Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Od naszego stolika strzelił błękitny promień. To nie Redrak; nie zdążyłby wyciągnąć swojego blastera spod ubrania. To Dańka. Nie wiem, co zaważyło na tym strzale – lekcje Ernada, wrodzona celność czy po prostu szczęście… W każdym razie Dańka trafił.
Shedmończyk, który postanowił zabawić się w towarzystwie kosmonautów, zastygł. Twarz mu zesztywniała, usta wykrzywiły się w idiotycznym uśmieszku, ręce obwisły. Powoli, jak podcięte drzewo, runął na podłogę.
Pochyliłem się nad nim i końcem klingi dotknąłem gardła.
– To nie fair bić leżącego – powiedziałem w standardzie – ale atakowanie od tyłu też nie jest w porządku.
Mój miecz nakreślił na podłodze linię grubości mikrona.
– Więc jesteśmy kwita.
Walczący rozbili się na małe grupki, pobojowisko przypominało zmultiplikowaną scenę pojedynku. Prześlizgując się pomiędzy zajętymi własnymi sprawami ludźmi, dotarłem do iluzorycznych drzwi, za którym znikli Dray i jego porywacz. Martwi? A może jednak nie?
Korytarz za holograficzną zasłoną w niczym nie przypominał drogi, którą doszliśmy do restauracji. Miękkie dywany na podłodze, szerokie, biegnące w górę schody… Jasne światło, ale o dziwo nierażące oczu po półmroku restauracji. I absolutna cisza. Korytarz oddzielały od sali nie tylko iluzoryczne drzwi, ale również dźwiękoszczelne pole tłumiące okrzyki walczących i jęki rannych. Co prawda, dyskretna elegancja głównego wejścia do restauracji została nieco zakłócona.
Na ogromnym białym dywanie z naturalnego futra rozpływała się ciemnoczerwona plama. Na środku krwawego kleksa leżeli Dray i Palijczyk, nieruchomi, beznadziejnie martwi. Głowa Palijczyka była nienaturalnie wykręcona, wysunięte na kilka centymetrów kły wyryły w dywanie dwie bruzdy.
Jakież straty poniosła przeze mnie restauracja…
Nieco dalej zamarła wystraszona trójka – przystojna, choć niemłoda kobieta i dwóch ciemnoskórych, prawie czarnych mężczyzn. Gdzieś ich już widziałem… Przynajmniej kobietę…
– Nie żyje? – spytała kobieta. Jej głos rażąco kontrastował z wyrazem twarzy. Absolutnie spokojny, lekko zaciekawiony.
Wreszcie sobie przypomniałem. Siedzieli w restauracji naprzeciwko nas. Szybko wyskoczyli na korytarz… A może wyszli przed rozpoczęciem bójki?
Podniosłem powiekę Draya, zobaczyłem rozszerzoną źrenicę i skinąłem głową.
– Nie żyje.
– Szkoda – zauważyła kobieta. Jej towarzysze nie wtrącali się do rozmowy.
Szkoda – powtórzyłem jak papuga. I poczułem zapach niebezpieczeństwa, lekki, niemal nieuchwytny. Miecz w pochwie, blaster w kaburze… Ale przecież zdążę je wyciągnąć, zanim ktokolwiek z tego niecodziennego tria – niechby nawet kobieta – sięgnie po broń!
– Bierz go, Vaich – rzuciła krótko kobieta.
Palijczyk, leżący nieruchomo w kałuży krwi, wyprostował się błyskawicznie. Cios w twarz odrzucił mnie na ścianę. Sięgnąłem po miecz, przeklinając się za zadufanie i głupotę. Ernado opowiadał mi wystarczająco dużo o Palijczykach, bym zrozumiał, że nie można jednym strzałem zabić istoty mającej trzy niezależne układy krwionośne i zdublowane mniej ważne organy!
Mój miecz odleciał na bok. Krzyknąłem z bólu w wywichniętym stawie i kopnąłem Palijczyka. Ten jakby nie poczuł ciosu, zdolnego powalić na ziemię każdego człowieka. Na wielkich Siewców, czy on w ogóle jest humanoidem?
Ręce wampira przyszpiliły mnie do ściany stalowym chwytem.
– Brawo, Vaich – powiedziała czule kobieta. – A teraz zaczekaj. Muszę mu się przyjrzeć.
Kobieta oglądała mnie bez pośpiechu, a ja mogłem jedynie gapić się na nią. Gdy już wiedziałem, że rozpoznam ją pod dowolnym makijażem – jeśli w ogóle przeżyję to spotkanie – przełączyłem się na Vaicha.
Teraz palijski wampir niezbyt przypominał człowieka. Kły – zdumiewający twór ewolucji, naturalna strzykawka umożliwiająca wyssanie krwi albo wstrzyknięcie toksyn paraliżujących; oczy, teraz jasnoczerwone; blada, niemal błękitna skóra obciągnięta na kościach czaszki. Nie przypadkiem ziemski folklor tak dokładnie opisywał wampiry! Palijczycy byli starożytną i bogatą cywilizacją, zapewne wielu jej przedstawicieli mogło pokryć koszt hiperprzejścia na Ziemię, planetę, której nie ma, doskonały rezerwat dla znudzonych standardową żywnością wampirów…
– Spodziewałam się czegoś więcej – powiedziała w końcu kobieta.
– Na „więcej” mam innych pretendentów – powiedziałem ze złością. – Pani kolejka przyjdzie nieprędko.
– Porzuć ten ton – poradziła kobieta prawie serdecznie. – Chciałabym dać ci pewną radę.
– A ja chciałbym zadać pytanie.
Musiałem grać na zwłokę. Jeszcze dwie minuty i ci, którzy nie pozwalają moim przyjaciołom przyjść mi z pomocą, będą martwi.
– Cóż, pytaj.
– Jesteście z „Białego Raidera”? Sekta Potomków Siewców? Kobieta pokręciła głową i uśmiechnęła się do jednego ze swoich towarzyszy.
– Słyszałeś, Rely, jak nazywają nasz statek?
Rely ochoczo pokiwał głową. Nieprzyjemny widok – taki mężczyzna całkowicie podporządkowany kobiecie. Znowu spojrzała na mnie.
– Tak, lordzie. Jesteśmy Potomkami Siewców ze statku, który wy nazywacie „Białym Raiderem”.
Dziwne. Skoro tak doskonale zna moją biografię, powinna wiedzieć, że nie jestem już lordem, lecz księciem, niechby nawet symbolicznym. To nie mogło być przypadkowe przejęzyczenie.
– A teraz zapamiętaj moją radę. Nie mogę cię zabić ani pozwolić na zabójstwo któremuś z członków sekty czy z najemników.
– Miło mi to słyszeć.
– Więc masz jeszcze szansę, żeby zostać przy życiu. Najlepszym i najbardziej honorowym wyjściem dla ciebie jest powrót na Ziemię.
– Żeby zginąć razem z nią?
– Tak. Umrzeć wraz ze swoją planetą to bardzo szlachetny czyn. Dowiedź, że nie przypadkiem zostałeś lordem.
– Nie znajdziecie Ziemi. Dray nie zdążył wam nic powiedzieć. – Ależ zdążył. Planetę, której nie ma, znajdziemy najpóźniej za rok. To nie twoja wina, że urodziłeś się na Ziemi, ale nie możemy pozwolić na żadne wyjątki. Wszyscy mieszkańcy przeklętej planety muszą zginąć.
– Idioci – powiedziałem cicho. – Co z was za idioci! Jeśli ważycie się zniszczyć Ziemię, spalę planety, z których pochodzą wasi obłąkani sekciarze. Przysięgam! Fabryki Tara wyprodukują bomby kwarkowe dla swojego księcia.
Kobieta uśmiechnęła się wzgardliwie i oznajmiła tajemniczo:
– Gdy Ziemia zginie, na pomoc Tara nie możesz liczyć.
Rely skłonił z szacunkiem głowę i powiedział coś do kobiety. Dziwne… Według moich informacji w sekcie Potomków kobiety nie odgrywały szczególnej roli.
– Możesz być tego pewny… Wycofujemy się. Vaich! Palijczyk, który nadal przygważdżał mnie stalową dłonią, rzucił kobiecie szybkie, uważne spojrzenie. Jakby ważne były nie słowa, lecz intonacja, mimika…
– Gdy się oddalimy, możesz uznać, że dotrzymaliśmy umowy, i postąpisz tak, jak uznasz za stosowne.
Vaich uśmiechnął się.
– Znalazłaś wspaniałe wyjście z sytuacji, babciu! – krzyknąłem za oddalającą się kobietą.
– Nie należy obrażać zwycięzcy – powiedział głośnym szeptem Vaich. – Za chwilę umrzesz, Ziemianinie.
– Zobaczymy.
To przykre zginąć od kłów wampira, któremu pięć minut temu osobiście wsadziło się w plecy promień laserowy… Nie. To po prostu niemożliwe. Ernado albo Kleń muszą dotrzeć tutaj i mi pomóc.
– Wypiję twoją krew, Ziemianinie. Moi przodkowie lubili odwiedzać Ziemię, jej mieszkańcy zawsze nam smakowali. Nasze planety są ze sobą związane od niepamiętnych czasów… Pal ukarano zamiast Ziemi… Myśleli, że to nas przeklęli Siewcy. Zostaliśmy osądzeni i skazani.