Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaOn i Lyra przez jakiś czas mieszkali wśród wilków, a potem przenieśli się do Oksfordu, żeby pracować w kuchniach Kolegium Jordana. Tam poznali Rogera i kiedy kolegium zostało zaatakowane przez ceglarzy, którzy mieszkali na Gliniankach, musieli uciekać w pośpiechu; więc ona, Will i Roger ukradli wąską cygańską łódź i przepłynęli całą Tamizę, prawie ich schwytano przy śluzie Abingdon, a potem piraci z Wapping zatopili łódź i dzieci musiały ratować się ucieczką wpław na trzymasztowy kliper, który właśnie wyruszał do Hang Chow w Kitaju po ładunek herbaty.
Na kliprze spotkali Gallivespian, obcych z Księżyca, których przywiał na Ziemię potężny huragan z Drogi Mlecznej. Schronili się w bocianim gnieździe, a Lyra, Will i Roger po kolei chodzili ich odwiedzać, tylko że pewnego dnia Roger pośliznął się i spadł w morskie odmęty.
Próbowali ubłagać kapitana, żeby zawrócił statek i poszukał chłopca, ale on był twardym, bezdusznym człowiekiem i obchodził go tylko zysk, który mógł zgarnąć, gdyby szybko dopłynął do Kitaju, więc kazał zakuć ich w kajdany. Ale Gallivespianie przynieśli im pilnik i...
I tak dalej. Od czasu do czasu Lyra oglądała się na Willa lub szpiegów, żądając potwierdzenia, a Salmakia dorzucała parę szczegółów albo Will kiwał głową i opowieść ciągnęła się aż do chwili, kiedy dzieci i ich przyjaciele z Księżyca musieli znaleźć drogę do krainy zmarłych, żeby dowiedzieć się od rodziców Lyry, gdzie zakopali w sekrecie rodzinny majątek.
– Gdybyśmy znali swoje śmierci we własnym kraju – zakończyła – jak wy tutaj, pewnie byłoby nam łatwiej; ale i tak mieliśmy szczęście, że trafiliśmy tu i możemy zasięgnąć waszej rady. Bardzo wam dziękujemy, że tak uprzejmie nas wysłuchaliście i nakarmiliście. Ale teraz, rozumiecie, albo może rano, musimy znaleźć sposób, żeby przepłynąć przez wodę tam, gdzie płyną zmarli. Czy możemy wynająć jakąś łódź?
Dzieci, zarumienione ze zmęczenia, przenosiły senny wzrok z jednego dorosłego na drugiego, ale nikt nie potrafił odpowiedzieć, gdzie można znaleźć łódź.
Potem odezwał się ktoś, kto dotąd milczał. Z posłania w kącie dobiegł suchy, skrzypiący, nosowy głos – nie głos kobiety – nie żywy głos; to był głos śmierci babki.
– Tylko z własnymi śmierciami – powiedział szkielet, opierając się na łokciu i celując kościstym palcem w Lyrę. – Możecie przepłynąć jezioro i wejść do krainy zmarłych. Musicie przywołać swoje śmierci. Słyszałam o ludziach jak wy, którzy trzymają swoje śmierci na dystans. Nie lubicie ich, a one przez grzeczność schodzą wam z oczu. Ale są niedaleko. Za każdym razem, kiedy się oglądacie, wasza śmierć robi unik. Chowa się, kiedy patrzycie. Potrafi się schować w filiżance herbaty. Albo w kropli rosy. Albo w tchnieniu wiatru. Nie jak ja i ta stara Magda – dodała i uszczypnęła staruszkę w pomarszczony policzek, a ona odepchnęła jej rękę. – Żyjemy w zgodzie i przyjaźni. Oto odpowiedź, właśnie to powinniście zrobić, przywitać je, zaprzyjaźnić się, zaprosić wasze śmierci bliżej i zobaczyć, do czego potraficie je namówić.
Jej słowa zapadały w umysł Lyry jak ciężkie kamienie. Will również poczuł ich śmiertelny ciężar.
– Jak mamy to zrobić? – zapytał.
– Wystarczy zapragnąć i gotowe.
– Czekajcie – wtrącił Tialys.
Wszyscy obejrzeli się na niego, a śmierci leżące na podłodze usiadły i zwróciły puste, łagodne twarze w stronę jego małej, zapalczywej twarzyczki. Kawaler stał tuż obok Salmakii, z dłonią na jej ramieniu. Lyra wiedziała, o czym myślał: zamierzał powiedzieć, że to już zaszło za daleko, że muszą się wycofać, że przekroczyli dopuszczalne granice głupoty.
– Przepraszam – powiedziała do Petera – ale ja i nasz księżycowy przyjaciel musimy wyjść na chwilę, ponieważ on chce porozmawiać z przyjaciółmi na Księżycu przez mój specjalny instrument. Zaraz wrócimy.
Ostrożnie wzięła go do ręki, uważając na ostrogi, i wyniosła na zewnątrz w ciemność, gdzie obluzowany kawałek przerdzewiałej blachy pokrywającej dach pobrzękiwał melancholijnie na zimnym wietrze.
– Musisz przestać – oświadczył kawaler, kiedy postawiła go na przewróconej beczce po oleju, w słabym świetle jednej z żarówek kołyszących się na kablu nad ich głowami. – Nie posuwaj się dalej. Wystarczy.
– Ale zawarliśmy umowę – przypomniała mu Lyra.
– Nie, nie. To szaleństwo.
– No dobrze. Zostawcie nas. Polecicie z powrotem. Will wytnie okno do waszego świata albo do każdego świata, jaki wybierzecie, przelecicie tam i będziecie bezpieczni, w porządku, nie mamy nic przeciwko.
– Czy zdajesz sobie sprawę, co robisz?
– Tak.
– Nieprawda. Jesteś bezmyślną, nieodpowiedzialną, kłamliwą smarkulą. Fantazjowanie przychodzi ci tak łatwo, że cała twoja natura przesiąkła nieuczciwością i nie pogodzisz się z prawdą, nawet kiedy patrzy ci w twarz. No więc jeśli sama nie rozumiesz, powiem ci wprost: nie możesz, nie wolno ci ryzykować życia. Musisz teraz wrócić z nami. Wezwę Lorda Asriela i za kilka godzin będziemy bezpieczni w fortecy.
Lyra poczuła wielką falę gniewu wzbierającą w piersi i tupnęła nogą, nie mogąc się opanować.
– Ty nic nie wiesz! – zawołała. – Ty po prostu nie wiesz, co ja myślę albo czuję, prawda? Nie wiem, czy wy w ogóle macie dzieci, może składacie jajka albo coś takiego, wcale bym się nie zdziwiła, bo nie jesteście dobrzy, nie jesteście wielkoduszni, nie jesteście troskliwi... Nawet nie jesteście okrutni! Już bym wolała okrucieństwo, bo to by znaczyło, że traktujecie nas poważnie, że nie podróżujecie z nami po prostu dlatego, że wam to odpowiada... Och, teraz wcale nie mogę wam ufać! Obiecałeś, że pomożecie i że zrobimy to razem, a teraz chcesz nas powstrzymać! To ty jesteś nieuczciwy, Tialysie!
– Nigdy bym nie pozwolił, żeby moje dziecko mówiło do mnie tak niegrzecznie i wyniośle. Dlaczego dotąd cię nie ukarałem?!
– Więc śmiało! Ukarz mnie, skoro możesz! Dalej, wbij mi te swoje cholerne ostrogi, wbijaj mocno! Masz, daję ci rękę! Nie wiesz, co czuję, ty samolubny pyszałku... Nie masz pojęcia, jak mi źle i smutno z powodu mojego przyjaciela Rogera... Zabijasz ludzi, ot tak – strzeliła palcami – nie liczą się dla ciebie... ale dla mnie to udręka i rozpacz, że nie pożegnałam się z moim przyjacielem! Chcę go przeprosić i jakoś to naprawić... Nigdy tego nie zrozumiesz, przez swoją pychę, przez swoją dorosłą przemądrzałość... i jeśli muszę umrzeć, żeby zrobić, co należy, to umrę z radością. Widziałam już gorsze rzeczy. Więc jeśli chcesz mnie zabić, twardy, silny mężczyzno z zatrutymi ostrogami, dzielny kawalerze, zrób to, dalej, zabij mnie! Wtedy ja i Roger będziemy bawić się razem w krainie zmarłych przez wieczność i śmiać się z ciebie, ty żałosny stworze.
Nietrudno było odgadnąć, co Tialys mógł wtedy zrobić, ponieważ od stóp do głów płonął gniewem, dygotał z wściekłości; lecz zanim zdążył się poruszyć, za plecami Lyry odezwał się jakiś głos i zmroził ich oboje. Lyra odwróciła się, wiedząc, co zobaczy, przerażona mimo pozornej brawury.
Śmierć stała bardzo blisko, uśmiechnięta uprzejmie, z twarzą dokładnie taką samą jak u innych śmierci. Pantalaimon na piersi Lyry zaskomlał i zadrżał, pod postacią gronostaja owinął się wokół jej szyi i próbował odciągnąć ją od śmierci. Lecz jedynie sam znalazł się bliżej, więc znowu przycisnął się do jej ciepłego gardła i silnie bijącego serca.
Lyra przytuliła go mocno i spojrzała śmierci prosto w twarz. Nie usłyszała jej słów. Kątem oka widziała, że Tialys pospiesznie przygotowuje magnetytowy rezonator.