Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— Traf tylko poniżej linii wodnej, żeby nie mogli odciąć liny — powiedział Vimes.
— Dobra. Dobra.
— Jakiś problem, sierżancie?
— Płyniemy do Klatchu, nie?
— No, w tamtym kierunku, owszem.
— Tylko że… zrobię się całkiem gupi w Klatchu, przez ten cały gorąc, nie?
— Mam nadzieję, Detrytus, że zatrzymamy ich, zanim tam dopłyniemy.
— Nie chcę być gupi. Wiem, co ludzie gadają: troll Detrytus, tępy jak…
— …ceglany sandwicz… — mruknął Vimes, wpatrując się w światło.
— No. Tylko żem słyszał, że na pustyni się robi bardzo strasznie gorąco…
Wyglądał tak żałośnie, że Vimes pocieszająco klepnął go po ramieniu.
— Więc zatrzymajmy ich zaraz, co? — powiedział, potrząsając dłonią, bo zabolała.
Ścigany statek był już tak blisko, że na pokładzie widzieli pracujących gorączkowo marynarzy. Główny żagiel wydymał się w świetle lamp.
Detrytus uniósł kuszę.
Kula niebieskozielonego światła rozjarzyła się na grocie strzały. Troll wytrzeszczył oczy.
Zielony płomień zbiegł po maszcie, a kiedy dotarł do podstawy, rozprysnął się na dziesiątki zielonych kul, które trzaskając i sypiąc iskrami, toczyły się po pokładzie.
— To magia? — spytał Detrytus.
Zielony płomień skwierczał głośno na jego hełmie.
— Co to takiego, Jenkins? — zapytał Vimes.
— To nie jest magia! To gorsze niż magia! — odparł kapitan i pobiegł na dziób. — Do roboty, chłopaki! Zrzucać mi te żagle, ale już!
— Zostawcie je na miejscu! — krzyknął Vimes.
— Wie pan, co to jest?
— Nawet żem nie poczuł, że ciepłe — stwierdził Detrytus, dźgając płomień na kuszy.
— Nie dotykaj tego! Nie dotykaj! To ognie świętego Ungulanta! Oznaczają, że wkrótce zginiemy w straszliwym sztormie!
Vimes uniósł wzrok. Chmury pędziły po… nie, raczej wylewały się na niebo w wielkich, poskręcanych kłębach, jak gdyby ktoś lał do wody atrament. Między nimi rozbłyskiwało błękitne światło. Statek szarpnął.
— Słuchajcie, musimy zrzucić trochę żagli! — krzyczał Jenkins. — To jedyny sposób…
— Niech nikt niczego nie rusza! — huknął Vimes. Zielone ognie sunęły teraz po wierzchołkach fal. — Detrytus, aresztujesz każdego, kto spróbuje czegoś dotykać!
— Dobra!
— Chcemy przecież płynąć szybciej — wyjaśnił Vimes, przekrzykując szum fal i daleki łoskot gromów.
Jenkins rozdziawił usta. Pokład skoczył im pod nogami.
— Oszalałeś! Masz pojęcie, co się dzieje ze statkiem, który próbuje… Nie, nie masz żadnego pojęcia, co? To nie jest zwyczajna burza! Trzeba płynąć ostrożnie! Nie da się żeglować przed jej frontem!
Coś śliskiego spadło Detrytusowi na głowę, odbiło się na pokład i próbowało odpełznąć.
— A teraz pada rybami! — jęknął Jenkins.
Chmury tworzyły żółtą mgłę, bez przerwy rozjaśnianą błyskawicami. I zrobiło się ciepło. To chyba było najdziwniejsze. Wiatr wył jak worek pełen kotów, a fale tworzyły wysokie ściany po obu stronach statku, ale powietrze było ciepłe jak z piekarnika.
— Patrzcie, nawet Klatchianie refują żagle! — zawołał Jenkins wśród deszczu krewetek.
— Dobrze! Dogonimy ich!
— Wariat! Auuć!
Coś twardego odbiło mu się od kapelusza, uderzyło o burtę i potoczyło się Vimesowi do stóp.
Była to mosiężna gałka.
— Och, nie! — załkał Jenkins, osłaniając głowę rękami. — Znowu te przeklęte łóżka!
Kapitan klatchiańskiego statku, jeśli znalazł się w pobliżu 71-godzinnego Ahmeda, nie był człowiekiem kłótliwym. Patrzył tylko na trzeszczące żagle i obliczał swoje szanse trafienia do raju.
— Może ten pies, który odciął żagiel, zrobił nam przysługę! — zawołał, przekrzykując wichurę.
Chwilowe rozbłyski wyładowań ukazywały za rufą rozjarzony zielonym blaskiem statek. Ahmed spojrzał na zimny ogień spływający z ich własnych masztów.
— Czy widzisz to światło na samej granicy płomieni? — zapytał.
— Panie…?
— Widzisz czy nie?
— No… nie.
— Oczywiście, że nie możesz zobaczyć. Ale czy widzisz, gdzie światła nie ma?
Kapitan posłusznie raz jeszcze się przyjrzał. Kiedy syczące zielone płomienie falowały na wietrze, zdawało się, że obramowane są… jakby ciemnością, ruchomą czarną dziurą w przestrzeni.
— To oktaryna! — krzyknął Ahmed, gdy kolejna fala przelała się na pokład. — Tylko magowie mogą ją zobaczyć! W tej burzy jest magia! Dlatego pogoda jest taka fatalna!
Statek zajęczał na wszystkich spojeniach, kiedy znowu uderzył w fale.
— Wyskakujemy z wody! — szlochał Jenkins. — Przelatujemy tylko od szczytu do szczytu!
— Dobrze! Nie będzie tak huśtać! — zawołał Vimes. — Powinniśmy teraz przyspieszyć, kiedy już wyrzuciliśmy łóżka za burtę! Często pada tu łóżkami?
— A jak myślisz?
— Nie jestem człowiekiem morza!
— Nie! Deszcze łóżek nie są codziennym zjawiskiem! Ani węglarek! — dodał Jenkins, kiedy coś czarnego uderzyło o reling i spadło do wody. — Zwykle mamy tu normalne opady! Deszcz! Śnieg! Grad! Ryby!
Kolejny szkwał dmuchnął nad rozkołysanym statkiem, i nagle cały pokład pokrył się błyszczącym srebrem.
— Wracamy do ryb! — krzyknął Vimes. — To chyba lepiej?
— Nie! Gorzej!
— Czemu?
Jenkins podniósł puszkę.
— Bo to sardynki!
Statek opadł na następną falę, stęknął i wzleciał ponownie.
Zimny, zielony ogień był wszędzie. Każdy gwóźdź w pokładzie strzelał zielonym płomieniem, każdą linę czy drabinkę otaczała zielona obwódka.
Vimesa ogarnęło nagle uczucie, że ten ogień trzyma statek w całości. Wcale nie był przekonany, że to tylko światło. Płomienie przemieszczały się nazbyt celowo. Skwierczały, ale nie parzyły. Zupełnie jakby miały świetną zabawę…
Statek wylądował. Woda przelała się nad Vimesem.
— Kapitanie Jenkins!
— Słucham?
— Po co się bawimy tym kołem? Przecież ster nie sięga wody!
Puścili. Szprychy zamigotały przez moment, a potem znieruchomiały, kiedy oplótł je ogień.
Potem zaczęły padać ciastka.
Strażnicy usiłowali poukładać się wygodnie w ładowni, mieli jednak spore trudności. Przede wszystkim nie było żadnego obszaru podłogi, który w pewnym momencie każdych dziesięciu sekund nie stawał się obszarem ściany.
Mimo to ktoś chrapał.
— Jak ktokolwiek może spać w takich warunkach? — odezwał się Reg Shoe.
— Kapitan Marchewa może — wyjaśniła Cudo.
Stukała w coś toporem.
Marchewa wklinował się w kąt. Od czasu do czasu mamrotał cicho i zmieniał pozycję.
— Jak dziecko. Nie mam pojęcia, jak mu się to udaje — powiedział Reg. — Lada chwila ta łódź się rozleci.
— Tak, ale to cię chyba nie martwi, nie? — zapytał Detrytus. — Z takiego powodu, że i tak nie żyjesz.
— Co z tego? Skończę na dnie morza, po kolana w odchodach wielorybów. I będzie mnie czekać długi spacer do domu, w ciemnościach. Że nie wspomnę nawet, jakie będę miał kłopoty, jeśli jakiś rekin spróbuje mnie zjeść.
— Nie lękam się — wtrącił funkcjonariusz Wizytuj. — Według Testamentu Mezereka, rybak Nonpo spędził cztery dni w brzuchu ogromnej ryby.
Nastało milczenie i grom wydał się niezwykle głośny.