Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bursztynowa Luneta
Bursztynowa Luneta - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bursztynowa Luneta

Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:

Аннотация

Bursztynowa Luneta
1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 112
Перейти на страницу:

– To nawet nie jak ślepota – zauważyła wystraszona Lyra – bo przecież możemy widzieć różne rzeczy, tylko że te rzeczy zanikają...

Kolory powoli bladły. Zgaszony szarozielony zamiast żywej zieleni drzew i trawy, zgaszony piaskowoszary zamiast jaskrawej żółtości pola kukurydzy, zgaszony krwawoszary zamiast czerwieni cegieł schludnego farmerskiego domu...

Sami ludzie, podchodząc coraz bliżej, zauważyli to i pokazywali sobie nawzajem, podtrzymując jeden drugiego.

Jedynymi plamkami koloru w całym krajobrazie pozostały ważki – jaskrawa czerwono-żółta i błyszcząca indygowa – ich mali jeźdźcy oraz Will, Lyra i Pantalaimon, który szybował w górze pod postacią pustułki.

Zbliżyli się już do pierwszych ludzi i teraz widzieli wyraźnie: wszyscy byli duchami. Will i Lyra przysunęli się do siebie, ale nie mieli się czego obawiać, ponieważ duchy bały się ich znacznie bardziej i cofały przed nimi.

– Nie bójcie się! – zawołał Will. – Nie zrobimy wam krzywdy. Dokąd idziecie?

Spojrzeli na najstarszego wśród nich, jakby był przewodnikiem.

– Idziemy tam, gdzie wszyscy inni – odparł. – Zdaje mi się, że wiem, ale nie pamiętam, skąd się dowiedziałem. Zdaje się, że to jest przy drodze. Poznamy to miejsce, jak tam dojdziemy.

– Mamo, dlaczego we dnie robi się ciemno? – zapytało jakieś dziecko.

– Sza, kochanie, nie marudź – uspokoiła je matka. – Marudzenie nic ci nie pomoże. Chyba umarliśmy.

– Ale dokąd idziemy?! – zawołało dziecko. – Nie chcę umierać, mamo!

– Idziemy na spotkanie z dziadkiem – desperacko rzuciła kobieta.

Dziecko jednak nie dało się uspokoić i płakało gorzko. Inni w grupie spoglądali na matkę ze współczuciem albo irytacją, lecz nie mogli w niczym pomóc; i wędrowali dalej niepocieszeni przez blaknący krajobraz, a piskliwy płacz dziecka rozbrzmiewał bez końca.

Kawaler Tialys zamienił parę słów z Salmakią, zanim wysforował się do przodu. Will i Lyra odprowadzali głodnym wzrokiem kolorową ważkę, która robiła się coraz mniejsza. Lady sfrunęła w dół i posadziła swojego owada na dłoni Willa.

– Kawaler poleciał sprawdzić, co jest dalej – wyjaśniła. – Uważamy, że krajobraz zanika, ponieważ ci ludzie go zapominają. Im dalej odejdą od swoich domów, tym ciemniej się zrobi.

– Ale dlaczego oni odchodzą? – zapytała Lyra. – Gdybym była duchem, wolałabym zostać w znanym miejscu zamiast wędrować i błądzić.

– Oni czują się tam nieszczęśliwi – odgadł Will. – Przecież właśnie tam umarli. Boją się tego.

– Nie – zaprzeczyła lady Salmakia. – Ich coś przyciąga. Jakiś instynkt prowadzi ich po tej drodze.

I rzeczywiście duchy maszerowały teraz raźniej, odkąd straciły z oczu rodzinną wioskę. Niebo było tak ciemne, jakby zanosiło się na wielką burzę, ale w powietrzu nie wyczuwało się przedburzowego elektrycznego napięcia. Duchy szły wytrwale, a droga biegła prosto przez krajobraz niemal pozbawiony kształtu i barwy.

Od czasu do czasu jeden z maszerujących zerkał na Willa i Lyrę albo na jaskrawą ważkę, jakby zaciekawiony. Wreszcie najstarszy zagadnął:

– Wy, chłopcze i dziewczyno! Wy nie umarliście. Nie jesteście duchami. Po coście tutaj przyszli?

– Weszliśmy tu przypadkiem – wyjaśniła Lyra, zanim Will zdążył zabrać głos. – Nie wiem, jak to się stało. Próbowaliśmy uciec przed tamtymi żołnierzami i po prostu znaleźliśmy się tutaj.

– Skąd będziecie wiedzieli, kiedy dojdziecie do tego miejsca, gdzie macie dojść? – zapytał Will.

– Pewnie nam powiedzą – odparł duch z przekonaniem. – Oddzielą grzeszników od sprawiedliwych, tak myślę. Teraz modlitwa już wam nie pomoże. Już za późno. Trzeba było się modlić za życia. Teraz to na nic.

Widać było wyraźnie, do której grupy spodziewał się trafić, i równie wyraźnie zakładał, że okaże się nieliczna. Inne duchy słuchały go niezbyt chętnie, lecz nie miały innego przewodnika, więc szły za nim bez protestów.

I tak wędrowali mozolnie dalej pod niebem, które pociemniało do barwy starego żelaza i takie już zostało. Żywi odruchowo rozglądali się na prawo i lewo, w górę i w dół za czymś kolorowym, ruchliwym i wesołym, ale wciąż spotykało ich rozczarowanie, dopóki w oddali nie pojawiła się mała iskierka i pomknęła ku nim. To był kawaler Tialys i Salmakia z radosnym okrzykiem poderwała swoją ważkę, żeby wylecieć mu na spotkanie.

Po krótkiej naradzie wrócili do dzieci.

– Przed nami jest miasto – oznajmił Tialys. – Wygląda jak obóz uchodźców, ale widocznie istnieje od stuleci albo dłużej. A dalej chyba jest morze albo jezioro, ale zakryte mgłą. Słyszałem głosy ptaków. Co chwila przybywają setki ludzi, ze wszystkich kierunków. Są podobni do tych: duchy...

Duchy też słuchały słów kawalera, chociaż bez większej ciekawości. Wydawały się odrętwiałe, jakby zapadły w trans; Lyra chciała nimi potrząsnąć, obudzić je, zachęcić do walki, do szukania sposobu ucieczki.

– Jak mamy pomóc tym ludziom, Will? – zapytała.

Nawet nie próbował odpowiedzieć. Idąc dalej, widzieli ruch na horyzoncie z lewej i z prawej strony, a przed nimi brudnoszary dym wznosił się powoli, jeszcze bardziej zaciemniając mroczną krainę. Poruszali się tam ludzie albo duchy: szeregami, parami lub grupami, ale wszyscy mieli puste ręce. Setki, tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci wędrowały przez równinę w stronę źródła dymu.

Grunt opadał teraz i coraz bardziej przypominał wysypisko śmieci. Powietrze było ciężkie od dymu i innych niemiłych woni: żrących chemikaliów, gnijącego kompostu, ścieków. Im niżej schodzili, tym bardziej śmierdziało. W zasięgu wzroku nie było ani skrawka czystej ziemi, nic tu nie rosło oprócz wybujałych chwastów i szorstkiej poszarzałej trawy.

Przed nimi nad wodą bielała mgła. Niczym skalna ściana wznosiła się ku posępnemu niebu, a z jej wnętrza dochodziły ptasie krzyki, o których wspominał Tialys.

Pomiędzy mgłą a stosami śmieci leżało pierwsze miasto zmarłych.

19. Lyra i jej śmierć

Gniewałem się na przyjaciela. Wyznałem to. Zawziętość pierzchła.
William Blake. Zatrute drzewo

Tu i tam rozpalono ogniska wśród ruin. Miasto wyglądało jak gruzowisko, bez ulic, bez placów, bez żadnej otwartej przestrzeni oprócz miejsc, gdzie zawalił się budynek. Kilka kościołów i gmachów użyteczności publicznej wciąż wznosiło się nad gruzami, chociaż miały dziurawe dachy i popękane ściany, a w jednym przypadku cały portyk osiadł na kolumnach. Pomiędzy resztkami kamiennych budowli wił się niechlujny labirynt szałasów i baraków, skleconych z desek, rozklepanych kanistrów po benzynie albo puszek po herbatnikach, podartych płacht polietylenu, kawałków dykty lub sklejki.

Duchy, które przyszły z nimi, spieszyły w stronę miasta i ze wszystkich stron nadchodziło ich więcej, tak wiele, że wyglądały jak ziarenka piasku przesypujące się przez otwór klepsydry. Duchy wchodziły prosto w plugawy chaos miasta, jakby doskonale wiedziały, dokąd idą; Lyra i Will zamierzali pójść za nimi, ale ich zatrzymano.

Jakaś postać wyszła zza połatanych drzwi i powiedziała:

– Czekajcie, czekajcie.

Za plecami mężczyzny jaśniało nikłe światło, toteż nie widzieli go wyraźnie, mieli jednak pewność, że nie był duchem. Był żywy jak oni. Chudy mężczyzna w nieokreślonym wieku, ubrany w nędzny i wyświechtany garnitur, trzymał ołówek i plik papierów spiętych biurowym zaciskiem. Budka, z której wyszedł, wyglądała jak posterunek kontrolny na rzadko przekraczanej granicy.

1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 112
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)