Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
- Hej tam, Koharow! - rozległo się ze zbocza doliny. Sierżant nadal stał obok kolosa pogrzebanego pod kamieniami. - Podejdź tu!
Koharow zawahał się. Nie chciał zostawiać nieprzytomnego Baklego bez ochrony. Obrócił się i spojrzał w twarz mężczyzny, którego jeszcze przed momentem uważał za bezbronnego. Już nie był. Bakly wprawdzie nadal leżał bez ruchu, ale jego oczy były tak samo przytomne, a wzrok twardy jak dawniej. Chociaż nie… Wzrok chyba miał jeszcze twardszy. I jeśli przed tą walką miał na dnie swych oczu jeszcze jakieś tlące się ogniki człowieczeństwa, teraz już ich tam brakowało. Zastąpiła je bezlitosna srogość żelaznych wojowników, których właśnie pokonał.
Z tym akurat Koharow potrafił sobie poradzić. Świat był, jaki był, i tylko ci, którzy zdołali się przystosować, mieli szansę przetrwać. Czasami.
- Wygląda na to, żeśmy zwyciężyli - oznajmił Baklemu i ruszył za Sierżantem.
Po co tamten go wołał, zorientował się dopiero na miejscu. Trimitri leżał na ziemi, jego nogi ginęły pod cielskiem żelaznego giganta. Po ułożeniu ramion można się było domyślić, że nie miał już nad nimi żadnej władzy.
- Nie mogę się ruszyć - powiedział bandyta cicho.
Koharow klęknął koło niego.
- Na to wygląda - potwierdził.
Dwaj mężczyźni przyglądali się sobie długo.
- Nie zostawisz mnie tak tutaj, prawda?
- Oczywiście, że nie. - Koharow pokręcił głową. - Zawsze cię podziwiałem i zawsze kochałem… bracie - powiedział, przykładając Trimitriemu do szyi ostrze sztyletu.
Potrzebowali całego dnia, żeby jako tako ponaprawiać wozy i bukłaki na wodę. Tej ostatniej stracili w trakcie potyczki dość dużo i groźba śmierci z pragnienia niechybnie zajrzałaby im w oczy, gdyby Bakly nie użył jednej ze zdobycznych magicznych igieł. Dzięki niej obrzydliwa i makabryczna robota, jaką było pozyskiwanie z ciał wody sposobem Czarnych Jeźdźców, stała się zadaniem o wiele mniej uciążliwym. Koharow zgłosił się do pomocy, ale przekonał przy tym Baklego, że powinni się zająć procesem na uboczu, bez świadków. Kiedy przyglądał się, jak martwe ciała jedno po drugim przemieniają się w wysuszone mumie, zastanawiał się, czy ten kolejny magiczny przyrząd jest w istocie czymś dobrym, czy złym. Skłaniał się ku tej drugiej ewentualności, nawet jeśli w głębi ducha był wdzięczny za każdy litr wody, który tym makabrycznym sposobem udało im się pozyskać. Skorzystali też na wierzchowcach bandy Trimitriego, które w zaprzęgach zastąpiły pozabijane zwierzęta.
Tak najemnicy, jak i cywile szybko domyślili się, czym też zajęli się Bakly z Koharowem i zaczęli się od nich odwracać. Jednak podawane im kolejne bukłaki z wodą otaczali taką samą troskliwą pieczą, jakby ta pochodziła z najczystszego źródła, i z wielką ostrożnością układali na wozy. Na koniec wyszło na to, że po odwodnieniu ostatniego z ciał mieli niewiele mniej zapasów, niż kiedy wyruszali z oazy.
- Dziś już nigdzie nie będziemy jechać - stwierdził Bakly, spoglądając na słońce chylące się nad horyzontem. - Ale jutro wyruszamy z pierwszym świtaniem.
Z jego zarządzeniem nikt nie dyskutował, wszyscy byli wręcz zadowoleni. Wydawało się, że po wstrząsie, jaki wszyscy przeszli, zupełnie zapomnieli, iż w sercu pustyni nic ich przecież nie czekało, jedynie niechybna zguba.
Zapadła noc i Koharow leżał na kocu, wpatrując się w niebo.
- Wyglądasz, jakbyś jako żywo rozmyślał - odezwał się Sierżant, który tuż obok rozwijał swoje legowisko.
- Kalkuluję, na jak długo wystarczy nam wody. Co prawda zasoby mamy mniejsze, ale też i ubyło parę osób. Kto wie, może mielibyśmy jeszcze szansę wrócić… - wyznał cicho.
- Zatruliśmy w Hutskiej studnię - przypomniał Sierżant i usiadł. - A poza tym jeden z tych bandytów, zanim sczezł, wyznał mi, że ciągnie za nami armia.
- Musi mu na tym artefakcie naprawdę ogromnie zależeć - przyznał Koharow. - Tyle tylko, że… prowadzić niewinnych ludzi na śmierć to jest zwyczajne, nieludzkie, bezlitosne… - Nie zdołał dokończyć myśli, za to ciężko westchnął.
- Gdyby nie pociągnęli z nami, już dawno byliby martwi - próbował rozproszyć zły nastrój Koharowa Sierżant. - Ciągle się tu teraz kręcą Czarni, a i to wojsko czy czarodziej, co za nami posłał tamte żelazne bestie, też by się z nimi przecież nie pieścili.
- To prawda, lecz to wszystko dzieje się akurat z naszego powodu. Gdyby nie my, mogliby sobie dalej wieść spokojne życie - sprzeciwił się Koharow.
Sierżant wzruszył tylko ramionami. Jego przyjaciel coraz częściej popadał w pieski nastrój, choć z drugiej strony, ciężko się mu było dziwić.
- Słyszałem, jak najemnicy gadali między sobą, że do Wotty zostało już tylko pięć dni drogi. Planują poobijać się z nami jeszcze z dzień, dwa, a potem dać w długą.
- No to ich czeka gorzkie rozczarowanie - stwierdził Koharow.
Wotta - nieistniejący cel ich wyprawy.
- Ciekaw jestem bardzo, jakie będą mieli miny. - Sierżant uśmiechnął się błogo. - A już szczególnie Craig. No, nie mogę jakoś znieść tego nadętego bydlęcia.
Obaj zdawali sobie sprawę, że próbują jedynie się rozerwać, a tak naprawdę coraz bardziej zdejmował ich strach. Zbliżał się ich koniec i dobrze przecież o tym wiedzieli.
W ciągu kolejnych kilku dni pustynia stała się jeszcze bardziej sucha i niegościnna niż do tej pory. Zaszli tak głęboko, jak mało kto kiedykolwiek zdołał. Powietrze było tak suche i gorące, że sprawiało ból przy oddychaniu. Czarne skały i czerwony żwir ustąpiły miejsca gładkiej równinie. Kiedy odgarnęli z wierzchu cienką warstwę pyłu, pod spodem ukazała się biała, ubita powierzchnia. Z wyglądu przypominała nieco lód, ale po polizaniu okazała się gorzko-słona.
- Kiedyś musiało tu być morze - ocenił Koharow. - Kroczymy po jego wyschniętym dnie.
Nie bardzo umiał to sobie wyobrazić. Wzrok utkwił w dali przed sobą, ale jedyne, co widział, to roztańczone omamy powodowane przez rozpalone powietrze. Czasem takie fenomeny zdarzały się znacznie bliżej, na wyciągnięcie ręki wręcz. Wydawało się wtedy, że karawana znika bez śladu w srebrzystej tafli zwierciadła.
- Przydałby nam się wiatr - powiedział Bakly, kiedy zrównał się ze stojącym w miejscu Koharowem.
- Żeby nam sypał w oczy całą tę okoliczną sól?
- Dokładnie.
Od czasu bitwy wielki mężczyzna odzywał się jeszcze mniej niż zazwyczaj, a do tego nie opuszczało go - Koharow nie był zbyt pewien, jak to nazwać - jakieś takie magiczne opętanie.
- Ile nam zostało wody? - zapytał Bakly.
Zanim odpowiedział, Koharow zorientował się, że bacznie przysłuchuje mu się osierocony chłopak, który wciąż maszerował przy boku Baklego.
- A jego co przy was trzyma? Przecież zabiliście mu ojca - spytał, zamiast udzielić odpowiedzi.
- Nie wiem - odpowiedział Bakly bez cienia zainteresowania w głosie.
- Wody mamy akurat tyle, żeby dobrnąć do tej waszej Wotty.
Obojętność Baklego naprawdę go rozwścieczyła. Wydawało się, że nie pozostała w nim najmniejsza drobina człowieczeństwa. Przypominał bezmyślne narzędzie, obsesyjnie zdążające do wykonania zadania. Koharow przeklinał dzień, w którym go spotkał.
Pod wieczór poderwał się wiatr. Był to gorący fen rodzący się w sercu pustyni, jeszcze bardziej potęgujący nieznośny upał. Niósł ze sobą drobne kryształki soli palące w gardle i w oczach.
- Jak na mój gust, tam, skąd wieje taki wiatr, powinniśmy znaleźć góry - oznajmił Bakly, kiedy stanęli, żeby rozbić obóz w czymś, co jako żywo przypominało gęstą śnieżycę. - Zanim pójdziecie spać, muszę z wami coś omówić - zwrócił się do zaskoczonych Koharowa i Sierżanta.