Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 111
Перейти на страницу:

- Dokąd tak właściwie idziemy? - zapytał.

Jak na dzieciaka, dużo jakoś nie gadał. Choć może wynikało to z faktu, że to ja jakoś ludzi nie motywuję do rozmów.

- Idziemy umrzeć - odpowiedziałem, po czym pokrótce wyjaśniłem mu całą historię.

Rozmyślał nad tym aż do następnego dnia. Znów szliśmy w nocy, spaliśmy za dnia. Góry na widnokręgu stawały się coraz wyraźniejsze.

- Uczyniliście to wszystko, żeby unieść ten klejnot poza zasięg waszych nieprzyjaciół - odezwał się wreszcie pod wieczór, kiedy znów podjęliśmy marsz. Ubywało mu sił, twarz miał spękaną i wychudłą, oczy mu błyszczały. Znałem dobrze ten blask. Pojawiał się tuż przed tym, kiedy człowiek padał i umierał. Trudno się było dziwić. To, przez co on przeszedł, zabiłoby już niejednego dorosłego człowieka.

- Właź mi na ramiona - przykazałem mu, a kiedy się przed tym wzbraniał, złapałem go i posadziłem sobie na plecy. - Owszem, po to właśnie to zrobiłem - odpowiedziałem mu wreszcie.

Kolejnej nocy musieliśmy się zatrzymać wcześniej, jako że równina ustąpiła miejsca zwaliskom skalnym i dalsza droga po ciemku była zwyczajnie niemożliwa. Upał zaczynał dokuczać już również i mnie, a do gorzkiego zapachu soli od czasu do czasu wdzierało się coś jeszcze innego, coś, od czego robiło się nam niedobrze. Zapewne wyziewy z Gór Gejzerowych przed nami.

Szedłem dalej. Paski plecaka wbijały mi się w ramiona, pod nogami chrzęściła sól. Godziny i dni zlewały się w jedno, nie potrafiłem powiedzieć, jak długo byliśmy już w drodze.

- I zabiliście mi ojca - odezwał się nagle. Albo umknęła mi część rozmowy, albo nawiązywał wciąż do tego, o czym rozmawialiśmy kilka dni wcześniej. Nie byłem pewien. Musiałem być w gorszym stanie, niż mi samemu się wydawało.

- Owszem. Zabiłem go, bo musiałem. Miał po prostu pecha, że natrafił na mnie. Myślę, że to musiał być dobry tata - odpowiedziałem najszczerzej jak potrafiłem.

Możliwe, że się rozpłakał, nie miałem pewności. W tym wirującym upale, gdzie wiatr wiejący od pozornie tylko nieodległych gór dmuchał mi prosto w twarz, nie umiałem skupić na niczym uwagi.

W pewnej chwili wydało mi się, że zaraz zacznie padać, ale szybko zorientowałem się, że widziałem nie chmury, a kłęby trujących dymów unoszących się z rozmaitych pęknięć, gejzerów oraz większych i mniejszych wulkanów.

- Chodzicie, panie, w kółko - zwrócił mi uwagę.

- Mów mi, którędy iść - poleciłem, pomimo iż sam nie miałem pojęcia ani dokąd idziemy, ani po co.

Wieczorem zorientowałem się, że z naszego stulitrowego zapasu wody zostało już naprawdę niewiele.

Szliśmy dalej.

Szliśmy dolinkami, przesmykami, wokół bulgoczących gejzerów i pryskającej naokoło lawy. Znaleźliśmy i wodę, ale była to woda gotująca się, śmierdząca siarką, z której wyrastały tu i ówdzie czerwone i żółte stalagmity. Do picia się nie nadawała. Trafiliśmy do piekła na ziemi, choć nie rozmyślałem nad tym zbyt wiele. Upał i wyziewy mąciły mi już zarówno wzrok, jak i umysł. Wymienialiśmy jedynie po kilka słów na dzień, rozpoznawałem chłopaka tylko jako bezosobowy głos gdzieś spoza ciemienia. Czasem nawet w ogóle zapominałem, że trzymałem go na ramionach.

Wreszcie natrafiliśmy na jezioro wrzącego asfaltu. To miejsce mi odpowiadało. Gdyby ktokolwiek kiedykolwiek zechciał w tym pogrzebać, wymagałoby to niemało wysiłku. Za to, żebym się tu dostał, umarło mnóstwo ludzi. Niektórzy z nich wcale sobie na to nie zasłużyli. Wyciągnąłem zawiniątko Zuzanny z Czerwoną Gwiazdą w środku, chwilę ważyłem w dłoni, po czym rzuciłem daleko w sam środek tego czarnego bagna. Zadanie wykonane. Siadłem kawałek dalej od brzegu, gdzie gorąco wydawało się nieco bardziej znośne, położyłem na ziemi plecak, ściągnąłem z ramion chłopaka i też ułożyłem obok siebie. Albo spał, albo był nieprzytomny. Obie opcje wydawały się równie prawdopodobne.

Zadanie wykonane. Powinienem być zadowolony, w końcu przecież dokonałem tego, co sobie zamierzyłem. Teraz mógłbym już po prostu tak posiedzieć aż do końca, tylko że… nie mogłem. Przez tego chłopaka nie mogłem.

Znów wsadziłem go sobie na ramiona i ruszyliśmy dalej. Każdy krok kosztował mnie nieludzko i zaczynało do mnie docierać, że osiągnąłem wreszcie absolutny kres moich możliwości. Ból, który do tej pory brałem za towarzysza, który uświadamiał mi, w jak głębokim gównie się znalazłem, przestałem już nawet dostrzegać.

- Dlaczego mi pomagacie? - spytał po jakimś czasie. Mógł to być całkiem długi czas, nie miałem pojęcia.

- Nie pomagam ci - odpowiedziałem. - Idę dalej, bo nic innego już mi nie pozostało. Kiedyś sam sobie obiecałem, że się tak zwyczajnie nie poddam.

Wieczorem skończyła się woda. Ostatni łyk był już zatęchły i śmierdział, ale smakował.

Szedłem dalej.

W nocy oświetlały nam drogę jaśniejące potoki lawy, których rozgałęzione koryta wycinały na ziemi czerwono-żółte koronki. Południe przeczekaliśmy w cieniu. Trudno było powiedzieć, czy większy żar lał się z nieba, czy bił spod ziemi.

Spuchnięty od pragnienia język mało mnie nie udusił. Omdlałego chłopaka musiałem przywiązać do plecaka, inaczej by zleciał. Szedłem dalej.

Przestawałem odróżniać rzeczywistość od omamów. Ból, o dziwo, powrócił, zmienił się w coś, czego mogłem dotknąć, coś, co przy uderzeniu wydawało dźwięk jak granit. Choćby już było najgorzej, mnie to wystarczy do radości.

Szedłem dalej albo tak mi się tylko wydawało.

Kolejne gejzery, barwne wytwory z najróżniejszych soli, skwierczące kamienie rozpuszczane w kwasie. Na skraju jednego takiego pola gejzerów dostrzegłem małą sadzawkę, z której dymiło stosunkowo niewiele i smród nie rozciągał się znowu aż tak ostry. Kto wie, może w tym roztworze było nawet trochę wody. Powoli napełniłem bukłak śmierdzącą, niesmaczną cieczą. Z dwojga złego już lepiej się otruć, niż zdechnąć z pragnienia.

Szedłem dalej.

Nie byłoby dobrze, gdyby miał umrzeć zarówno ojciec, jak potem i jego syn. Historie nie powinny się tak kończyć.

Szedłem dalej.

Ludzie byli wyczerpani i tylko świadomość, że wracają do domu, dawała im sił, aby ciągle jeszcze iść dalej. Popychał ich też fakt, że wody rzeczywiście zbyt wiele już nie zostało. Wkroczyli na wąski szlak biegnący zboczem i karawana rozciągnęła się w długiego ludzkiego węża.

Koharow wdrapał się na głaz i doglądał wszystkiego z góry. Próbował odgadnąć, kogo to dopadnie pierwszego. Dziś wreszcie będą się mogli zatrzymać, jako że udało im się pokonać zaplanowany dystans. Gdyby jednak ktoś miał odpaść wcześniej… Póki co nie chciał o tym myśleć.

Na górę wdrapał się Sierżant i stanął obok Koharowa. Od czasu bitwy w dolinie nawet na moment nie zdjął swojej kolczugi. Koharow nie mógł się nadziwić jego wytrzymałości.

- W powietrzu czysto. Wygląda na to, że udało nam się zgubić ich wszystkich. Znalazłem w okolicy tylko kilku martwych żołnierzy. Mam wrażenie, że to jakiś bunt wewnątrz oddziału, jakby część z nich nie chciała iść dalej i oficerowie nie ogarnęli sytuacji.

 - No to jest akurat dobra wiadomość. - Koharow pokiwał głową.

Podszedł do nich Craig. Bez niego i jego ludzi z całą pewnością nie zaszliby aż tak daleko. Tylko dzięki pomocy najemników udało się odeprzeć dotychczasowe ataki. Za pierwszym razem były to niedobitki Czarnych Jeźdźców, za drugim oddział żołnierzy, który się w pustyni zagubił i za wszelką cenę próbował zdobyć ich wodę.

Dowódca najemników chwilę wraz z nimi obserwował ludzkiego węża.

- Jak wam się udało namówić ich do tego, żeby tak uparcie szli dalej?

- Powiedziałem im, że wracamy do ich oazy i że trucizna już wywietrzała - odparł Koharow.

1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)