Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaWszyscy czekali. Pokorny ton Lyry trochę uśmierzył niepokój mężczyzny, a szpiedzy mieli na tyle zdrowego rozsądku, żeby wyglądać skromnie i niegroźnie. Po chwili człowiek powiedział:
– No, to dziwne, ale widocznie mamy dziwne czasy... Wejdźcie zatem, witamy...
Postacie na zewnątrz pokiwały głowami, jedna czy dwie ukłoniły się lekko, i odsunęły z szacunkiem, kiedy Will i Lyra weszli do ciepłego i jasnego pomieszczenia. Mężczyzna zamknął za nimi drzwi i zaczepił pętlę z drutu na gwoździu, żeby się nie otwierały.
Była to pojedyncza izba oświetlona lampą naftową stojącą na stole, czysta, lecz bardzo uboga. Ściany z dykty ozdabiał wzór z odcisków palców wykonany sadzą oraz zdjęcia powycinane z magazynów filmowych. Pod jedną ścianą stał żelazny piecyk, a przed nim wieszak na ubrania, na którym parowały obszarpane koszule. Na toaletce znajdował się ołtarzyk z plastikowych kwiatów, muszli morskich, kolorowych buteleczek po perfumach i innych jaskrawych drobiazgów, otaczających obrazek wesołego szkieletu w cylindrze i ciemnych okularach.
Izba była zatłoczona; oprócz mężczyzny, kobiety i dwojga dzieci było tam niemowlę w kołysce, starszy mężczyzna i w kącie na stosie koców bardzo stara kobieta, która obserwowała wszystko błyszczącymi oczami w twarzy pomarszczonej jak zasuszone jabłko. Kiedy Lyra spojrzała na nią, doznała wstrząsu: koce poruszyły się i wysunęło się spod nich wychudzone ramię w czarnym rękawie, a potem druga twarz, osoby tak wiekowej, że wyglądała niemal jak szkielet. Właściwie przypominała bardziej szkielet na obrazku niż żywego człowieka; a potem Will i reszta podróżnych zauważyli, że niczym nie różniła się od tych uprzejmych mglistych postaci na zewnątrz. Wszyscy poczuli się równie zakłopotani jak gospodarz, kiedy zobaczył ich po raz pierwszy.
Właściwie wszyscy ludzie w zatłoczonej chatce – oprócz niemowlęcia, które spało – milczeli niezręcznie. Lyra pierwsza odzyskała głos.
– Dziękujemy za zaproszenie, to bardzo miło z waszej strony – powiedziała. – Jak mówiłam, przepraszamy, że nie przyprowadziliśmy żadnej śmierci, jeśli tak się zwykle robi. Ale nie będziemy wam przeszkadzać dłużej, niż to konieczne. Widzicie, szukamy krainy zmarłych i dlatego tutaj trafiliśmy. Ale nie wiemy, gdzie ona jest ani czy to miejsce do niej należy, ani jak się tam dostać. Więc jeśli możecie nam coś o tym powiedzieć, będziemy bardzo wdzięczni.
Ludzie w chałupie wciąż się gapili, lecz słowa Lyry nieco złagodziły napięcie i kobieta zaprosiła ich do stołu, przysuwając ławkę. Will i Lyra posadzili śpiące ważki na półce w ciemnym kącie, gdzie miały odpoczywać do rana, jak zapewnił Tialys, a potem Gallivespianie usiedli z nimi przy stole.
Kobieta obrała kilka kartofli i wkroiła do przygotowywanego wcześniej gulaszu, żeby wystarczył na więcej osób. Ponagliła męża, by poczęstował czymś podróżnych, zanim potrawa się ugotuje. Mężczyzna przyniósł butelkę czystego alkoholu, który dla Lyry pachniał jak cygański jenniver. Dwójka szpiegów przyjęła kieliszek, w którym zanurzyli własne małe naczynka.
Lyra oczekiwała, że rodzina będzie się gapić głównie na Gallivespian, ale zauważyła, że ona i Will wzbudzali w nich równie wielką ciekawość. Nie zwlekając, zapytała o powód.
– Jesteście pierwszymi ludźmi, których zobaczyliśmy bez śmierci – oznajmił mężczyzna o imieniu Peter. -To znaczy, odkąd tutaj mieszkamy. Tak jak wy przyszliśmy tu, zanim umarliśmy, przypadkiem albo przez pomyłkę. Musimy czekać, aż nasza śmierć nam powie, że już czas.
– Wasza śmierć wam powie? – zdumiała się Lyra.
– Tak. Dowiedzieliśmy się, kiedy tutaj przyszliśmy, och, dawno temu dla wielu z nas, że wszyscy sprowadziliśmy ze sobą własną śmierć. Tutaj się o tym dowiedzieliśmy. Mieliśmy ją przy sobie przez cały czas. Widzisz, każdy ma swoją śmierć. Ona idzie za nami wszędzie, przez całe życie, krok w krok. Nasze śmierci są na zewnątrz, na świeżym powietrzu; potem tutaj przyjdą. Śmierć babci jest z nią, blisko niej, bardzo blisko.
– Czy to panią nie przeraża, że ma pani śmierć przy sobie przez cały czas? – zapytała Lyra.
– Dlaczego? Jeśli jest blisko, mogę ją mieć na oku. Dużo bardziej bym się denerwowała, gdybym nie wiedziała, gdzie ona jest.
– I każdy ma własną śmierć? – upewnił się Will.
– Ależ tak, kiedy człowiek się rodzi, śmierć przychodzi na świat razem z nim i ona zabiera go ze świata.
– Aha! – zawołała Lyra. – Właśnie to chcieliśmy wiedzieć, ponieważ chcemy znaleźć krainę śmierci, ale nie wiemy, jak się tam dostać. Więc dokąd idziemy, kiedy umieramy?
– Twoja śmierć klepie cię po ramieniu albo bierze za rękę i mówi, chodź ze mną, już czas. Może przyjść, kiedy leżysz w gorączce albo kiedy zadławisz się kawałkiem suchego chleba, albo kiedy spadniesz z wysokiego budynku; w samym środku bólu i męki śmierć przychodzi do ciebie łaskawie i mówi: już dobrze, dziecko, chodź ze mną, i odpływasz z nią łodzią po jeziorze we mgłę. Co tam się dzieje, tego nie wie nikt. Nikt nigdy stamtąd nie wraca.
Kobieta kazała dziecku zawołać śmierci do chaty. Chłopiec podszedł do drzwi i przemówił do nich. Will i Lyra patrzyli z podziwem, a Gallivespianie przysunęli się bliżej do siebie, kiedy śmierci – jedna dla każdego członka rodziny – weszły przez drzwi: blade, niepozorne postacie w łachmanach, ciche, szare i bezbarwne.
– To są wasze śmierci? – zapytał Tialys.
– Tak, panie – potwierdził Peter.
– Czy wiecie, kiedy wam powiedzą, że już czas?
– Nie. Ale wiemy, że są blisko, a to zawsze pociecha.
Tialys nie odpowiedział, ale najwyraźniej uważał, że bliskość śmierci nie jest żadną pociechą. Śmierci stały grzecznie pod ścianą, zajmując dziwnie mało miejsca i nie rzucając się w oczy. Lyra i Will wkrótce przestali zwracać na nie uwagę, chociaż Will pomyślał: Ci ludzie, których zabiłem... mieli przy sobie swoje śmierci przez cały czas... nie wiedzieli i ja nie wiedziałem...
Kobieta, imieniem Martha, nałożyła gulasz do wyszczerbionych emaliowanych talerzy i zostawiła trochę w misce dla śmierci, żeby się podzieliły. Nie jadły, ale przyjemny zapach sprawiał im zadowolenie. Wkrótce cała rodzina i goście jedli łapczywie, a Peter zapytał dzieci, skąd pochodzą i jaki jest ich świat.
– Opowiem wam o tym – obiecała Lyra.
Gdy to powiedziała i przejęła inicjatywę, poczuła lekki dreszczyk przyjemności wzbierający w jej piersi jak bąbelki w szampanie. Wiedziała, że Will patrzy, i cieszyła się, że na jego oczach robi coś, co umie najlepiej; robi to dla niego i dla nich wszystkich.
Zaczęła od historii swoich rodziców. Byli książęcą parą, bardzo wpływową i bogatą, których polityczny wróg pozbawił majątku i wtrącił do więzienia. Lecz zdołali uciec, spuszczając się po linie z maleńką Lyrą w ramionach ojca, i odzyskali rodzinną fortunę tylko po to, żeby zginąć z rąk bandytów. Lyra również zostałaby zabita, upieczona i zjedzona, gdyby Will nie ocalił jej w ostatniej chwili i nie zabrał ze sobą do lasu, gdzie żył wśród wilków. Jako dziecko wypadł za burtę ojcowskiego statku i fale przyniosły go na bezludny brzeg, gdzie wilczyca wykarmiła go własnym mlekiem i wychowała.
Słuchacze przełknęli te brednie łatwowiernie jak dzieci i nawet śmierci zbliżyły się, żeby posłuchać, przysiadły na ławce albo położyły się na podłodze i wpatrywały w Lyrę łagodnymi oczami, kiedy snuła opowieść o swoim życiu z Willem w lesie.