Lyra zbudziła się przed świtem, z drżącym Pantalaimonem na piersi. Wstała i zaczęła chodzić w kółko dla rozgrzewki, kiedy szare światło przesączało się na niebo. Nie znała dotąd takiej ciszy, nawet w pokrytej śniegiem Arktyce; nie wiał nawet najlżejszy wietrzyk, morze było tak spokojne, że najmniejsza fala nie rozbijała się na piasku; świat wydawał się zawieszony pomiędzy wdechem a wydechem.
Will spał skulony z głową opartą na plecaku, żeby pilnować noża. Płaszcz zsunął mu się z ramienia, więc Lyra otuliła go troskliwie, udając, że stara się nie dotknąć jego dajmony w postaci kocicy, zwiniętej tak samo jak właściciel. Ona musi gdzieś tu być, pomyślała.
Niosąc wciąż sennego Pantalaimona, odeszła od Willa i usiadła trochę dalej na piaszczystym zboczu wydmy, żeby ich głosy go nie obudziły.
– Ci mali ludzie – powiedział Pantalaimon.
– Nie lubię ich – oświadczyła stanowczo Lyra. – Uważam, że powinniśmy jak najszybciej się ich pozbyć. Może jeśli złapiemy ich w sieć albo coś podobnego, Will szybko przetnie i zamknie okno za sobą, i będziemy wolni.
– Nie mamy sieci – odparł Pan – ani niczego takiego. Zresztą założę się, że oni nie dadzą się nabrać. On teraz na nas patrzy.
Pantalaimon mówił to pod postacią jastrzębia, o wzroku bystrzejszym niż właścicielka. Ciemność nieba z minuty na minutę zmieniała się w najbledszy eteryczny błękit i kiedy Lyra się rozejrzała, oślepiająco jasne słońce właśnie wzeszło nad krawędzią morza. Ponieważ dziewczynka siedziała na wydmie, blask dotarł do niej kilka sekund wcześniej, zanim dotknął plaży. Patrzyła, jak jasność opływa ją i sunie w stronę Willa, a potem zobaczyła wysoką na dłoń sylwetkę kawalera Tialysa, który stał przy głowie Willa całkowicie rozbudzony i ich obserwował.
– Rzecz w tym – podjęła Lyra – że oni nie mogą nas zmusić do posłuszeństwa. Muszą nas śledzić. Na pewno mają dość.
– Jeśli nas złapią – ostrzegł Pan, mając na myśli siebie i Lyrę – i zagrożą nam tymi swoimi żądłami, Will będzie musiał ich posłuchać.
Lyra zastanowiła się nad tym. Wyraźnie pamiętała straszliwy okrzyk bólu pani Coulter, konwulsje z wywróconymi oczami, upiorny ślinotok złocistej małpy, kiedy trucizna przeniknęła do jej krwiobiegu... A przecież to było tylko draśnięcie, jak ostatnio przypomniano jej matce w innym miejscu. Will będzie musiał ustąpić i zrobić, co mu każą.
– Ale załóżmy, że oni myślą, że on nie ustąpi – powiedziała – że jest takim zimnym draniem, że pozwoli nam umrzeć. Najlepiej niech spowoduje, żeby tak myśleli.
Zabrała ze sobą aletheiometr i teraz, kiedy rozjaśniło się dostatecznie, wyjęła ukochany instrument i położyła na kolanach, na czarnym aksamitnym pokrowcu. Stopniowo odpłynęła w ten rodzaj transu, w którym dostrzegała liczne warstwy znaczenia i wyczuwała skomplikowaną sieć powiązań pomiędzy nimi. Jej palce znalazły symbole, a umysł odnalazł słowa: „Jak możemy się uwolnić od szpiegów?”.
Igła zaczęła skakać na wszystkie strony, szybciej niż kiedykolwiek przedtem – tak szybko, że Lyra po raz pierwszy przestraszyła się, że nie uchwyci wszystkich drgań i wahnięć; lecz częścią świadomości liczyła je i natychmiast zrozumiała znaczenie tego ruchu.
Instrument mówił: „Nie próbujcie, bo od nich zależy wasze życie”.
To była niespodzianka, niezbyt przyjemna. Dziewczynka pytała dalej: „Jak możemy dotrzeć do krainy zmarłych?”.
Odpowiedź brzmiała: „Idź w dół. Za nożem. Idź w głąb. Za nożem”.
Wreszcie Lyra zapytała z wahaniem, trochę zawstydzona: „Czy powinniśmy tam pójść?”.
„Tak”, odpowiedział natychmiast aletheiometr. „Tak”.
Westchnęła, wychodząc z transu, i odgarnęła włosy za uszy. Na twarzy i ramionach poczuła pierwsze ciepłe promienie słońca. Teraz ten świat również rozbrzmiewał dźwiękiem: brzęczały owady i leciutki wietrzyk szeleścił suchymi łodygami traw, rosnącymi wyżej na grzbiecie wydmy.
Lyra schowała aletheiometr i wróciła do Willa, a Pantalaimon zrobił się jak największy i przybrał postać lwa w nadziei, że odstraszy Gallivespian.
Mężczyzna używał swojego magnetytowego aparatu i kiedy skończył, Lyra zapytała:
– Rozmawiałeś z Lordem Asrielem?
– Z jego przedstawicielem – odparł Tialys.
– Nie pojedziemy do niego.
– Tak mu powiedziałem.
– I co on na to?
– To była wiadomość dla mnie, nie dla ciebie.
– Jak sobie chcesz – prychnęła. – Jesteś mężem tej pani?
– Nie. Kolegą.
– Masz dzieci?
– Nie.
Tialys pakował magnetytowy rezonator. Lady Salmakia obudziła się, usiadła powoli i z gracją w małej jamce, którą wygrzebała sobie w miękkim piasku. Ważki dalej spały, spętane cienkim jak pajęczyna postronkiem, ze skrzydłami wilgotnymi od rosy.
– Czy w waszym świecie żyją duzi ludzie, czy wszyscy są mali jak wy? – zapytała Lyra.
– Wiemy, jak sobie radzić z dużymi ludźmi – odparł Tialys niezbyt pomocnie i poszedł porozmawiać z towarzyszką.
Mówili zbyt cicho, żeby Lyra coś słyszała, ale patrzyła z przyjemnością, jak dla odświeżenia spijają kropelki rosy z trawy piaskownicy. Na pewno woda jest dla nich inna, pomyślała do Pantalaimona; wyobraź sobie kroplę wielkości twojej pięści! Trudno im dostać się do środka, bo krople mają coś w rodzaju elastycznej powłoki, jak balony.
Tymczasem również Will budził się powoli. Przede wszystkim rozejrzał się za Gallivespianami, którzy natychmiast skupili na nim całą uwagę.
Will odwrócił wzrok i zobaczył Lyrę.
– Chcę ci coś powiedzieć – oznajmiła. – Podejdź tutaj, dalej od...
– Jeśli od nas odejdziesz – odezwał się czysty głos kawalera – musisz zostawić nóż. Jeśli nie zostawisz noża, musicie rozmawiać tutaj.
– To prywatna rozmowa! – oburzyła się Lyra. – Nie życzymy sobie, żebyście nas podsłuchiwali!
– Więc odejdźcie, ale zostawcie nóż.
Co prawda, w okolicy nie było nikogo innego, a Gallivespianie z pewnością nie mogli użyć noża. Will pogrzebał w plecaku, wydostał manierkę z wodą i kilka sucharów, podał jednego Lyrze i wszedł za nią na grzbiet wydmy.
– Pytałam aletheiometr – zaczęła – i powiedział, że nie powinniśmy uciekać od małych ludzi, bo oni uratują nam życie. Więc może zostańmy z nimi.
– Powiedziałaś im, co zamierzamy zrobić?
– Nie! I nie powiem. Bo oni zawiadomią Lorda Asriela przez te gadające skrzypce, a on zaraz przyleci nas powstrzymać... więc musimy po prostu przejść i nie rozmawiać o tym przy nich.
– Przecież to szpiedzy – zauważył Will. – Na pewno umieją podsłuchiwać i podglądać. Więc lepiej wcale o tym nie wspominajmy. Wiemy, dokąd się wybieramy. Pójdziemy tam, nic nie mówiąc, a oni będą musieli pogodzić się z tym i iść za nami.