Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 173
Перейти на страницу:

Spra­wa opar­ła się o sa­me­go ce­sa­rza, lecz ten po­dob­no tyl­ko rzu­cił okiem na do­ku­ment i uśmiech­nął się. W Im­pe­rium bo­wiem pra­wa nie za­wsze były naj­lep­sze, lecz za­wsze ich prze­strze­ga­no. A poza tym trzy­dzie­sto­ty­sięcz­ny obóz wa­row­ny, po­sta­wio­ny na dro­dze ewen­tu­al­ne­go se-koh­landz­kie­go na­jaz­du, był wię­cej wart niż nie­jed­na twier­dza. Zwłasz­cza że jego miesz­kań­cy nie­na­wi­dzi­li ko­czow­ni­ków jak ni­ko­go na świe­cie.

Po­wo­li koń­czy­li szczot­ko­wa­nie To­ry­na. Ka­ile­an mia­ła nie­ja­sne po­dej­rze­nie, że jej wierz­cho­wiec tyl­ko dla­te­go dał się wy­cią­gnąć ze staj­ni przy za­jeź­dzie, że wie­dział, ja­kie przy­ję­cie go tu cze­ka. Uśmiech­nę­ła się i po­kle­pa­ła go czu­le po grzbie­cie.

– Cie­szysz się, że wró­ci­li­śmy do domu, co?

To­ryn zwró­cił ku niej łeb i par­sk­nął ła­god­nie.

– Do­brze się do­ga­du­je­cie?

– Do­brze, wuju. Jest upar­ty, na wpół dzi­ki i tro­chę za bar­dzo lubi gryźć inne ko­nie. I lu­dzi też. Ale poza tym to naj­lep­szy koń w cza­ar­da­nie. – Zdję­ła zgrze­bło, wy­czy­ści­ła i odło­ży­ła na miej­sce. – Kto pra­cu­je?

– Bliź­nia­ki. I jak znam ży­cie, znów bar­dziej się wy­głu­pia­ją, niż ro­bią coś po­ży­tecz­ne­go. Ale cóż, le­piej niech sie­dzą w kuź­ni, niż mie­li­by ga­niać po karcz­mach. Idź się przy­wi­tać, a po­tem leć do ciot­ki, bo pęk­nie z nie­cier­pli­wo­ści.

* * *

Kuź­nia skła­da­ła się z so­lid­ne­go da­chu, sto­ją­ce­go na czte­rech rów­nie so­lid­nych słu­pach, i ple­cio­nych z wi­kli­ny, prze­wiew­nych ścian. Dzie­dzic­two ka­ra­wan, w któ­rych je­śli już roz­kła­da­no warsz­tat, ro­bio­no to wła­śnie w ten spo­sób: dach, słu­py i sym­bo­licz­ne ścia­ny. Moż­na go szyb­ko roz­ło­żyć – i rów­nie szyb­ko zło­żyć, kie­dy trze­ba ru­szać da­lej. No i przy ta­kich upa­łach ścia­ny z ga­łą­zek nie trzy­ma­ły cie­pła we­wnątrz. Ina­czej nie da­ło­by się pra­co­wać.

Choć i tak go­rąc bu­cha­ją­cy z wnę­trza za­trzy­mał ją w pro­gu. Na­gle wy­da­ło jej się, że upał i spie­ko­ta naj­go­ręt­szych go­dzin po­łu­dnia wca­le nie są tak do­kucz­li­we. Przy­naj­mniej je­śli po­rów­nać je z tym, co dzia­ło się w po­bli­żu pa­le­ni­ska.

Dwóm śnia­do­skó­rym mło­dzi­kom wca­le to nie prze­szka­dza­ło. Ro­ze­bra­li się do pasa, po­zo­sta­wia­jąc na go­łym cie­le skó­rza­ne far­tu­chy, i uwi­ja­li się wo­kół ko­wa­dła. Mło­ty wa­li­ły w ka­wa­łek roz­ża­rzo­ne­go nie­mal do bia­ło­ści me­ta­lu, ko­lej­ny­mi ude­rze­nia­mi na­da­jąc mu co­raz bar­dziej wy­dłu­żo­ny kształt.

– Oj­ciec wie, że psu­je­cie do­bre że­la­zo? – za­gad­nę­ła od wej­ścia, prze­krzy­ku­jąc ło­skot.

Nie obej­rze­li się ani nie drgnę­li, za­sko­cze­ni. Dra­nie – uśmiech­nę­ła się pod no­sem. Oczy­wi­ście wie­dzie­li, że jest w domu, lecz w tej chwi­li naj­waż­niej­szy był ten ka­wa­łek że­la­za, bez­li­to­śnie mal­tre­to­wa­ny na ko­wa­dle. Kwe­stia od­po­wied­niej tem­pe­ra­tu­ry, siły, kie­run­ku i czę­sto­tli­wo­ści ude­rzeń wy­gra­ła z po­wi­ta­niem przy­bra­nej ku­zyn­ki.

Wresz­cie je­den z bra­ci szyb­kim ru­chem prze­niósł me­tal do ka­dzi z wodą. Za­sy­cza­ło, uniósł się nie­wiel­ki kłąb pary.

Bliź­nia­cy naj­pierw wy­ję­li swo­je dzie­ło i przyj­rze­li się mu z uwa­gą, a do­pie­ro po­tem prze­nie­śli spoj­rze­nia na Ka­ile­an. Uśmiech­nę­li się jed­no­cze­śnie, z iden­tycz­ny­mi, kpią­cy­mi gry­ma­sa­mi.

– Coś mu­sia­ło się stać na Ste­pach, że ku­zyn­kę przy­nio­sło.

– Pew­nie wszyst­ka woda się spa­li­ła i cała tra­wa wy­pa­ro­wa­ła, czy ja­koś tak.

– Nie było mnie le­d­wo dzie­sięć czy dwa­na­ście dni, ma­lu­chy, nie prze­sa­dzaj­cie.

Fen’do­ryn i Gen’do­ryn byli naj­młod­szy­mi sy­na­mi And’ewer­sa, bliź­nia­ka­mi iden­tycz­ny­mi jak dwie kro­ple wody, co we­dług wie­rzeń Ver­dan­no sta­no­wi­ło za­po­wiedź dziw­ne­go i po­krę­co­ne­go losu. Na ra­zie jed­nak sie­dzie­li w domu i pod okiem ojca uczy­li się fa­chu. I ro­śli. Mie­li do­pie­ro po pięt­na­ście lat, lecz w cią­gu ostat­nie­go roku strze­li­li w górę o do­bre czte­ry cale. To tem­po za­ska­ki­wa­ło w ro­dzi­nie chy­ba naj­bar­dziej Ka­ile­an. Cza­sem nie od­wie­dza­ła ko­wa­la przez mie­siąc lub dłu­żej, wę­dru­jąc z cza­ar­da­nem po po­gra­ni­czu, więc gdy wra­ca­ła wresz­cie do kuź­ni, wi­dzia­ła wy­raź­nie ko­lej­ne pół cala, któ­re im przy­by­ło. Mimo wszyst­ko na­dal na­zy­wa­ła ich ma­lu­cha­mi. W koń­cu była przy­bra­ną star­szą ku­zyn­ką i po­win­ni się jej słu­chać.

– Co tam znów zmaj­stro­wa­li­ście, hę? Na pod­ko­wę zbyt pro­ste, a na miecz za krót­kie. Bę­dzie z tego coś wię­cej niż garść huf­na­li?

Fen’do­ryn – po­zna­ła po ma­łej bliź­nie nad le­wym okiem – uniósł ka­wa­łek ciem­ne­go już i wy­chło­dzo­ne­go me­ta­lu i po­dał jej. Broń, wi­dać było bo­wiem od razu, że to ostrze, była jed­no­cze­śnie dziw­na i zna­jo­ma. Dwu­na­sto­ca­lo­we ostrze wy­raź­nie roz­sze­rza­ło się ku gó­rze i za­gi­na­ło. Lecz za­gi­na­ło w przód, ma­jąc kra­wędź tną­cą po we­wnętrz­nej stro­nie. Trzy­ma­ła w ręku głow­nię ka­vayobo­jo­we­go noża Ver­dan­no, zwa­ne­go tak­że prze­ci­na­czem gar­deł albo otwie­ra­czem cza­szek. Ca­łość wa­ży­ła pra­wie dwa fun­ty, po do­da­niu rę­ko­je­ści i ma­łe­go jel­ca na pew­no bę­dzie cięż­sza. Taką klin­gą moż­na bez tru­du od­ciąć rękę czy roz­rą­bać na pół gło­wę. A je­śli kol­czu­ga nie była na­praw­dę moc­na, to pchnię­cie ka­vayo prze­szy­wa­ło ją jak lnia­ną szma­tę. Te noże ucho­dzi­ły za tak do­bre, że uzbra­ja­li się w nie chęt­nie nie tyl­ko Wo­za­cy. Broń wo­jow­ni­ków.

– Oj­ciec wie? – za­py­ta­ła już na po­waż­nie i za­raz skrzy­wi­ła się na wła­sną bez­myśl­ność. Oczy­wi­ście, że wie­dział. Wie­dział o wszyst­kim, co po­wsta­wa­ło w jego kuź­ni.

Obaj uśmiech­nę­li się z po­li­to­wa­niem.

– A dru­gi? – Przy­naj­mniej to py­ta­nie mia­ło sens.

Gen’do­ryn zdjął z wi­szą­cej przy słu­pie pół­ki dru­gie ostrze. Iden­tycz­ne, co do ułam­ka cala, ale już nie­mal wy­koń­czo­ne. Kra­wędź tną­cą za­har­to­wa­no i wstęp­nie wy­ostrzo­no. Lek­ko fa­li­sty wzór błę­kit­nej sta­li nada­wał klin­dze wra­że­nie lek­ko­ści i szyb­ko­ści, i to po­mi­mo sze­ro­kie­go, tę­pe­go grzbie­tu. Gdy głow­nia zo­sta­nie już osa­dzo­na w rę­ko­je­ści i osta­tecz­nie na­ostrzo­na, utwo­rzy pięk­ną i za­bój­czą broń.

– Kie­dy za­mier­za­cie je skoń­czyć?

– Za mie­siąc, nie ma po­śpie­chu. Jesz­cze rę­ko­je­ści i po­chwy, i ostrze­nie, i szlif. To musi być zro­bio­ne do­brze, praw­da, Fen?

Fen’do­ryn uśmiech­nął się i pie­czo­ło­wi­cie odło­żył oba ostrza na pół­kę.

Bliź­nia­cy byli sy­na­mi ko­wa­la i wła­sno­ręcz­nie wy­ko­ny­wa­li swo­je ka­vayo. Za mie­siąc, gdy skoń­czą pra­cę, And’ewers pod­da ich noże dro­bia­zgo­wym oglę­dzi­nom i te­stom. Spraw­dzi ostrość, wy­wa­że­nie, od­por­ność na zgi­na­nie. Je­śli wszyst­ko wy­pad­nie do­brze – a zna­jąc bliź­nia­ków, nie wąt­pi­ła w to – obaj chłop­cy wej­dą w świat męż­czyzn. Tak jak resz­ta jej przy­bra­nych bra­ci. I wte­dy w domu nie bę­dzie już dzie­ci, tyl­ko sami do­ro­śli.

1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)