Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa Luneta– Teraz nas nie słyszą. Są za daleko. Will, pytałam też, jak tam dotrzemy. Kazał po prostu iść za nożem, nic więcej.
– Wygląda to na łatwiznę – stwierdził. – Ale założę się, że tylko tak wygląda. Wiesz, co Iorek mi powiedział?
– Nie. Mówił... kiedy poszłam się pożegnać... mówił, że to będzie bardzo trudne dla ciebie, ale że sobie poradzisz. Tylko nie powiedział dlaczego...
– Nóż pękł, bo pomyślałem o mojej matce – wyjaśnił Will. – Więc muszę wyrzucić ją z myśli. Ale... to jest tak, jak kiedy ktoś mówi: „Nie myśl o krokodylu”, a ty właśnie o nim myślisz i nie możesz przestać...
– No, wczoraj dobrze przeciąłeś – zauważyła Lyra.
– Tak, bo byłem zmęczony, chyba dlatego. No, zobaczymy. Po prostu iść za nożem?
– Tylko tyle powiedział.
– W takim razie możemy iść nawet teraz. Tylko że zostało nam mało jedzenia. Musimy znaleźć coś na zapas, chleb i owoce, cokolwiek. Więc najpierw znajdę świat, gdzie dostaniemy jedzenie, a potem zaczniemy szukać świata zmarłych.
– Dobrze – zgodziła się Lyra, szczęśliwa, że znowu podróżuje z Willem.
Wrócili do szpiegów, którzy siedzieli czujnie obok noża, z tobołkami na plecach.
– Chcielibyśmy poznać wasze zamiary – odezwała się Salmakia.
– No, na razie nie pójdziemy do Lorda Asriela – odpowiedział Will. – Najpierw musimy zrobić co innego.
– Powiedzcie nam co, skoro i tak wiadomo, że nie zdołamy was powstrzymać.
– Nie – odparła Lyra – bo zaraz im doniesiecie. Musicie pójść z nami, nie wiedząc, dokąd idziemy. Oczywiście zawsze możecie zrezygnować i wrócić do nich.
– Jeszcze czego – obruszył się Tialys.
– Potrzebujemy od was gwarancji – oświadczył Will. – Jesteście szpiegami, więc musicie postępować nieuczciwie, to wasz zawód. Chcemy wiedzieć, że możemy wam zaufać. Wczoraj w nocy byliśmy za bardzo zmęczeni i nie przyszło nam do głowy, że przecież nic wam nie przeszkodzi zaczekać, aż zaśniemy, obezwładnić nas żądłami i wezwać Lorda Asriela przez ten magnetytowy aparat. To dla was nic trudnego. Więc potrzebujemy gwarancji, że tego nie zrobicie. Obietnica nie wystarczy.
Gallivespianie zadygotali z gniewu na tę zniewagę. Tialys opanował się i powiedział:
– Nie zgadzamy się na jednostronne żądania. Musicie dać coś w zamian. Musicie nam powiedzieć, jakie macie zamiary, a wtedy przekażę magnetytowy rezonator pod waszą opiekę. Pozwolicie mi wysyłać wiadomości, ale nie będę mógł z niego korzystać bez waszej wiedzy i zgody. To będzie nasza gwarancja. A teraz powiedzcie nam, dokąd idziecie i po co.
Will i Lyra wymienili spojrzenia, żeby potwierdzić umowę.
– No dobrze – powiedziała Lyra – to sprawiedliwa wymiana. Więc zamierzamy wejść do świata zmarłych. Nie wiemy, gdzie to jest, ale nóż go znajdzie.
Dwoje szpiegów gapiło się na nią niedowierzająco, z otwartymi ustami. W końcu Salmakia zamrugała i powiedziała:
– To nie ma sensu. Zmarli to zmarli i tyle. Nie istnieje żaden świat zmarłych.
– Ja też tak myślałem – przyznał Will. – Ale teraz nie jestem pewien. Zresztą z nożem spróbujemy go znaleźć.
– Ale po co?
Lyra spojrzała na Willa i zobaczyła, że kiwnął głową.
– No... – zaczęła – zanim spotkałam Willa, dużo wcześniej, zanim zasnęłam, naraziłam na niebezpieczeństwo przyjaciela, który został zabity. Myślałam, że go ratuję, ale tylko pogorszyłam sprawę. Ale śniłam o nim i pomyślałam, że może naprawię swoje postępowanie, jeśli pójdę za nim i go przeproszę. A Will chce spotkać swojego ojca, który umarł akurat w chwili, kiedy Will go znalazł. Widzicie, Lord Asriel nie ma o tym pojęcia. Ani pani Coulter. Gdybyśmy do niego poszli, musielibyśmy robić, co nam każe, i wcale nie pomyślałby o Rogerze... tak ma na imię mój zmarły przyjaciel... Dla niego on nic nie znaczy. Ale dla mnie znaczy bardzo wiele. Dla nas. Więc chcemy to zrobić.
– Dziecko – powiedział Tialys – kiedy umieramy, wszystko się kończy. Nie ma innego życia. Widywałaś śmierć. Widziałaś, co się dzieje z dajmonem, kiedy człowiek umiera. Dajmon znika. Co jeszcze może istnieć potem?
– Zamierzamy się dowiedzieć – oznajmiła Lyra. – A teraz, kiedy już wszystko wiecie, oddajcie mi magnetytowy rezonator.
Wyciągnęła rękę, a Pantalaimon-lampart wstał, powoli kołysząc ogonem, żeby podkreślić żądanie. Tialys ściągnął pakunek z pleców i położył na jej dłoni. Okazał się zdumiewająco ciężki; oczywiście dla niej nie stanowił obciążenia, ale podziwiała siłę kawalera.
– Jak dużo czasu waszym zdaniem zabierze ta ekspedycja? – zagadnął Tialys.
– Nie wiemy – odparła Lyra. – Nie wiemy nic, tak samo jak wy. Przekonamy się.
– Najpierw – odezwał się Will – musimy zdobyć wodę i więcej żywności, coś łatwego do niesienia. Więc znajdę świat, gdzie to dostaniemy, a potem wyruszamy.
Tialys i Salmakia dosiedli swoich ważek i przytrzymali je drżące na ziemi. Wielkie owady rwały się do lotu, ale jeźdźcy panowali nad nimi absolutnie. Lyra po raz pierwszy widziała je w świetle dnia i zachwyciły ją cieniutkie, szare jedwabne wodze, srebrne strzemiona, maleńkie siodła.
Will wziął nóż i pod wpływem silnej pokusy wymacał dotknięcie własnego świata: nadal posiadał kartę kredytową; mógł kupić znane jedzenie; mógł nawet zadzwonić do pani Cooper i zapytać o matkę...
Nóż zgrzytnął jak zardzewiały gwóźdź skrobiący po kamieniu i serce Willa zamarło. Jeśli teraz złamie ostrze, to koniec.
Po chwili spróbował jeszcze raz. Zamiast tłumić myśli o matce, powiedział sobie: Tak, wiem, że ona tam jest, ale tylko na chwilę odwrócę wzrok, dopóki nie zrobię...
Tym razem podziałało. Znalazł nowy świat i wsunął nóż, żeby zrobić otwór. Po chwili wszyscy stali na czysto zamiecionym, brukowanym dziedzińcu schludnego, zamożnego gospodarstwa w jakimś północnym kraju, na przykład w Holandii lub Danii. Na dziedziniec wychodził rząd otwartych drzwi stajni. Słońce świeciło zza lekkiej mgiełki, w powietrzu unosił się zapach spalenizny i czegoś jeszcze mniej przyjemnego. Nie słyszeli żadnych odgłosów ludzkiej krzątaniny, chociaż ze stajni dochodziło brzęczenie tak donośne i przenikliwe, że przypominało hałas pracującej maszyny.
Lyra podeszła, zajrzała do środka i natychmiast wróciła z pobladłą twarzą.
– Tam są cztery... – przełknęła ślinę, przyłożyła rękę do gardła i dokończyła: – ...cztery martwe konie. I milion much...
– Patrz – wykrztusił Will – albo lepiej nie.
Wskazywał krzewy malin rosnące na skraju ogrodu.
Zobaczył właśnie ludzkie nogi, jedną w bucie i drugą bez, wystające z największej gęstwiny.
Lyra nie chciała patrzeć, ale Will poszedł zobaczyć, czy mężczyzna jeszcze żyje i czy potrzebuje pomocy. Wrócił, kręcąc głową, z niewyraźną miną.
Dwoje szpiegów tymczasem zbliżyło się do uchylonych drzwi domu. Tialys zawrócił i oznajmił:
– Tam lepiej pachnie.
Potem śmignął przez próg do środka, podczas gdy Salmakia patrolowała budynek z zewnątrz.
Will ruszył za kawalerem. Znalazł się w dużej kwadratowej kuchni, staroświeckiej, z białą porcelaną w drewnianym kredensie, wyszorowanym sosnowym stołem i piecem, na którym stał wystygły okopcony czajnik. Obok znajdowała się spiżarnia, z dwiema półkami pełnymi jabłek, których aromat wypełniał całe pomieszczenie. Wszędzie panowała przytłaczająca cisza.
– Will, czy to jest świat zmarłych? – zapytała cicho Lyra.
Ta sama myśl przyszła mu do głowy, ale odpowiedział:
– Nie, nie sądzę. W tym świecie jeszcze nie byliśmy. Słuchaj, zabierzemy tyle jedzenia, ile uniesiemy. Tutaj jest żytni chleb, nadaje się, bo jest lekki... i trochę sera...