Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaKiedy zebrali tyle, ile mogli unieść, Will wrzucił złotą monetę do szuflady wielkiego sosnowego stołu.
– No co? – zapytała Lyra, widząc, że Tialys unosi brwi. – Zawsze trzeba płacić za to, co się zabiera.
W tej samej chwili Salmakia wleciała tylnymi drzwiami i w rozbłysku błękitu posadziła swoją ważkę na stole.
– Nadchodzą jacyś ludzie – oznajmiła – pieszo, z bronią. Są oddaleni tylko o parę minut marszu. A za polami widać płonącą wioskę.
Zanim skończyła mówić, usłyszeli chrzęst butów na żwirze, szczęk broni i głos wydający rozkazy.
– Powinniśmy odejść – powiedział Will. Pomacał w powietrzu czubkiem noża. Natychmiast odebrał wrażenie nowego rodzaju. Nóż jakby ślizgał się po bardzo gładkiej powierzchni, przypominającej lustro, a potem zagłębił się powoli na tyle, żeby wykonać cięcie. Lecz powierzchnia stawiała opór niczym gruba tkanina, a kiedy Will zrobił otwór, zamrugał ze zdziwienia i strachu: ponieważ nowo otwarty świat wyglądał w każdym szczególe tak samo jak ten, w którym już się znajdowali.
– Co się dzieje? – zapytała Lyra.
Szpiedzy zaglądali przez otwór ze zdumieniem. Lecz czuli nie tylko zdumienie. Podobnie jak powietrze nie chciało poddać się nożowi, tak samo coś w otworze nie chciało ich przepuścić. Will musiał odepchnąć coś niewidzialnego, a potem przeciągnąć Lyrę, natomiast Gallivespianie wcale nie mogli się przedostać. Musieli posadzić swoje ważki na dłoniach dzieci i nawet wtedy powietrze stawiało wyraźny opór; przejrzyste skrzydełka owadów gięły się i skręcały, a mali jeźdźcy głaskali je po łepkach i szeptali, żeby ukoić ich strach.
Lecz po kilku sekundach walki wszyscy przeszli na drugą stronę. Will znalazł krawędź okna (chociaż niewidzialnego) i zamknął je, tłumiąc głosy żołnierzy w tamtym świecie.
– Will – powiedziała Lyra, a on odwrócił się i zobaczył, że w kuchni jest z nimi ktoś jeszcze.
Serce podskoczyło mu w piersi. To był mężczyzna, którego widział niespełna dziesięć minut temu, leżącego w krzakach z poderżniętym gardłem.
Szczupły, w średnim wieku, wyglądał jak człowiek, który spędza większość czasu na świeżym powietrzu. Teraz jednak wydawał się niemal półprzytomny lub sparaliżowany szokiem. Wytrzeszczył oczy tak, że białka były widoczne dookoła tęczówek ze wszystkich stron, i drżącą dłonią ściskał brzeg stołu. Gardło miał nietknięte, co Will zauważył z ulgą.
Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nie wykrztusił ani słowa. Zdołał jedynie wskazać palcem na Lyrę i Willa.
– Przepraszamy, że wtargnęliśmy do pana domu – odezwała się Lyra – ale musieliśmy uciekać przed nadchodzącymi żołnierzami. Proszę nam wybaczyć, jeśli pana przestraszyliśmy. Nazywam się Lyra, a to jest Will, a to nasi przyjaciele, kawaler Tialys i lady Salmakia. Czy może nam pan powiedzieć, kim pan jest i co to za miejsce?
Ta zwyczajnie brzmiąca prośba chyba sprawiła, że mężczyzna odzyskał panowanie nad sobą. Wzdrygnął się, jakby zbudził się ze snu.
– Nie żyję – oświadczył. – Leżę tam na dworze, martwy. Wiem, że nie żyję. Wy żyjecie. Co się dzieje? Boże, ratuj, poderżnęli mi gardło. Co się dzieje?
Lyra przysunęła się bliżej do Willa, kiedy mężczyzna powiedział: „Nie żyję”, a Pantalaimon skrył się na jej piersi jako mysz. Co do Gallivespian, próbowali zapanować nad swoimi ważkami, ponieważ wielkie owady okazywały wyraźną awersję wobec mężczyzny i śmigały po całej kuchni, szukając drogi ucieczki.
Lecz mężczyzna ich nie zauważył. Wciąż próbował zrozumieć, co się dzieje.
– Czy pan jest duchem? – zapytał ostrożnie Will. Mężczyzna wyciągnął rękę i Will próbował ją uścisnąć, lecz jego palce objęły powietrze. Poczuł jedynie ukłucie zimna.
Widząc, co się stało, mężczyzna ze zgrozą popatrzył na własną rękę. Odrętwienie mijało i zaczynał odczuwać całą głębię swojego nieszczęścia.
– Naprawdę – szepnął. – Naprawdę nie żyję... Umarłem i pójdę do piekła...
– Cii – przerwała mu Lyra. – Pójdziemy razem. Jak pan się nazywa?
– Dirk Jansen się nazywałem – powiedział – ale ja już... Nie wiem, co robić... Nie wiem, dokąd pójść...
Will otworzył drzwi. Dziedziniec wyglądał tak samo, ogród nie zmienił się, słońce wciąż przeświecało przez mgiełkę. A ciało mężczyzny leżało w tej samej pozycji.
Cichy jęk wyrwał się z gardła Dirka Jansena, jakby zmarły nie mógł już dłużej zaprzeczać. Ważki wyleciały przez otwarte drzwi, przemknęły nad ziemią i wzbiły się wysoko, szybciej niż ptaki. Mężczyzna rozglądał się bezradnie, wznosił ręce i opuszczał, wydawał urywane okrzyki.
– Nie mogę tutaj zostać... – powtarzał. – Nie mogę zostać. Ale to nie jest ta farma, którą znałem. Coś jest nie tak. Muszę iść...
– Dokąd pan idzie, panie Jansen? – zapytała Lyra.
– Drogą. Nie wiem. Muszę iść. Nie mogę tutaj zostać...
Salmakia przyfrunęła i usiadła na dłoni Lyry. Małe pazurki ważki wbijały się w skórę, kiedy lady mówiła:
– Idą tutaj ludzie z wioski... tacy jak ten człowiek... wszyscy idą w tym samym kierunku.
– Więc pójdziemy z nimi – zdecydował Will i zarzucił sobie plecak na ramię.
Dirk Jansen mijał już własne zwłoki, odwracając oczy. Zachowywał się niemal jak pijany, przystawał, znowu ruszał, zbaczał w lewo i w prawo, potykał się o niewielkie wyboje i kamienie na ścieżce, którą jego stopy tak dobrze znały za życia.
Lyra ruszyła za Willem, a Pantalaimon zmienił się w pustułkę i wzleciał tak wysoko, że dziewczynka wstrzymała oddech.
– Oni mają rację – oznajmił, kiedy sfrunął na dół. – Z wioski wychodzą ludzie jeden za drugim. Martwi ludzie...
Wkrótce sami ich zobaczyli: około dwudziestu osób – mężczyzn, kobiet i dzieci – poruszających się jak Dirk Jansen, niepewnych i zaszokowanych. Wioska leżała około kilometra dalej i ludzie nadchodzili środkiem drogi, zbici w gromadkę. Kiedy Dirk Jansen zobaczył tamte duchy, chwiejnie pobiegł w ich stronę, a one wyciągnęły ręce na powitanie.
– Nawet jeśli nie wiedzą, dokąd idą, wszyscy idą tam razem – zauważyła Lyra. – Lepiej chodźmy z nimi.
– Myślisz, że w tym świecie mają dajmony? – zapytał Will.
– Kto wie? Gdybyś zobaczył jednego z nich w swoim świecie, poznałbyś, że to duch?
– Trudno powiedzieć. Nie wyglądają całkiem normalnie... W moim mieście widywałem jednego człowieka, który zwykle spacerował przed sklepami, niosąc zawsze tę samą starą plastikową torbę. Nigdy nie odzywał się do nikogo ani nie wchodził do środka. I nikt nigdy na niego nie patrzył. Udawałem, że jest duchem. Oni wyglądają trochę podobnie. Może w moim świecie jest pełno duchów, tylko o tym nie wiem.
– W moim chyba nie ma – mruknęła Lyra z powątpiewaniem.
– W każdym razie to musi być świat zmarłych. Ci ludzie właśnie zostali zabici... widocznie przez żołnierzy... i są tutaj, w świecie dokładnie takim samym jak ich świat. Myślałem, że będzie całkiem inny...
– Ale zanika! – zawołała Lyra. – Patrz!
Chwyciła go za ramię. Zatrzymał się i rozejrzał. Miała rację. Niedawno, kiedy znalazł okno w Oksfordzie i przeszedł do świata Cittagazze, trafił na zaćmienie Słońca i podobnie jak miliony innych ludzi stał na dworze w południe, patrząc, jak jasne światło dnia blednie i przygasa, aż wreszcie upiorny półmrok okrył domy, drzewa, park. Will widział wszystko równie wyraźnie jak w pełnym świetle, ale światła było mniej, jakby cała energia wyciekała z umierającego słońca.
Teraz działo się coś podobnego, tylko dziwniejszego, ponieważ również krawędzie przedmiotów zamazywały się i traciły wyrazistość.