Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]

Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:

Mieszkaniec planety Anarres, fizyk imieniem Szevek, nigdy nie potrafi zrezygnować z prawa do odrębności, do osobistej wolności, dlatego czuł się nieszczęśliwy będąc członkiem społeczeństwa ludzi całkowicie równych. Idealnym wyjściem w tej sytuacji wydaje się emigracja na sąsiednią, wrogą planetę Urras. Szevek otrzymuje zaproszenie i opuszcza ojczyznę, lecz już na pokładzie statku kosmicznego zdobywa pewne niepokojące informacje o Urras. Statek niebawem wyląduje…

Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 95
Перейти на страницу:

— A co panu grozi? — zapytała, robiąc zdziwione oczy.

Zza wzgórza za miastem wyjechał pociąg.

— Och, zapewne nic. Są jednak tacy, którzy uważają mnie za zdrajcę. Dlatego, że staram się o nawiązanie przyjaźni z Urras.

Mogą sprawiać kłopoty, kiedy przyjadę do domu. Nie chcę tego ani dla niej, ani dla dzieci. Doświadczyliśmy trochę szykan przed moim wyjazdem. Wystarczy.

— Chce pan powiedzieć, że zagrozi panu prawdziwe niebezpieczeństwo?

Nachylił się do niej, żeby lepiej słyszeć, na stację z łoskotem kół i wagonów wtaczał się już bowiem pociąg.

— Nie wiem — odrzekł z uśmiechem. — Czy wiesz, że nasze pociągi są bardzo podobne do waszych? Dobry projekt nie wymaga ulepszeń. — Podszedł z nią do wagonu pierwszej klasy. Ponieważ nie otwierała drzwi, uczynił to za nią. Kiedy wsiadła, wetknął do przedziału głowę i rozejrzał się po nim. — W środku nie są jednak podobne! To przedział prywatny, wyłącznie dla ciebie?

— O tak. Nie cierpię drugiej klasy. Mężczyźni żują gumę maera i spluwają. Czy na Anarres żuje się maerę? Nie, z pewnością nie.

Och, tak bym chciała dowiedzieć się czegoś więcej o panu i pańskiej ojczyźnie!

— Z chęcią bym o niej opowiedział, ale nikt mnie nie pyta.

— A więc spotkajmy się znowu, żeby sobie o niej porozmawiać!

Może by pan do mnie zadzwonił, będąc następnym razem w Nio Esseii? Proszę obiecać.

— Obiecuję — odrzekł z humorem.

— Świetnie! Wiem, że nie łamie pan obietnic. Nic jeszcze o panu nie wiem, ale to jedno wiem. Wyczuwam to. Do widzenia, Szevek.

Na chwilę nakryła dłonią w rękawiczce jego przytrzymującą drzwi rękę. Rozległ się dwutonowy gwizd lokomotywy; Szevek zatrzasnął drzwi i spoglądał za odjeżdżającym pociągiem, odprowadzając wzrokiem twarz Vei, świecącą z okna biało-szkarłatną plamą.

W doskonałym nastroju wrócił do domu Oiie i aż do zmroku toczył z Ini bitwę na śnieżki.

REWOLUCJA W BENBILI! UCIECZKA DYKTATORA!

PRZYWÓDCY REBELIANTÓW OPANOWUJĄ STOLICE!

NADZWYCZAJNE POSIEDZENIE RRŚ.

NIEWYKLUCZONA INTERWENCJA A-IO.

Brukowe gazety zachłystywały się największymi z dostępnych czcionek, gubiąc po drodze składnię i gramatykę; brzmiało to niczym sposób wysławiania się Efora: „Ostatniej nocy powstańcy opanowują całą zachodnią część Meskti i mocno naciskają na armię…” Taki — wtłaczający przeszłość i przyszłość w jeden przeciążony, chwiejący się czas teraźniejszy — był czasownikowy tryb Niotyjczyków.

Szevek przeczytał gazety i zajrzał do encyklopedii RRŚ pod hasło „Benbili”. Państwo to było formalnie demokracją parlamentarną, faktycznie — rządzoną przez generałów — dyktaturą wojskową. Był to rozległy, słabo zaludniony, biedny kraj na zachodniej półkuli, same tylko góry i jałowe sawanny. „Powinienem tam pojechać” — pomyślał, skuszony owym obrazem; oczyma wyobraźni oglądał już blade, chłostane wiatrem równiny. Wieści z Benbili niezwykle go poruszyły. Nasłuchiwał wiadomości stamtąd w radiu, które dotąd rzadko był włączał, stwierdziwszy, że jego podstawową funkcją było reklamowanie towarów na sprzedaż. Radiowe doniesienia, podobnie jak oficjalne telefaxy, zainstalowane w pomieszczeniach publicznych, były krótkie i suche — osobliwy kontrast z prasą popularną, która na każdej stronie krzyczała: Rewolucja!

Prezydent, generał Havevert, zdołał ujść cało w swoim słynnym opancerzonym samolocie, kilku jednak pomniejszych generałów ujęto i wykastrowano — kara, którą Benbilijczycy tradycyjnie przedkładali nad egzekucję. Wycofująca się armia zostawiała za sobą spalone pola i zgliszcza miast swego narodu. Partyzanci nękali ją z kolei wojną podjazdową. W Meskti, stolicy kraju, rewolucjoniści otworzyli bramy więzień, ogłaszając amnestię dla wszystkich uwięzionych. Żywiej zabiło serce Szeveka, kiedy to czytał. Więc była jeszcze, wciąż jeszcze była nadzieja… Z rosnącym przejęciem śledził doniesienia z dalekiej rewolucji. Czwartego dnia w telefaksowej transmisji z obrad Rady Rządów Świata usłyszał, jak ambasador ajoński przy RRŚ ogłasza, że A-Io, śpiesząc z pomocą demokratycznemu rządowi w Benbili, wysyła posiłki wojskowe prezydentowi-generałowi Havevertowi. Rewolucjoniści w Benbili przeważnie nie byli nawet uzbrojeni. Ajoiiskie oddziały wyruszały zaś przeciwko nim z karabinami, wozami pancernymi, samolotami, bombami. Szevek czytał w gazecie opis ich uzbrojenia i zaczęły ogarniać go mdłości.

Czuł obrzydzenie i gniew, a nie było nikogo, z kim mógłby o tym porozmawiać. Pae nie wchodził w rachubę. Atro był zaciekłym militarystą. Oiie był przyzwoitym człowiekiem, ale jego lęki i obawy właściciela majętności kazały mu obstawać przy sztywnych pojęciach prawa i porządku. Sympatię do Szeveka mógł powziąć jedynie dzięki temu, że nie dopuszczał do siebie myśli, iż ten jest anarchistą. Odońskie społeczeństwo — wywodził — określa siebie mianem anarchistycznego, ale jest w gruncie rzeczy zbiorowiskiem najzwyklejszych prymitywnych populistów, zachowujących ład społeczny bez widocznego udziału rządów tylko dlatego, że społeczeństwo to jest tak nieliczne i nie sąsiaduje z innymi państwami. Gdyby jego stanowi posiadania zagroził agresywny rywal albo otworzyłoby oczy na rzeczywistość, albo zostałoby starte z powierzchni ziemi. Rebeliantom z Benbili właśnie otwierają się oczy na rzeczywistość: przekonują się oto, że nic po wolności, skoro nie można jej poprzeć karabinami. Poglądy te Oiie wyłożył Szevekowi podczas jedynej dyskusji, jaką na ten temat odbyli. Nie ma znaczenia, kto rządzi — bądź zdaje mu się, że rządzi — Benbilijczykami: realna polityka zasadza się na walce o władzę między A-Io aThu.

— Realna polityka — powtórzył Szevek. Popatrzył na Oiie i zauważył: — Dziwne sformułowanie w ustach fizyka.

— Bynajmniej. Zarówno polityk, jak i fizyk zajmują się rzeczami takimi, jakimi one są, realnymi siłami, podstawowymi prawami tego świata.

— Mówisz jednym tchem o waszych marnych, nędznych „prawach” służących ochronie bogactwa, waszych „siłach” złożonych z karabinów i bomb — i o prawie entropii, sile grawitacji? Lepszego byłem zdania o twoim rozumie, Demaere!

Oiie aż się skurczył pod tym chłoszczącym tonem pogardy. Nic nie odrzekł, a i Szevek nie powiedział już nic więcej; Oiie jednak nigdy jego słów nie zapomniał. Tkwiły one odtąd w jego pamięci jako wspomnienie najbardziej wstydliwego momentu jego życia.

Gdyby bowiem tak łatwo zbił go z tropu Szevek — zwiedziony, prostaczkowaty utopista, byłoby to zawstydzające; ale zawstydził go Szevek-fizyk, człowiek, którego nie lubić i nie podziwiać nie mógł, na którego szacunek pragnął sobie zasłużyć, jakby to był szacunek wyższej jakiejś próby od tego, który gdzie indziej można było zdobyć — ten Szevek miał go w pogardzie, i dlatego spowodowany tym wstyd był nie do zniesienia, musiał go więc ukryć, zamknąć na resztę życia w najciemniejszym zakątku swej duszy.

Rewolucja w Benbili i Szevekowi wyostrzyła pewne sprawy: szczególnie kwestię jego własnego milczenia.

Nieufność do ludzi, z którymi przebywał, przychodziła mu z trudem. Wzrastał w kulturze, która zasadzała się — z wyboru i bez wyjątków — na zaufaniu w ludzką solidarność i pomoc wzajemną. Jakkolwiek pod pewnymi względami był z kultury tej wyobcowany i jej obcy, zachował się w nim nawyk: zakładał, że ludzie będą mu pomocni. Ufał im.

Nie przestawały doń jednak wracać — choć starał sieje od siebie odsuwać — przestrogi Chifoiliska. Wzmacniały je jego własne spostrzeżenia i przeczucia. Musi się nauczyć nieufności, czy mu się to podoba, czy nie. Musi milczeć; to, co posiada, zatrzymać dla siebie; zachować swoją siłę przetargową.

1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)