Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 111
Перейти на страницу:

Aczkolwiek trzeba było przyznać, że znaleźli w nim godnego siebie przeciwnika. Cała trójka krążyła wokół siebie jak gotujące się do ataku niedźwiedzie. Miecze i siekiery raz po raz błyskały, odbijając światło zachodzącego słońca, słychać było, jak dzwonią, gdy się ze sobą zderzały z ogromną siłą. Na przemian to czaili się, to podrywali do szaleńczej wymiany ciosów. Nadchodzi moment, kiedy uderzą w tandemie, pomyślał Koharow, obserwując zsynchronizowany taniec żelaznych wojowników. Bakly nie zmienił tempa, dawał się wciągnąć do paszczy lwa. Albo i nie.

Poziome cięcie na głowę Bakly odbił, nie patrząc nawet, jakby o nim wiedział z dobrym wyprzedzeniem, po czym nie zatrzymując się ani na moment, skoczył w przód, unikając drugiego ostrza, i sam dźgnął grotem siekiery. Zaskrzypiała stal, Koharow był pewien, że ostrze musiało przebić pancerz. Drugą siekierą zasłonił się przed kolejnym atakiem, ale nie zdołał ustać pewnie na nogach, rzucił się w tył. Przed świszczącym ostrzem ocaliła go tylko nadludzka szybkość.

Porusza się wolniej niż oni, ale nadrabia refleksem, Koharow czysto podświadomie oceniał toczącą się przed nim walkę.

I znów powrócili do morderczego tańca, tańca, który każdego normalnego człowieka już dawno pozbawiłby sił i życia. Żelaźni wojownicy znów się zgrali ze sobą, chwycili Baklego w kleszcze, miecz świsnął w powietrzu w ataku zbyt szybkim dla ludzkiego oka, lecz Bakly znów blokował instynktownie, lecz tym razem z mniejszym powodzeniem - potężne uderzenie wytrąciło mu z ręki siekierę. Uskoczył szybko poza zasięg broni przeciwnika, na drugą siekierę przyjął atak jego partnera. Ten wklinował swój miecz, przytrzymując oręż Baklego, nie dając mu uskoczyć.

„Masz tylko moment!” - chciał krzyczeć Koharow, ale wiedział, że to na nic. Drugi kolos miał oto drogę do ataku otwartą.

Bakly chwycił za toporzysko obiema rękami, skręcił siekierę jeszcze mocniej, klinczując ostrze miecza między ostrzem topora a grotem, i szarpnął. Miecz żelaznego wojownika zabrzęczał o kamienie. Bakly, kontynuując obrót, zbliżył się do przeciwnika i ledwo się tylko napinając, ciął. W uszy wdarł się przeraźliwy zgrzyt stali, a w pancerzu kolosa otwarła się półmetrowa rana. Koharowowi wydało się, że widzi wyciekający przez nią czerwony płomień. Pancerny wojownik zamarł i z potwornym łoskotem zwalił się na ziemię. Bakly natychmiast uskoczył za niego, kupując sobie tym samym choć odrobinę czasu na złapanie oddechu. Ramiona i pierś unosiły mu się w szaleńczym tempie, twarz ociekała strugami potu, mięśnie miał napięte do tego stopnia, że przestały przypominać ludzkie ciało.

Ostatni przeciwnik, nie spuszczając swego nieludzkiego wzroku z Baklego, uniósł miecz poległego towarzysza. Żar jaśniejący w głębi jego hełmu rozbłysł nagle silniej. Zupełnie jakby przelała się w niego siła poległego kolosa, przemknęło przez myśl Koharowowi. Jakby na potwierdzenie tej myśli olbrzymi wojownik skoczył do ataku, szybciej i agresywniej niż kiedykolwiek przedtem. Serią błyskawicznych ciosów obu mieczy zaczął Baklego spychać w tył, aż do pierwszego z nieuszkodzonych wozów. Pozostawszy z jedną tylko siekierą, Bakly nie miał szans się obronić i ustępował, dopóki mógł. Jednak gdy dotarł do wozu, stanął. Dalej się cofnąć nie zamierzał, na wozie znajdowała się przecież woda.

Przez chwilę jeszcze stawiał czoła nacierającym dwóm ostrzom, nieludzkiej sile i przewadze rozmiaru, w końcu jednak uległ i przeciwnik zepchnął go definitywnie do rozpaczliwej defensywy. Koharow poczuł, że oto nastąpił punkt zwrotny całej tej nierównej walki. Ciosy opadały tak gęsto jeden po drugim, że Bakly nie miał szans ich wszystkich uniknąć. Miecz wyskoczył do przodu, zaskrzypiało przeraźliwie drewno, ostrze zanurzyło się w burtę wozu, i wyszło aż po drugiej stronie. Ciała jednak nie sięgnęło, Bakly cudem chyba tylko zdołał znów uniknąć pewnej śmierci. Zamiast tkwić przyszpilony do boku wozu, znalazł się na kilka kroków bliżej przeciwnika. Wbrew oczekiwaniom Koharowa nie uderzył jednak w korpus, za to obrócił się na pięcie w półpiruecie i rąbał z całej siły rękę trzymającą broń wciąż zakleszczoną w wozie. Kolos ani się nie zachwiał, za to w odwecie próbował Baklego powalić ciosem rękojeści broni trzymanej w drugiej ręce. Chybił. Błysnęła wzniesiona do ciosu siekiera, doliną poniósł się huk maltretowanej stali, gdy Bakly rąbał raz po raz pancerną pierś, jakby za wszelką cenę chciał żelaznego kolosa wypatroszyć. I kiedy tylko zdołał przeciąć pancerną zbroję, wylała się z niej krwawa poświata, zaczęły wyślizgiwać czerwone płomienie. Bakly ignorował je, pracując zapamiętale dalej, niczym rzeźnik, i nie spoczął dopóty, dopóki nie rozpłatał żelaznej tuszy aż po brodę hełmu. Dopiero wtedy cielsko żelaznego wojownika rozpadło się z głośnym zgrzytem i zamarło definitywnie.

Koharow aż do tego momentu nawet nie drgnął, teraz jednak z wysiłkiem uniósł się na nogi i wraz z pozostałymi ocalałymi obrońcami karawany ruszył ku wozom. W panującej w dolinie przeraźliwej ciszy słychać było jedynie chrzęst żwiru pod nogami i trzaskanie stygnących w zapadającym zmierzchu okolicznych skał. Zewsząd wychodzili z ukrycia wciąż przerażeni i oniemieli ludzie. Koharow z mieczem w dłoni dokuśtykał wreszcie do Baklego. Wielki mężczyzna leżał na ziemi bez ruchu i w pierwszej chwili wydawał się równie martwy, co żelazny kolos, którego pokonał. Koharow oddychał powoli i głęboko, próbując spłacić dług, jaki zaciągnął u własnego ciała. Wokół niego gromadzili się pozostali.

- Najlepiej, żebyśmy go dobili. I tak tylko ściągał na nas nieszczęścia, skurwiel jeden - odezwał się ktoś.

Koharow uniósł wzrok i rozpoznał najemnika, który w oazie próbował zgwałcić kobietę. Zbyt był wycieńczony, żeby się spierać, a przy tym nikt inny najemnikowi nie dawał odporu. Cywile albo się bali, albo wciąż po przeżytym horrorze nie odzyskali jeszcze głosu, a pozostali najemnicy albo spoglądali obojętnie, albo wręcz potakiwali zgodnie. Koharow nie miał sił na kolejną potyczkę, a Sierżanta, jak na złość, nie było nigdzie widać.

- Jesteś niczym więcej, jak śmierdzącym psim gównem - oznajmił prowokatorowi. - I któregoś dnia cię zabiję - dokończył, po czym przyklęknął przy Baklym.

Drobnego uśmieszku, jaki zatańczył najemnikowi na wargach, kiedy Koharow obrócił się do niego bezbronnymi plecami, już nie widział. Skłonił się ku Baklemu, chcąc sprawdzić, czy ten dycha jeszcze, a przy tym uczynił gest, jakby odkładał swój miecz na ziemię, jednak w ostatniej chwili obrócił ostrze i wyprowadził je spod lewej pachy na oślep prosto w górę. Stal weszła w coś miękkiego, ktoś zajęczał. Koharow nie puścił broni, obrócił się tylko i zobaczył, że najemnik z bezgranicznym niedowierzaniem wpatruje się w ostrze wystające mu z brzucha. Miecz, którym sam chciał zaatakować Koharowa, wypuścił z bezwładniejącej ręki.

- Obiecałem ci przecież - powiedział Koharow szeptem i napierał na swój miecz tak długo, aż ostrze przeszło na wylot. Dopiero wtedy puścił rękojeść i pozwolił, aby martwy mężczyzna zwalił się na ziemię. - Ktoś ma coś do dodania? - spytał, przyglądając się najemnikom i wędrując wnikliwie wzrokiem od twarzy do twarzy.

- Nie ma - odpowiedział Craig i splunął siarczyście. Dowódca najemników krwawił z rany przez pierś, a lewą ręką podtrzymywał prawe ramię, z którego kapały na ziemię gęste krople czarnej krwi. - Denby już był taki zdradziecki. I nie tak szybki, jak powinien.

1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)