem po uszy w gównie.

Barnes zjawił się zaraz po północy i wyglądał zupełnie inaczej niż podczas naszego pierwszego spotkania. Zniknęły eleganckie ubrania i bardziej przypominał człowieka, który za chwilę ma wyjechać do nikaraguańskiej dżungli. Spodnie khaki, ciemnozielona koszula z diagonalu, buty Red Wing. Miejsce roleksa zajął wojskowy zegarek z płóciennym paskiem. Miałem wrażenie, że z radością stanąłby przed lustrem i pokrył kamuflażem twarz, która wyglądała na jeszcze bardziej pobrużdżoną niż wcześniej.

Odesłał Carlów i razem usiedliśmy w salonie. Wyjął z teczki pół butelki jacka danielsa, paczkę marlboro i pomalowaną w barwy ochronne zapalniczkę Zippo.

— Jak się miewa Sara? — zapytałem.

Pytanie było dość głupie, ale musiałem je zadać. Poza wszystkim to właśnie z jej powodu robiłem to wszystko, więc gdyby okazało się, że tego poranka wpadła pod autobus albo umarła na malarię, na pewno wypisałbym się z interesu. Nie żeby Barnes miał mi o tym powiedzieć, ale miałem nadzieję wyczytać coś z jego twarzy.

— Dobrze — odparł. — Czuje się dobrze.

Rozlał bourbona do szklaneczek i popchnął jedną w moją stronę.

— Chcę z nią porozmawiać — powiedziałem. Patrzył na mnie z kamienną twarzą. — Muszę wiedzieć, że nic jej się nie stało. Że żyje i ma się dobrze.

— Mówię przecież, że wszystko u niej w porządku — wychylił odrobinę bourbona.

— Wiem, usłyszałem. Problem w tym, że jesteś psychopatą, którego słowo liczy się dla mnie mniej niż kropla rzygowin.

— Też za tobą nie przepadam, Thomas.

Siedzieliśmy naprzeciw siebie, popijając whisky i paląc — papierosy, ale atmosfera dalece odbiegała od idealnej relacji zwierzchnik-agent i pogarszała się z każdą sekundą.

— Wiesz, co jest twoim problemem? — zapytał po chwili Barnes.

— Tak, doskonale wiem, co jest moim problemem. Mój problem kupuje ubrania z katalogu L. L. Bean i siedzi naprzeciwko mnie.

Udał, że nie słyszy. A może nie udawał.

— Twój problem, Thomas, polega na tym, że jesteś Brytyjczykiem. — Zaczął w dziwny sposób ruszać głową. Co chwilę w karku trzaskała mu jakaś kostka, co wydawało się sprawiać mu przyjemność. — Wszystko, co jest nie w porządku z tobą, jest też nie w porządku z tą zapadłą, zasraną wyspą.

— Chwileczkę! — zawołałem. — Jedną króciutką chwileczkę. Chyba się przesłyszałem. Czyżby pieprzony Amerykanin mówił mi, co jest nie w porządku z moim krajem?

— Brakuje ci jaj, Thomas. Nie masz ich. Ten kraj ich nie ma. Może kiedyś je mieliście, ale to już przeszłość. Zresztą średnio mnie to obchodzi.

— Uważaj, Rusty, uważaj… — powiedziałem. — Powinienem cię ostrzec, że u nas słowo „jaja” uważa się za synonim odwagi. Nie rozumiemy amerykańskiego znaczenia. Dla was „jaja” oznacza niewyparzoną gębę i erekcję za każdym razem, kiedy mówicie „Delta”, „atak” i „skopać tyłek”. Mamy tu do czynienia z istotną różnicą kulturową. A dla nas różnica kulturowa — dodałem, bo muszę przyznać, że trochę we mnie zawrzało — nie oznacza w tym wypadku odmiennych wartości. Rozumiemy przez nią: pierdolić was w dupę szczotką drucianą.

Wybuchnął śmiechem. Nie na taką reakcję liczyłem. Miałem nadzieję, że spróbuje mnie uderzyć, dzięki czemu mógłbym zadać mu cios w gardło i odjechać w noc ze spokojnym umysłem.

— No cóż, Thomas — powiedział. — Mam nadzieję, że oczyściliśmy w ten sposób atmosferę. Mam nadzieję, że lepiej się teraz czujesz.

— O wiele lepiej, dziękuję — zgodziłem się.

— Ja też.

Wstał, aby ponownie napełnić szklaneczki. Rzucił mi na kolana papierosy i zapalniczkę.

— Thomas, powiem wprost. W tej chwili nie możesz się zobaczyć z Sarą Woolf, ani z nią porozmawiać. To niemożliwe. Nie oczekuję jednak, że kiwniesz dla mnie palcem, dopóki jej nie zobaczysz. Co powiesz na taki układ? Brzmi uczciwie?

Łyknąłem whisky i wyciągnąłem papierosa z paczki.

— Nie macie jej, prawda?

Ponownie się zaśmiał. Uznałem, że muszę położyć kres tym wybuchom wesołości.

— Nigdy nie powiedziałem, że ją mamy, Thomas. Sądziłeś, że trzymamy ją gdzieś przykutą do łóżka? Daj spokój, mógłbyś nas choć trochę docenić. Jesteśmy zawodowcami, a nie jakimiś żółtodziobami. — Usiadł ponownie na krześle i wrócił do rozciągania szyi. Żałowałem, że nie mogę mu pomóc. — Jeżeli tylko zajdzie taka potrzeba, w każdej chwili możemy skontaktować się z Sarą. Akurat w tej chwili, ponieważ zachowujesz się, jak na grzecznego angielskiego chłopca przystało, nie ma takiej potrzeby. W porządku?

1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)