Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]

Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:

„Hiob” nawiązuje do „Boskiej Komedii” Dantego.
1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 96
Перейти на страницу:

Tym razem Clyde’owi zajęło to trzydzieści minut. Zaczekał jednak na nas, aby się upewnić, że złapiemy okazję do Gallup.

Dotarliśmy tam na długo przed zachodem słońca. A choć mieliśmy w kieszeni 8. 80 dolara, pomyślałem, że czas się rozejrzeć za brudnymi naczyniami. W Gallup jest niemal tyle samo moteli i gospód, co Indian, i niemal połowa tych przybytków posiada własne restauracje. Sprawdziłem trzynaście z nich, zanim natrafiłem na taką, gdzie potrzebowano moich usług.

W czternaście dni później znaleźliśmy się w Oklahoma City. Jeśli wydaje się wam, że to długo, macie rację. Posuwaliśmy się naprzód w tempie mniej niż pięćdziesięciu mil dziennie. Ale w tym czasie wydarzyło się tyle spraw. Czułem, że moja paranoja się pogłębia.

Przeskakiwaliśmy z jednego świata do drugiego raz za razem, i to zawsze w takim momencie, w którym wywoływało to największe komplikacje.

Czy widzieliście kiedyś, jak kot bawi się z myszą? Mysz nie ma żadnych szans. Jeśli ma choć tyle rozumu, ile dobry Bóg dał myszom, wie o tym dobrze. A jednak mysz nie poddaje się… i kot ponownie ją chwyta, raz za razem.

Byłem taką myszą. Albo też oboje byliśmy myszami, ponieważ Margrethe była ze mną… i była to jedyna rzecz, która ratowała mnie przed załamaniem. Nie skarżyła się ani nie poddawała, więc ja również nie mogłem się poddać.

I tak doszedłem do wniosku, że choć papierowe pieniądze nie mają po zmianie światów żadnej wartości, złote i srebrne monety powinny zachować przynajmniej wartość kruszcu. Zbierałem je więc wszędzie, gdzie tylko mogłem, oszczędzałem i odmawiałem przyjmowania reszty w banknotach.

Bystry z ciebie chłopak, Alec. Naprawdę masz łeb.

Trzeciego dnia pobytu w Gallup przespaliśmy się z Margą w pokoju, za który zapłaciliśmy zmywaniem naczyń (ja) i sprzątaniem (Margrethe). Nie mieliśmy zamiaru spać. Chcieliśmy tylko odpocząć trochę przed posiłkiem. To był długi, ciężki dzień. Położyliśmy się na kapie na łóżku.

Zdążyłem się tylko trochę odprężyć, gdy poczułem, że coś twardego ciśnie mnie w plecy. Podniosłem się lekko i stwierdziłem, że wszystkie moje zaoszczędzone dolary wypadły mi z kieszeni, gdy przewróciłem się na drugi bok. Wyjąłem więc rękę spod głowy Margi, sięgnąłem po pieniądze, przeliczyłem je, dodałem świeżo uzyskane drobne i położyłem wszystkie na stoliku przy łóżku w odległości jednej stopy od mojej głowy. Następnie wróciłem do pozycji horyzontalnej, wsunąłem rękę pod głowę Margi i zasnąłem.

Gdy się obudziłem, wokół panowała całkowita ciemność. Senność odeszła mnie natychmiast. Margrethe wciąż pochrapywała cicho, leżąc na moim ramieniu. Potrząsnąłem nią.

— Kochanie. Obudź się!

— Chrrrf.

— Jest już późno. Spóźnimy się na kolację.

Obudziła się natychmiast.

— Mógłbyś włączyć lampę?

Przesunąłem ręką po stoliku i omal nie wypadłem z łóżka.

— Nie mogę znaleźć tego paskudztwa. Jest ciemno jak w samym środku węgla. Poczekaj sekundę! Zapalę górne światło.

Wstałem ostrożnie z łóżka, skierowałem się w stronę drzwi, potknąłem się o krzesło, nie znalazłem drzwi, poszukałem ich po omacku i wreszcie znalazłem, pomacałem ręką w ich okolicy i natrafiłem na wyłącznik. Światło na suficie zapaliło się. Przez długą, straszną chwilę żadne z nas się nie odzywało. Potem, całkowicie bezcelowo, stwierdziłem:

— Znowu to zrobili.

Pokój cechował się charakterystyczną anonimowością wszystkich kwater w tanich motelach. Niemniej różnił się w szczegółach od tego, w którym położyliśmy się spać.

Nasze z trudem zdobyte srebrne dolary zniknęły. Podobnie jak wszystko, poza ubraniami, które mieliśmy na sobie — plecak, czyste skarpetki, zapasowa bielizna, grzebień, maszynka do golenia — dosłownie wszystko. Sprawdziłem to, aby się upewnić.

— No i co teraz, Marga?

— Cokolwiek pan rozkaże.

— Hmm. Nie sądzę, żeby poznali mnie w kuchni. Może jednak pozwolą mi pozmywać naczynia.

— Mogą też potrzebować kelnerki.

Drzwi zamykały się na zatrzask, a ja nie miałem klucza, toteż zostawiłem je lekko uchylone. Prowadziły one bezpośrednio na zewnątrz. Po drugiej stronie parkingu, na rogu budynku znajdował się pokój z podświetlonym napisem: REJESTRACJA. Wszystko wyglądało normalnie, z tym, że różniło się nieco od motelu, w którym uprzednio pracowaliśmy. Tam rejestracja znajdowała się od frontu budynku centralnego, którego resztę stanowiła kawiarnia.

Tak jest, spóźniliśmy się na kolację.

Na śniadanie. W tym motelu nie było kawiarni.

— No więc, Marga?

— W którą stronę do Kansas?

— Chyba w tę. Możemy zrobić dwie rzeczy — wrócić do pokoju, położyć się jak należy do łóżka i przespać do rana, albo też wyjść na autostradę i spróbować złapać okazję. Po ciemku.

— Alec. Ja widzę tylko jedno wyjście. Jeśli wrócimy do środka, obudzimy się rano, głodniejsi, ale nie w lepszej sytuacji. Może w gorszej, jeśli złapią nas śpiących w pokoju, za który nie zapłaciliśmy…

— Umyłem całą kupę naczyń!

— Nie tutaj. Tutaj mogą wezwać policję.

Ruszyliśmy w drogę.

Był to typowy przykład prześladowań, jakie cierpieliśmy w trakcie drogi do Kansas. Tak jest, powiedziałem „prześladowań”. Jeśli paranoja polega na przekonaniu, że cały świat spiskuje przeciwko tobie, to byłem paranoikiem. Była to jednak „zdrowa” paranoja (jeśli wybaczycie mi tę sprzeczność) albo też cierpiałem na urojenia tak monumentalne, że należałoby mnie natychmiast zamknąć i poddać leczeniu.

Być może tak było. W takim przypadku jednak Margrethe również była częścią moich urojeń. Nie mogłem pogodzić się z tą myślą. Nie mogło to też być „folie á deux”, gdyż Margrethe byłaby normalna w każdym możliwym świecie.

Minęło południe, zanim znaleźliśmy coś do jedzenia. Zaczynałem już dopatrywać się duchów tam, gdzie normalny człowiek dostrzegłby tylko drobne wiry powietrzne. Mój kapelusz został za siedmioma górami i słońce Nowego Meksyku padające mi na głowę nie pomagało mi w najmniejszym stopniu.

Samochód wiozący ludzi z pobliskiej budowy podwiózł nas do Grants. Zanim nas tam zostawili, zafundowali nam obiad. Być może jestem chory umysłowo, ale na pewno nie głupi — zawdzięczaliśmy tę podróż i posiłek temu, że Margrethe w nieprzyzwoicie obcisłych szortach przyciąga spojrzenia mężczyzn. To dało mi wiele do myślenia, podczas gdy pochłaniałem (z przyjemnością!) obiad, który nam postawili. Zachowałem jednak swoje przemyślenia dla siebie.

Gdy opuścili nas, zapytałem:

— Na wschód?

— Tak. Najpierw jednak chciałabym zajrzeć do biblioteki publicznej. O ile tu ją mają.

— Oczywiście!

Gdy znajdowaliśmy się w świecie naszego przyjaciela Steve’a, brak jakichkolwiek środków transportu powietrznego wywołał u mnie podejrzenie, iż świat ten może być tym samym, w którym urodziła się Margrethe, a w związku z tym również ojczyzną „Aleca Grahama”. W Gallup sprawdziliśmy to w bibliotece publicznej. Przestudiowałem w encyklopedii historię amerykańską, a Marga duńską. Stwierdzenie, że nie jesteśmy w jej świecie, zajęło nam obojgu zaledwie pięć minut. Dowiedziałem się, że Bryan został wybrany w 1896 roku, lecz zmarł w trakcie pełnienia urzędu i został zastąpiony przez wiceprezydenta — Arthura Sawella. To mi wystarczyło. Potem przejrzałem tylko szybko prezydentów i wojny, o których nigdy nie słyszałem.

1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 96
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)