Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Wąski biały promień przemknął przez długą salę. Nie chciałem zabijać, zresztą nie jestem aż tak dobrym strzelcem. Laserowy impuls trafił w wycelowany we mnie pistolet dziewczyny. W ułamek sekundy metal pistoletu rozpalił się do czerwoności. Zaraz potem stopiła się izolacja i dziesięć megawatów wniknęło w rękę ściskającą blaster.
Dziewczyna nie zdążyła krzyknąć ani drgnąć. Umarła natychmiast – zwęglony czarny trup stał przez kilka sekund, by osypać się na podłogę garstką prochu.
Dray wytrzeźwiał natychmiast, przeskoczył przez stół i zaczął biec w stronę najbliższych drzwi. Ale powstrzymał go silny cios niedawnego rozmówcy. Młodzieniec działał z szybkością godną Klenijczyka, którym jednak nie był, zważywszy na cienkie kły, które wysunęły mu się z ust… Palijczyk nie miał teraz głowy do kontrolowania instynktów.
Ponad powalonym Drayem rozgorzała walka. Lans błyskawicznie ocenił sytuację i spróbował odciągnąć Draya na bok. Z trudem sparował pierwszy atak Palijczyka. Przez kilka sekund trwała wymiana ciosów, w końcu pomiędzy nimi rozbłysnął błękitny płomień pistoletu paraliżującego. Do gry włączyła się druga dziewczyna. Lans upadł.
Następny strzał unieruchomił Draya. Młodzieniec podniósł go, zarzucił sobie na plecy i skoczył w stronę wyjścia. Dziewczyna obojętnie popatrzyła na nieruchomego Lansa i uniosła broń.
Pistolet paraliżujący nie zabija. Ale trzy lub cztery strzały mogą zatrzymać akcję serca… Przyjaciółka Palijczyka zdążyła wystrzelić tylko raz.
Smagany psychokodem Redrak wyprzedził nawet mnie. Cisnął nóż, najzwyklejszy nóż, nie płaszczyznowy i nie wibracyjny, ale wystarczyło – dziewczyna miała na sobie tylko długą wieczorową suknię z dekoltem na plecach. Tam właśnie weszła klinga.
Przez chwilę wydawało mi się, że wszystko już w porządku. Redrak zdąży dogonić porywacza, za nim pobiegnę ja… Ale wtedy z nisz stolików zaczęli wyskakiwać inni goście i rozgorzała zwyczajna bijatyka.
Nie zauważyłem, kiedy w tłumie pojawili się Kleń i Ernado. A Redraka zobaczyłem dopiero wtedy, gdy rzucił na krzesło nieruchome ciało Lansa, wyrwane przez niego z kłębowiska bójki…
Nachyliłem się, jakby to gwarantowało mi niewidzialność, i obserwowałem Palijczyka niosącego Draya. Nawet po śmierci swoich towarzyszek nie był sam. Osłaniało go co najmniej sześciu ludzi. Dla pozostałych gości cała heca była jedynie doskonałą okazją do rozruszania się i postrzelania, a mała zgrana grupka umiejętnie osłaniała ucieczkę towarzysza.
Widziałem, jak Klenijczyk sunie przez tłum. Ci, którzy znaleźli się na jego drodze, rozpraszali się niczym suche liście od podmuchów wiatru. Ale gdy doszedł do dwóch osiłków z długimi płaszczyznowymi mieczami, zatrzymał się i wyciągnął swoją broń. Sekunda, drugą, trzecia… i siłacze zaczęli go powoli spychać w tył. Klenijczyka. Najemnika. Człowieka, którego zawodem było zabijanie!
Załatwili nas.
Ernado oczyszczał sobie drogę nieprzerwanym ogniem paralizatora. Wachlarz błękitnych promieni kładł wszystkich bez różnicy. I nagle, kompletnie nieoczekiwanie, Ernado uskoczył w bok. Nie bez powodu. W miejscu, w który przed chwilą stał, kipiała pomarańczowa ognista kula. Ciężki plazmowy blaster, model wojskowy. Broń, którą wielu pogardzało za zbyt dużą moc.
Mojemu nauczycielowi udało się uprzedzić strzelca. Robiąc unik, Ernado schował się w jednej ze skalnych nisz, skąd dobiegł stłumiony kobiecy pisk. Natychmiast przy wejściu do tej zaimprowizowanej kryjówki zapłonął ciemnożółty płomień. Nawet jeśli Ernado nie zostanie spopielony odbiciem energii cieplnej, na pewno nie uda mu się wyjrzeć z groty.
Palijczyk kopniakiem otworzył drzwi. Nie, błąd – te drzwi też były iluzoryczne. Po prostu wszedł w nie, przechodząc przez nieistniejące drewno i metalowe inkrustacje. Dray bezwładnie wisiał na jego ramieniu.
Pirat, kontrabandzista, łajdak, pijaczyna, bałwan… Jedyny człowiek, który znał drogę do Ziemi. Mój niedoszły przewodnik.
A może przyszły przewodnik „Białego Raidera”? Nie znałem innej potęgi zdolnej zorganizować takie polowanie na gadatliwego pirata.
Ale właścicielom „Białego Raidera” nie powie już nic.
Wycelowałem blaster w jego plecy. I nacisnąłem spust.
4. Słowo sekty
Nigdy nie celowałem w plecy. Nigdy nie strzelałem do bezbronnych. Nigdy nie zabijałem niewinnych.
Ale Dray, samochwała i łajdak, uważający się za bohatera, wiedział to, czego nie powinien był wiedzieć. Może tylko parę jego słów dzieliło Ziemię od nieodwracalnego koszmaru. „Biały Raider” na bezpiecznej orbicie, gdzieś w okolicy Saturna, i dziesięciometrowa kula bomby kwarkowej, powoli spadająca w stratosferę. Coraz bliżej Ziemi, jej oceanów i skał, i lądów – materii wystarczająco gęstej, żeby wejść w reakcję z kwarkami… I szary dzień apokalipsy. Właśnie dzień – zniszczenie całej planety potrwa najwyżej kilkadziesiąt godzin. Ogromny, rozszerzający się szybko lej wypełniony atomowym kurzem… Szary wrzód, rak na ciele planety, rozprzestrzeniająca się pustynia nieważkiego pyłu, który jeszcze przed chwilą był kwiatami i drzewami, domami i samochodami, ptakiem nad lasem i człowiekiem w polu… Szara chmura nasuwająca się na miasta, ludzie uciekający przed niezrozumiałą, straszną śmiercią… Samoloty krążące nad rozsypującą się na atomy planetą, dopóki nie pochwyci ich reakcja odpychania kwarków…
Istnieje wiedza, która zabija przez sam fakt swojego istnienia.
Nacisnąłem spust i biały promień pistoletu laserowego przekreślił życie Draya. Życie, z którego znałem tylko jeden epizod – ucieczkę przed krążownikiem patrolowym, zakończoną na planecie Ziemia.
Strzał rozwiązał przy okazji wszystkie problemy młodego Palijczyka, wszystkie rozterki związane z niewykonaniem zadania. Co to za różnica – jeden cel czy dwa.
Ubranie na Drayu zapłonęło, a niosący go Palijczyk zachwiał się i wypadł przez iluzoryczne drzwi na korytarz prowadzący do wyjścia, do ratunku…
– Pilnuj chłopców! – krzyknąłem do Redraka. Nie obchodziło mnie, czy urażę uczucia Lansa, wprawdzie sparaliżowanego, ale słyszącego wszystko. Rzuciłem się do drzwi, za którymi znikli palijski wampir i Dray.
Restauracja nie robiła już wrażenia pustej. W jej głównej sali – jaskini długiej na sto metrów i szerokiej na dziesięć – walczyła ze sobą co najmniej setka ludzi. Nie licząc kobiet, które przeważnie zostały w niszach przy stolikach. Mignęła mi twarz jednej z nich – czarująca, subtelna brunetka w błyszczącej wieczorowej sukni. Niespiesznie kroiła befsztyk, nie odrywając zaciekawionego spojrzenia od trwającej wokół rzezi. Idiotka? Sadystka? Psychopatka?…
Padłem na kamienną podłogę, uchylając się przed płaszczyznową klingą, która błysnęła mi nad głową. Wyrwałem miecz i sparowałem następny cios. Napastnik, pozbawiony dwóch trzecich ostrza, zrejterował.
O dziwo, wszyscy uczestnicy jatki – prócz mojej załogi i porywaczy Draya – używali wyłącznie jednoatomowej broni. Dlaczego? Przecież nie ma tu pola neutralizującego, nic nie przeszkadza wykorzystać w walce na przykład generator antymaterii… Jakby dla wszystkich tu zebranych walka była przede wszystkim rozrywką, możliwością zaprezentowania swoich umiejętności. A czy może być mowa o elegancji pojedynku, gdy twój przeciwnik ma blaster?
Co zrobić, ja walczę według własnych reguł. Dla mnie sztuka walki polega na zwycięstwie, nieważne, jaką drogą zdobytym… Z prawej strony błysnął promień lasera i jeden z przeciwników Klena upadł. Uratowany przez nas wojownik wyraźnie był tego samego zdania.
– Siergiej, z tyłu! – Głos Redraka załamał się ze strachu. Odwróciłem się i zobaczyłem szczupłego niskiego mężczyznę w pstrokatym miejscowym stroju. Właśnie z uśmiechem triumfu unosił miecz do ciosu. Klinga płonęła białym ogniem. Nieprzerwane ostrzenie, metoda, którą osobiście wprowadziłem do użytku… Nawet gdybym zdążył zaatakować, wzniesiona klinga i tak na mnie opadnie.