Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bursztynowa Luneta
Bursztynowa Luneta - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bursztynowa Luneta

Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:

Аннотация

Bursztynowa Luneta
1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 112
Перейти на страницу:

– Co to za miejsce? – zapytał Will. – I dlaczego nie możemy wejść?

– Nie umarliście – wyjaśnił mężczyzna ze znużeniem. – Musicie zaczekać w przechowalni. Idźcie dalej drogą i oddajcie te papiery urzędnikowi przy bramie.

– Ale proszę pana – powiedziała Lyra. – Przepraszam, że pytam, ale jak mogliśmy dojść tak daleko, jeśli nie umarliśmy? Bo to jest świat zmarłych, prawda?

– To przedmieście świata zmarłych. Czasami żywi trafiają tutaj przez pomyłkę, ale muszą czekać w przechowalni, zanim mogą pójść dalej.

– Jak długo muszą czekać?

– Aż umrą.

Willowi zakręciło się w głowie. Widział, że Lyra zamierza się spierać, więc zanim zdążyła się odezwać, powiedział:

– Może pan wyjaśnić, co się wtedy dzieje? Czy duchy, które tutaj przychodzą, zostają w tym mieście na zawsze?

– Nie, nie – zaprzeczył urzędnik. – To tylko port tranzytowy. Dalej podróżują łodziami.

– Dokąd?

– Tego nie mogę wam powiedzieć – odparł mężczyzna i gorzki uśmiech wygiął kąciki jego ust. – Proszę, musicie stąd odejść. Musicie pójść do przechowalni.

Will wziął papiery podane przez urzędnika, po czym ścisnął ramię Lyry i pociągnął ją dalej. Ważki latały niemrawo i Tialys wyjaśnił, że potrzebują odpoczynku; więc przysiadły na plecaku Willa, a Lyra pozwoliła szpiegom usiąść na swoich ramionach. Pantalaimon pod postacią lamparta spoglądał na nich zazdrośnie, ale nic nie mówił. Wędrowali drogą, omijając rozwalone rudery i kałuże ścieków, obserwując niekończący się strumień duchów, które bez przeszkód wkraczały do miasta.

– Musimy przepłynąć przez wodę jak one – oświadczył Will. – Może ludzie w tej przechowalni powiedzą nam, jak to zrobić. Zresztą wcale nie wyglądają na rozgniewanych czy groźnych. To dziwne. A te papiery...

Były to zwykłe kartki wyrwane z notesu, zawierające kilka przypadkowych słów nagryzmolonych ołówkiem i przekreślonych. Zupełnie jakby ci ludzie grali w jakąś grę i czekali, czy podróżni wezmą w niej udział, czy poddadzą się ze śmiechem. A jednak wszystko wyglądało tak prawdziwie.

Zrobiło się ciemniej i zimniej, nie dało się zmierzyć upływu czasu. Lyra myślała, że idą od pół godziny albo może dwa razy dłużej; wygląd otoczenia nie ulegał zmianie. Wreszcie dotarli do małej drewnianej budki, całkiem jak ta, przy której zatrzymali się wcześniej, ze słabą żarówką dyndającą na gołym drucie nad drzwiami.

Na ich spotkanie wyszedł mężczyzna ubrany tak samo jak poprzedni, trzymający w ręku kromkę chleba z masłem. Bez słowa spojrzał na ich papiery i kiwnął głową.

Wziął od nich kartki i chciał już wrócić do środka, ale Will zapytał:

– Przepraszam pana, dokąd mamy teraz pójść?

– Poszukajcie sobie jakiegoś mieszkania – odparł dość uprzejmie mężczyzna. – Idźcie i popytajcie. Wszyscy czekają, tak samo jak wy.

Odwrócił się i zamknął za sobą drzwi dla ochrony przed zimnem, a podróżni weszli do nędznej osady, gdzie musieli mieszkać żywi ludzie.

Bardzo przypominała główne miasto: byle jak sklecone szałasy stojące przy błotnistych uliczkach, po wielekroć naprawiane, połatane kawałkami plastiku albo zardzewiałej blachy, wspierające się o siebie niczym pijane. Tu i tam elektryczny kabel zwisał z zaczepu i dostarczał tyle słabego prądu, żeby zasilić jedną czy dwie gołe żarówki, zawieszone nad sąsiednimi chałupami. Większość światła dawały jednak dymiące ogniska. Czerwonawy odblask migotał na strzępkach i skrawkach materiałów budowlanych, jakby te ostatnie płomienie pozostały po wielkim pożarze i nie chciały zgasnąć przez czystą złośliwość.

Lecz kiedy Will, Lyra i Gallivespianie zbliżyli się dostatecznie, dostrzegli kilka – więcej – mnóstwo postaci siedzących samotnie w ciemnościach, opierających się o ściany lub rozmawiających cicho w małych grupkach.

– Dlaczego ci ludzie nie schowają się w domach? – zapytała Lyra. – Jest zimno.

– To nie są ludzie – odparła lady Salmakia. – To nawet nie są duchy. Są czymś innym, ale nie wiem czym.

Podróżni podeszli do pierwszej grupy szałasów, oświetlonych przez jedną z tych dużych słabych żarówek na kablu, która kołysała się lekko na zimnym wietrze. Will oparł dłoń na rękojeści noża. Przed chatami przysiadło na piętach kilku tych niby-ludzi, grając w kości. Na widok dzieci wszyscy wstali: pięciu mężczyzn, obdartych i milczących, o twarzach ukrytych w cieniu.

– Jak się nazywa to miasto? – zapytał Will.

Nie odpowiedzieli. Kilku cofnęło się o krok i przysunęło bliżej do pozostałych, jakby się przestraszyli. Lyra poczuła ciarki pełzające po skórze i krótkie włoski na przedramionach stanęły jej dęba, chociaż nie wiedziała dlaczego. Pod jej koszulą Pantalaimon dygotał i szeptał:

– Nie, nie, Lyra, nie, odejdź, wracajmy, proszę...

„Ludzie” stali nieruchomo, aż w końcu Will wzruszył ramionami i powiedział:

– No, tak czy owak, życzę miłego wieczoru.

Podobnie reagowali wszyscy inni, z którymi dzieci próbowały rozmawiać, więc czuły się coraz bardziej nieswojo.

– Will, czy to są upiory? – zapytała cicho Lyra. – Czy już wystarczająco dorośliśmy, żeby widzieć upiory?

– Wątpię. Gdyby tak było, zaatakowałyby nas, ale chyba sami się boją. Nie wiem, kim oni są.

Jakieś drzwi otwarły się i światło zalało błotnistą ziemię. Mężczyzna – prawdziwy mężczyzna, istota ludzka – stanął w progu i patrzył, jak podchodzą. Mała grupka przy drzwiach odsunęła się krok czy dwa, jakby z szacunkiem, i zobaczyli twarz mężczyzny: tępą, łagodną i życzliwą.

– Kim jesteście? – zapytał.

– Podróżnymi – odpowiedział Will. – Nie wiemy, gdzie jesteśmy. Co to za miasto?

– To jest przechowalnia – wyjaśnił mężczyzna. – Z daleka przyszliście?

– Tak, z daleka – potwierdził Will. – I jesteśmy zmęczeni. Czy możemy kupić coś do jedzenia i zapłacić za nocleg?

Mężczyzna patrzył ponad jego ramieniem w ciemność. Potem wyszedł za próg i rozejrzał się, jakby kogoś mu brakowało. Wreszcie odwrócił się do dziwnych postaci stojących nieopodal i zapytał:

– A wy widzieliście moją śmierć?

Pokręcili głowami i dzieci usłyszały wymamrotane zaprzeczenie: „Nie, nie”.

Mężczyzna zawrócił. Za nim w drzwiach pojawiły się twarze: kobieta, dwoje dzieci, drugi mężczyzna. Wszyscy wyglądali na zdenerwowanych i zaniepokojonych.

– Śmierć? – powtórzył Will. – Nie sprowadzamy żadnej śmierci.

Ale chyba właśnie tego wszyscy się obawiali, ponieważ kiedy Will się odezwał, żywi ludzie wydali zdławiony okrzyk i nawet postacie na zewnątrz odsunęły się lekko.

– Przepraszam – powiedziała Lyra i wystąpiła do przodu z tak uprzejmą miną, jakby gospodyni Kolegium Jordana na nią patrzyła. – Nie mogłam nie zauważyć, że te osoby nie żyją, prawda? Przepraszam, że pytam, jeśli to niegrzeczne, ale tam, skąd pochodzimy, to bardzo niezwykłe i nigdy przedtem nikogo takiego nie widzieliśmy. Jeżeli źle się zachowuję, błagam o wybaczenie. Ale widzicie, w moim świecie mamy dajmony, każdy ma dajmona i byłby zaszokowany, gdyby zobaczył kogoś bez dajmona, podobnie jak was szokuje nasz widok. A odkąd podróżujemy, Will i ja... – to jest Will, a ja nazywam się Lyra – dowiedziałam się, że niektórzy ludzie nie mają dajmonów, tak jak Will, i bałam się ich, dopóki nie odkryłam, że to zwykli ludzie, tacy sami jak ja. Więc może dlatego wy trochę się denerwujecie na nasz widok, skoro uważacie, że jesteśmy inni. Mężczyzna powtórzył:

– Lyra? I Will?

– Tak, proszę pana – potwierdziła pokornie.

– A to są wasze dajmony? – zapytał, wskazując szpiegów na ramionach dziewczynki.

– Nie – zaprzeczyła Lyra i miała ochotę powiedzieć: „To nasi słudzy”, ale przeczuwała, że Willowi nie spodoba się ten pomysł, więc dodała: – To są nasi przyjaciele, kawaler Tialys i lady Salmakia, bardzo mądre i dystyngowane osoby, które podróżują z nami. Och, a to jest mój dajmon. – Wyjęła Pantalaimona-mysz z kieszeni. – Widzicie, jesteśmy nieszkodliwi, przyrzekamy, że nie zrobimy wam krzywdy. I naprawdę potrzebujemy schronienia. Rano ruszymy dalej. Przysięgam.

1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 112
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)