Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
Wędrowaliśmy korzystając z naszej tradycyjnej metody (mój kciuk i śliczne nogi Margrethe. Już dawno doszedłem do wniosku, że muszę się pogodzić z tym, czego nie mogę zmienić). Zostaliśmy wysadzeni w ładnej okolicy — chyba w Teksasie — przez kierowcę ciężarówki, który skręcił na północ z autostrady 66 w boczną drogę.
Opuściliśmy już pustynię. Wokół nas wznosiły się niskie zielone wzgórza. Pogoda była piękna, lecz my byliśmy zmęczeni, głodni, spoceni i brudni, gdyż nasi prześladowcy — szatan, czy ktokolwiek to był — przeszli samych siebie — trzy zmiany w ciągu trzydziestu sześciu godzin.
Jednego dnia dwukrotnie zdobyłem pracę przy zmywaniu naczyń w tym samym mieście, pod tym samym adresem… i nie otrzymałem ani grosza. Trudno jest dostać wypłatę od właściciela restauracji „Samotny Kowboj”, która na twych oczach zmienia się w smażalnię „U Vivian”. To samo wydarzyło się w trzy godziny później, gdy „U Vivian” zamieniło się w skład używanych samochodów.
Jedyną dobrą stroną tych szokujących przeżyć było to, że dzięki niewiarygodnemu szczęściu (lub czyjemuś zamysłowi?) Margrethe za każdym razem była przy mnie. W pierwszym przypadku przyszła po mnie i czekała, aż szef obliczy mój czas pracy, a w drugim pracowała razem ze mną.
Kolejna zmiana pozbawiła nas noclegu, za który Margrethe zapłaciła już swoją pracą.
I właśnie to stanowiło powód, że byliśmy zmęczeni, głodni i brudni, a moja paranoja osiągnęła nowe szczyty.
Po przejściu kilkuset jardów natrafiliśmy na mały, śliczny strumyk — widok, który w Teksasie jest najmilszą z niespodzianek.
Zatrzymaliśmy się na kładce zawieszonej ponad nim.
— Margrethe, czy chciałabyś w nim pobrodzić?
— Kochanie, mam zamiar zrobić więcej. Wykąpię się w nim.
— Hmm… przejdźmy pod płotem — pięćdziesiąt albo siedemdziesiąt pięć jardów wzdłuż strumienia. Nie sądzę, żeby ktoś mógł nas tam zauważyć z drogi.
— Kochanie, jeśli mają ochotę, mogą się zebrać i bić mi brawo. Mam zamiar się wykąpać i… woda wygląda na czystą. Czy można jej się napić bez ryzyka?
— W górę od drogi? Na pewno. Narażaliśmy się na większe ryzyko każdego dnia, od chwili spotkania z górą lodową. Gdybyśmy jeszcze mieli coś do jedzenia… na przykład te twoje lody. A może wolałabyś jajecznicę?
Podniosłem dolny drut ogrodzenia, aby mogła się pod nim przeczołgać.
— Nie wystarczy ci baton „Oh Henry”?
— Wolałbym „Milky Way”, jeśli to możliwe.
— Obawiam się, że mamy tylko „Oh Henry”.
Podniosła drut nade mną.
— Lepiej przestańmy mówić o jedzeniu, którego nie mamy — odrzekłem.
Przepełznąłem pod ogrodzeniem, wyprostowałem się i dodałem:
— Jestem gotów zjeść skunksa na surowo.
— Mamy jedzenie, mój drogi mężczyzno. Mam przy sobie jeden baton „Oh Henry”.
Zatrzymałem się natychmiast.
— Kobieto, jeśli to żart, zbiję cię.
— Nie żartuję.
— W Teksasie prawo zezwala na pouczanie żony za pomocą kija nie grubszego od kciuka. — Uniosłem do góry swój kciuk. — Czy widzisz gdzieś odpowiedni kij?
— Znajdę go.
— Skąd masz ten baton?
— Z tej gospody, w której pan Facelii poczęstował nas kawą i pączkami.
Pan Facelii był kierowcą, który wiózł nas w samym środku nocy, tuż przed ciężarówką, z której przed chwilą wysiedliśmy. Dwa małe pączki oraz cukier i śmietanka do kawy stanowiły jedyne kalorie, które spożyliśmy w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin.
— Bicie może poczekać. Kobieto, jeśli go ukradłaś, powiedz mi o tym później. Naprawdę masz prawdziwy, pożywny baton „Oh Henry”? A może mam atak gorączki?
— Alec, czy naprawdę myślisz, że ukradłabym baton? Kupiłam go w automacie, podczas gdy poszedłeś z panem Facellim do toalety.
— W jaki sposób? Nie mamy żadnych pieniędzy z tego świata.
— Zgadza się. Miałam jednak w torebce dziesięciocentówkę sprzed dwóch zmian. Oczywiście to nie była dobra dziesięciocentówka, ściśle mówiąc, nie sądziłam jednak, żeby stało się coś złego, jeśli maszyna ją zaakceptuje. Tak też zrobiła. Schowałam jednak baton, zanim wróciliście… ponieważ nie miałam trzech dziesięciocentówek i nie mogłabym poczęstować pana Facelliego. Czy myślisz, że było to oszustwo — dodała niespokojnie — z tą dziesięciocentówką?
— To drobiazg, którego nie zamierzam roztrząsać… pod warunkiem, że podzielisz się ze mną owocem swej zbrodni… co uczyni mnie współwinnym. Hmm… najpierw jedzenie czy kąpiel?
Zaczęliśmy od jedzenia. Była to prawdziwa uczta, którą popiliśmy smakowitą wodą ze strumienia. Następnie wykąpaliśmy się, śmiejąc się i pluskając wodą. Zapamiętałem to jako jeden z najszczęśliwszych momentów mojego życia. Margrethe miała w swej torbie również mydło, a moja koszula posłużyła jako ręcznik. Najpierw wytarłem nią Margrethe, a później siebie. Suche ciepłe powietrze dopełniło reszty.
To, co wydarzyło się w chwilę później, było nieuniknione. Nigdy w życiu nie kochałem się na powietrzu, tym bardziej w dzień. Gdyby ktoś mnie o to zapytał, odpowiedziałbym, że byłoby to dla mnie psychicznie niemożliwe. Miałbym zbyt wiele zahamowań ze względu na nieprzyzwoitość tej sytuacji.
A teraz jestem uszczęśliwiony, że mogę wam powiedzieć, iż choć zdawałem sobie jasno sprawę z sytuacji, nie przejmowałem się wcale i nieźle sobie poradziłem… być może dzięki niepohamowanemu, zaraźliwemu entuzjazmowi Margrethe.
Podobnie, nigdy przedtem nie spałem nago na trawie. Sądzę, że przespaliśmy około godziny.
Gdy się obudziliśmy, Margrethe uparła się, że mnie ogoli. Trudno byłoby mi zrobić to samemu ze względu na brak lustra, ona jednak mogła to zrobić i zrobiła ze swą zwykłą sprawnością. Staliśmy po kolana w wodzie. Własnoręcznie pokryłem swą twarz mydlinami. Ona mnie goliła, a ja uzupełniałem w miarę potrzeby zapas piany.
— No — powiedziała wreszcie, całując mnie na koniec. — Może być. Opłucz się teraz. Nie zapomnij o uszach. Zaraz przyniosę ręcznik. To znaczy koszulę.
Wdrapała się na brzeg, kiedy ja pochyliłem się i opłukałem sobie twarz.
— Alec…
— Nie słyszę cię przez tę wodę.
— Chodź tu, kochanie!
Wyprostowałem się, wytarłem oczy z wody i rozejrzałem się wokół. Wszystko, co mieliśmy, zniknęło, poza moją maszynką do golenia.
XVII
Pójdę na wschód: tam go nie ma;
na zachód — nie mogę rozpoznać.
Szukam na lewo: nie widzę.
Zwracam się w prawo: nie dojrzę.