Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 116
Перейти на страницу:

— Ale z tego powodu masz cechy, które natychmiast cię zabiją, kiedy sięgniesz po pieśni. Jesteś gwałtowny. Rządzą tobą gniew i niecierpliwość.

Odchodzi w głąb izby, szurga tam przedmiotami, w końcu wraca z rzemieniem i starą zardzewiałą podkową. Patrzę, jak oplata ją pośrodku i wiąże węzeł, przynosi sobie drabinę i wiąże podkowę do żerdzi wysoko u powały. Przynosi jeszcze skórę i rzuca na gliniane klepisko.

— Siadaj tu, na skórze! — rozkazuje. Siadam. Podkowa dynda mi przed twarzą. Bondswif wyjmuje maleńki kościany flakonik, jak na perfumy, i wyciąga ze środka sztyfcik, którym lekko dotyka podkowy.

— Musisz pojąć. Musisz okiełznać swój gniew. Siedź tu i patrz na podkowę. Patrz tak długo, aż zdołasz ją poruszyć wzrokiem. Dałem jej kroplę wody z uroczyska. Odrobinę siły pieśni bogów. Jeśli masz w sobie talenty, zdołasz poruszyć podkowę. To wszystko. Siedź, aż zacznie się ruszać tak, jak chcesz. Jeśli się zmęczysz, idź do łaźni spać. Możesz też wziąć sobie miskę kaszy z kociołka i dzbanek piwa. I nie jedz tu robaków, zwłaszcza gdy widzę. Kiedy jednak nastanie noc, zaprzyj drzwi od łaźni i nie wychodź, nawet jeśli usłyszysz coś dziwnego. Nie wychodź też na zewnątrz, bo tam dopadnie cię GlifFnak. W łaźni stoi skopek, który tak mądrze napełniłeś, więc jeśli cię zeprze, skorzystaj z niego. Możesz słyszeć dziwne głosy i widzieć światła pod drzwiami. Możesz też słyszeć krzyki. Nie wychodź, chyba że chcesz umrzeć. A teraz siadaj i ucz się. Odtąd nie zawracaj mi głowy, chyba że sprawisz, iż podkowa zacznie się ruszać.

Kolejne dni są chyba najnudniejsze w moim życiu. Siedzę i patrzę na podkowę.

Kiedy wstaję, maga najczęściej nie ma. Opodal paleniska znajduję zazwyczaj jakieś uprzejmie pozostawione dla mnie resztki. Zazwyczaj kawałek wędzonego sera i podeschnięte placki chleba lub miskę z odrobiną wodnistej kaszy, trochę skwaśniałego mleka w dzbanie. To bardzo miłe.

Poza tym siedzę godzinami, usiłując poruszyć wzrokiem zardzewiałą podkowę. Czasami wydaje się, że zaczyna się kołysać, ale to pozór. Poruszają nią leciutkie prądy powietrza albo wzrok płata mi figle. W każdym razie nie przydarza się nic nadprzyrodzonego.

Bondswif się myli. Nie jestem niecierpliwy. Mam w sobie cierpliwość nieskończoną. Cierpliwość snajpera, cierpliwość zwiadowcy, cierpliwość kamienia.

Cierpliwość drzewa.

Potrafię dniami i nocami leżeć w zasadzce pod kłębami zielska i udawać kępę krzaków. Mogę ignorować nudę, chłód i kąsające mnie owady. Mogę siedzieć i godzinami próbować poruszyć siłą woli podkowę, aż do bólu w potylicy i oczodołach.

Nie chodzi o niecierpliwość ani gniew. Chodzi o to, że nie jestem w stanie zaakceptować przenikającej wszystko mistycznej siły, która ma poruszyć podkowę zgodnie z moją wolą, tylko dlatego, że ja tak chcę. To sprzeczne z całym moim doświadczeniem, groteskowe i niedorzeczne.

Siedzę jednak uparcie, a podkowa pozostaje półkilogramowym kawałem kutego żelaza wiszącym na rzemieniu. Masa, ciążenie, tarcie i oddziaływania między-atomowe pozostają na swoim miejscu. Mój wzrok nie jest fizyczną siłą zdolną zmienić te parametry. W ogóle nie jest żadną siłą. Jest jedynie zdolnością do rejestracji fali świetlnej. Zjawiskiem biernym. Działaniem do wewnątrz, a nie na zewnątrz.

A jednak siedzę i patrzę na podkowę. Jestem uparty. Moja niewiara nie ma tu nic do rzeczy. Gdzieś, kilkanaście kilometrów dalej jest człowiek, który najwyraźniej potrafi oddziaływać wolą na materię. Ekstremalnie niebezpieczny człowiek. Żeby go zneutralizować, muszę zrozumieć jego możliwości. Zrobił ze mnie drzewo.

W ciągu paru sekund zmienił moje ciało w zupełnie inną tkankę o zupełnie odmiennych właściwościach. A potem nastąpiło coś innego i cały proces został odwrócony. Człowiek, drzewo, człowiek...

Mój Boże, człowiek... Zabiłem Duvala. Był drzewem jak ja, a ja go zabiłem. Prosił mnie o to.

Zaciskam powieki i czekam, aż koszmar w mojej duszy płonący nagle jak raca wygaśnie. Aż wypali się do końca. Staram się myśleć o czym innym.

Tam, w dolinie, w Muzycznym Piekle mogłem ulegać halucynacjom albo iluzjom. Jednak czuję, że ten sposób rozumowania wiedzie donikąd.

Tkanka ludzkiego ciała i tkanka drzewa to zupełnie różne materie. Inne komórki, inne białka, inne cukry, inna struktura i budowa. Tymczasem możliwa była przemiana podwójna. Tam i nazad.

Nie zostałem nieodwracalnie spetryfikowany.

A to znaczy, że zdarzyło się coś na innym poziomie niż atomy, związki chemiczne, wiązania, biosynteza i fizyka. Zmiana zaszła na poziomie, na którym to wszystko jest kwestią drugorzędną. Gdzieś głębiej. Na takim, na którym twór będący biologicznym synem Anity Ostrowskiej i Aaki Drakkainena może być równie dobrze zbudowany z kości, mięśni i krwi, jak z celulozy, miazgi i łyka. Jest to równie nieistotne jak fakt, czy mam na sobie piżamę, czy piankę do nurkowania.

Jest to poziom istnienia materii i energii, z którym większość miejscowych nie radzi sobie za dobrze, natomiast przybysz z drugiego końca wszechświata natychmiast stał się wirtuozem, mimo że jego wiedza o tym świecie ograniczała się do języka, paru niechlujnych teorii i garści opracowań naukowych. Zatem nie chodzi omistykę, której źródło jest gdzieś na miejscu. Nie trzeba urodzić się tutejszym szamanem. To nie jest kwestia znajomości lokalnej fizyki.

Siedzę i jestem cierpliwy.

Podkowa jednak nie chce się poruszyć.

Nie pomaga koncentracja, wizualizacja, zaciskanie szczęk ani wytrzeszczanie oczu. Podkowa to kawał żelaza.

Wisi na rzemieniu i nie ma zamiaru drgnąć.

W głębi izby, w kamiennej ścianie, która jest chyba po prostu litą skałą, znajdują się ciężkie, drewniane drzwi. Są zawsze zamknięte. Zastawione tramem wiszącym na potężnych hakach.

Bondswif nie pozwala mi do nich nawet podchodzić. Nie odpowiada na pytania.

„To nie dla ciebie — mówi. — Zabije cię natychmiast".

Czasem jednak zabiera lampę, podciąga łańcuch iunosi jeden koniec belki, a potem wślizguje się w ciemny korytarz, z którego wieje wilgotnym, jaskiniowym zimnem.

Znika tak na długie godziny.

Po powrocie nie odzywa się ani słowem. Siedzi, patrzy w ogień z rogiem w dłoni i ponuro dolewa sobie piwa z dzbana.

Ja patrzę na podkowę.

Czasem wychodzę na zewnątrz. Rozprostować nogi, przejść się po świeżym powietrzu, zobaczyć cokolwiek, co nie jest kawałem żelaza dyndającym na pasku wyprawionej skóry.

Śnieg pada i topnieje, powietrze jest ostre i zimne, jak potłuczone szkło. Pachnie nadchodzącą zimą.

Gliffnak węszy w moją stronę, czasem powarkuje, ale na ogół wodzi za mną tymi dziwnymi ślepiami, w których drzemie niepokojąca iskra rozumu.

Ignoruję go.

Czasem zaczyna krzyczeć i walić w drzwi, potem awanturuje się gdzieś przy słupach. Bondswif zakłada wówczas swoją szubę, cudaczny hełm, bierze kostur i wychodzi. Zabrania mi się wtedy pokazywać. Zostaję sam.

Siedzę i patrzę na podkowę.

Często przynosi później kosze, w których znajdują się połcie dziczyzny, pomarszczone suche kiełbasy, jaja i kołacze. Targa beczułki piwa i mąki. Zaczynam rozumieć, skąd biorą się dobra w wyładowanej po brzegi spiżarni, mieszczącej się w zaadaptowanej jaskini. Bondswif Oba Niedźwiedzie świadczy usługi dla ludności. Pewnie uzdrawia i udziela porad.

Codziennie pyta, czy już się czegoś nauczyłem, albo czy chcę odejść. Nadal chce mi zwrócić jednego gwichta. Sprawia wrażenie, że moja wytrwałość zaczyna go irytować.

„Patrząc na podkowę". Psychologiczny obraz o ludzkiej wytrwałości i sensie istnienia. Trudne pytania, na które widz nie dostaje łatwej odpowiedzi. Dla prawdziwych koneserów, którzy szukają czegoś więcej niż bezmyślna jatka i hektolitry krwi. Historia na miarę dwudziestowiecznych mistrzów dwuwymiarowego kina psychologicznego. Złoty Świstak na festiwalu w Ułan Bator.

1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)