Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
– Pojedynek… – rozmyślałem na głos. – Na Ziemi pojedynki odbywały się głównie w średniowieczu. Pojedynek gwiazdolotów to brzmi idiotycznie.
– Nie masz racji, Serge – zaprotestował Ernado. – To sprawiedliwy i uczciwy zwyczaj. Gdyby go nie było, nie pozwolono by nam na przechwycenie „Białego Raidera” w pobliżu planety. Statki policyjne potraktowałyby nas jak agresorów…
– Ależ ja nie protestuję – przerwałem mu. – Jak pojedynek, to pojedynek.
Średniowiecze. Galaktyczne średniowiecze. Jakby jakaś siła specjalnie utrzymywała tysiące planet w kruchej równowadze pomiędzy pokojowymi stosunkami i totalną wojną z użyciem kwarkowych bomb i planetarnych anihilatorów.
Starannie odmierzona dawka agresji, niepozwalająca na totalne zniszczenie. Pojedynki na płaszczyznowe miecze, laserowe pistolety i pajęczynowe miny. Odmierzona dawka śmierci.
Brednie. Ale nie większe niż pojedynek gwiazdolotów bojowych.
Nie po raz pierwszy pomyślałem o niewidocznej sile władającej tysiącami światów galaktyki. Nieważne, materialnej czy uosobionej w tradycjach, podaniach, w historii narodów zasiedlających planety najróżniejszych gwiazd. Ta siła istnieje i włada wszystkimi – Ernadem i Lansem, Klenem i Redrakiem, Palijczykami i Shedmończykami. To ona sprawia, że kobiety w restauracji zachwycają się krwawą rzezią, że spokojny urzędnik kosmoportu rzuca się na mnie z mieczem. To ona prowadzi sektę Potomków do ich potwornego celu.
To jej cień nasuwa się na mnie i zmusza, bym ze wszystkich dróg wybrał najbardziej krwawą i najkrótszą.
Brednie. Syndrom Kandinskiego, tak to się nazywa w medycynie, jeśli jeszcze cokolwiek pamiętam z psychiatrii…
Ale nawet przez sen będę bronił mojej planety. Nawet szaleństwo nie zmusi mnie do porzucenia ojczyzny.
– Nie wezwałem was, żeby omawiać dalsze działania, skoro są oczywiste – przerwałem przeciągające się milczenie. – Musimy porozmawiać o przeszłości.
Ernado zerknął na mnie z zainteresowaniem.
– Gdy mówiliśmy o pojawieniu się Dańki, po raz pierwszy zwróciłeś mi uwagę na to, co przeszkadza nam w poszukiwaniach. Odmowy napraw, paliwa, odpoczynku… awarie…
– Pamiętam.
– Miałeś rację. Gdy więc spotkaliśmy statek sekciarzy, byliśmy przygotowani na istnienie wroga. Zapomnieliśmy jednak o tym, że żadna dywersja, żadne przeciwdziałanie nie jest możliwe bez stałych i dokładnych informacji o naszym statku, jego trasie, o naszych planach…
Ernado spochmurniał. Powoli i jakby z wysiłkiem zapytał:
– Chcesz powiedzieć, że na statku jest zdrajca?
– Chcę tylko zapytać, który z was – ty czy Lans – regularnie wysyła przez hiperpołączenie raporty o tym, co dzieje się na statku.
– Serge! – Ernado po raz pierwszy podniósł na mnie głos. – To zbyt poważne zarzuty, by szafować nimi pod wpływem…
– Nie szafuję zarzutami, sierżancie!
Używając dawnego stopnia Ernada, zmusiłem go, by zamilkł.
– Nie jestem specjalnie zdolnym pilotem… i posługuję się techniką gorzej niż dowolny uczeń z waszych szkół. Ale umiem kontrolować stratę energii i tryb pracy hipernadajnika! Od momentu naszego wylotu z Tara regularnie raz w tygodniu wysyłane były przekazy.
– Automat? – zainteresował się Ernado.
– Nie sądzę. Już dwa razy zmienialiśmy oprzyrządowanie, żaden nadajnik szpiegowski nie mógł się zachować.
– Program w komputerze pokładowym?
– Kleń sprawdził wszystkie bloki pamięci za pomocą programu ze swojej planety. Trzy godziny temu, na moją prośbę. Komputery z wyjściami na hipernadajnik są czyste.
– To znaczy…
– Któryś z was regularnie składa raporty. Nie chciałbym przedłużać tej sytuacji ani zniżać się do użycia wykrywacza kłamstw czy innych świństw. Jako książę imperium Tar żądam od was, moich poddanych, uczciwej odpowiedzi: przekazywaliście informacje ze statku czy nie?
– Nie – powiedział twardo Ernado. – Raz czy dwa razy w miesiącu rozmawiam ze swoimi przyjaciółmi na Tarze, ale żadnych informacji o statku nie udzielałem, nie udzielam i udzielać nie mam zamiaru. Po prostu chcę wiedzieć, co dzieje się w moim świecie, na mojej ojczystej planecie!
– Nie prowadziłem, nie prowadzę i nie będę prowadził pertraktacji z wrogami ani przekazywał im jakichkolwiek informacji… – Lans odwrócił wzrok.
– A z przyjaciółmi? – spytałem ostro. – Z księżniczką dynastii Tar na przykład? Z prawowitą władczynią twojej planety?
Ernado podparł twarz dłońmi i popatrzył na Lansa. Nie był zdumiony, raczej delektował się pasjonującym spektaklem. Może już dawno powinienem był poprosić o radę dawnego nauczyciela?
Lans milczał. Jego chłopięce rysy wyostrzyły się, spojrzenie nabrało twardości.
– Odpowiadaj!
– Kapitanie, mogę odpowiedzieć jedynie w obliczu śmierci. Taki jest rozkaz.
Nasze spojrzenia spotkały się i zauważyłem w oczach Lansa coś w rodzaju nieśmiałej ulgi. I odrobinę ironii.
Wstałem, dotknąłem sensorów na ścianie i wyjąłem z sejfu pistolet. To był ostatni model wyprodukowany na „mojej” planecie, na Tarze. Sto sześćdziesiąt płaszczyznowych dysków, zasięg celnego strzału do stu metrów.
– Przysięgam – powiedziałem najbardziej twardo i przekonująco, jak tylko potrafiłem – że zabiję cię, jeśli nie powiesz, do kogo były adresowane komunikaty z pokładu statku. To moje prawo. Jestem twoim władcą, mów!
Lans skinął głową.
– Wykonuję rozkaz. Księżniczka pozwoliła mi lecieć z wami w zamian za obietnicę cotygodniowych raportów o przebiegu podróży. Zgodziłem się, ponieważ powodował nią jedynie niepokój o ciebie, książę. To nie mogło nam zaszkodzić.
Lans wypalił to wszystko na wydechu i zamilkł. Ernado lekko uniósł prawą rękę.
– Serge, a gdyby Lans się nie przyznał? – zapytał z nieukrywaną ciekawością.
– Zostałbym krzywoprzysięzcą – odparłem. – Lans, czy ty rozumiesz, że zdradzałeś nas wszystkich? Hiperprzekazy można bardzo łatwo przechwycić. Sam zajmowałeś się tym na środkowych wachtach!
– Nikogo nie zdradzałem – rzekł dumnie Lans. – Wszystkie przekazy były wysyłane w kodzie imperatorskim.
Ernado gwizdnął.
– Powierzyli ci taką tajemnicę? – zapytał nieufnie. – I zdołałeś zapamiętać cały system przemiennego kodowania, oparty o wyliczenia nieliniowe i lingwistykę pięciuset planet?
Lans wyjął z kieszeni cienką plastikową płytkę. To taka fotografia przechowująca kilkaset stereoobrazów. W każdym razie tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Sam miałem kilka takich płytek z pejzażami różnych planet, wśród których zdarzały się też ziemskie. Egzotyka…
– To komputer szyfrujący.
Lans dotknął palcem wskazującym jakiegoś sobie tylko znanego miejsca na całkiem przeciętnym portrecie rodzinnym. Ten pulchny chłopczyk to mógł być Lans, mężczyzna i kobieta obok – jego rodzice… Obraz się rozpłynął, a zamiast niego pojawiły się czarno-białe kwadraciki z literami i cyframi.
– Teraz trzeba tylko wybrać tekst na klawiaturze sensorycznej i podłączyć płytkę do terminala nadajnika. Komputer zaszyfruje tekst i wyda komendę na orientację anteny… Proszę to wziąć, kapitanie. Wyjaśnię, jak przestroić płytkę na pana.
Obracałem w rękach plastikowy prostokącik. Komputer szyfrujący! Jakie to proste!
– To rzeczywiście bezpieczny szyfr, Ernado?
– Tak, książę. Rozszyfrować przesłanie można wyłącznie metodą długiej analizy komputerowej, która da co najmniej dziesięć różnych wariantów tekstu. Przy następnym przekazie kod będzie już zupełnie inny.
– Tylko członkowie panującej rodziny… i zaufane osoby mają dostęp do urządzeń kodujących. A blok deszyfrujący ma tylko księżniczka. Przedtem miał go imperator.