Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
„Śnieżyca” trwała całą noc. I dobrze. Kiedy otworzyłem rano oczy, o moje czoło opierała się uginająca się pod ciężarem nawianej soli wybrzuszona płócienna płachta. Póki co było jeszcze w miarę chłodno, ale wiedziałem, że nie potrwa to już długo i kiedy tylko wstanie słońce, temperatura zacznie szybko rosnąć. Nie przeszkadzało mi to. Lubię ciepełko. Gorąco, ukrop nawet, potrafię znieść bez problemu, nie tak jak pozostali. Wskoczyłem w buty i wstałem.
Obóz - porozrzucane bez ładu i składu zadaszenia przykryte grubą warstwą soli - był jeszcze spokojny i cichy. Ruszyłem w stronę wozu, za którym przed wiatrem i nawiewaną solą schronił się Craig ze swoimi ludźmi. Chwilę trwało, zanim go między nimi wypatrzyłem. Potrząsnąłem nim, a w tym samym momencie nad równinę wychynął pierwszy rąbek słonecznej tarczy, budząc całą okolicę do życia. Kolory mieniły się z jednego w drugi, każdy najdrobniejszy nawet kamyk czy grudka soli rzucały nieskończenie długie cienie.
- Co jest, do cholery? - warknął Craig.
- Musicie o czymś wiedzieć - powiedziałem.
Zaciekawił się, idiotą nie był, domyślał się, że o byle głupotę nie mogło tu teraz chodzić.
- Oaza Wotta nie istnieje. Wasza mapa kłamie - oznajmiłem mu wprost.
W pierwszej chwili nie zrozumiał, w drugiej nie uwierzył, a w trzeciej wreszcie załapał i natychmiast chciał się na mnie rzucić, ale życie uratowało mu ostrze katzbalgera przytknięte do gardła.
- Co to ma znaczyć? To jakaś gra? Jaki w niej sens? - spytał zamiast tego.
Wzruszyłem ramionami. Z zaplanowaniem tej części pomagał mi pan Łasiczka, sam bym nigdy się na coś tak skomplikowanego nie porwał.
- Musiałem dostać się jak najgłębiej w pustynię, czego bez waszej eskorty nie udałoby mi się dokonać. A z kolei gdybyście wiedzieli, że żadnej Wotty nie ma, nigdy byście ze mną nie poszli.
- Wyście przecież skazali mnie i moich ludzi na śmierć z pragnienia! I jeszcze na dodatek tamtych ludzi też! - wrzasnął mi prosto w twarz. Kilka najbliższych nam osób zaczęło się budzić ze snu.
- Jeśli nie chcecie zdechnąć tu i teraz, radziłbym mówić ciszej - ofuknąłem go. - Jeszcze nie powiedziałem wam wszystkiego. W obozie nie pozostała ani kropla wody. Wszystko zabrał Koharow i jego ludzie, którzy ruszyli już z powrotem.
Ta informacja podziałała na wszystkich, którzy to usłyszeli, niczym płachta na byka. Kilku najemników najchętniej by się na mnie rzuciło i Craig musiał się zdrowo natrudzić, żeby ich przed tym powstrzymać. Ja tam dobrej bitce nigdy nie mówię nie, ale w tej chwili nie było mi to na rękę. Musiałem Czerwoną Gwiazdę donieść jeszcze kawałek głębiej w pustynię.
- Sprawdźcie, czy mówi prawdę! - rozkazał Craig, kiedy wreszcie udało mu się odzyskać kontrolę.
Schowałem broń i usiadłem. Słoneczko zdrowo już przygrzewało. Zaczynał się kolejny dzień, tak samo suchy i gorący jak tysiące innych.
- No ale przecież nie mają wystarczająco dużo wody, żeby dotrzeć aż do pobrzeża pustyni. Najwyżej na tyle, żeby dojść do tej ostatniej oazy, z której żeśmy wyszli. Co im jest psu na budę, bo studnię żeśmy przecież zatruli - powiedział zdezorientowany, kiedy jego ludzie donieśli, iż obóz był w istocie opustoszały.
Dobrze to sobie wszystko obliczył.
- Jak nie będziecie dalej zwlekać, powinniście dać radę ich dogonić, zanim wiatr zasypie solą ślady. I jeszcze jedno. - Podałem Craigowi wodną igłę. - Mają ze sobą zapasy wody, ale przecież jeszcze więcej znajduje się w ich ciałach. Każde z nich, kobieta czy mężczyzna, to dobre pięćdziesiąt litrów. Jeśli dobrze wyliczycie moment, w którym zacznie wam brakować zapasów, powinniście dać radę wydostać się z pustyni.
Chwilę mu zajęło, zanim zrozumiał, że mówię poważnie, po czym błyskawicznie zabrał igłę.
- Musicie uważać, żeby ich nie pozabijać za wcześnie. Wozy zostały tutaj, więc całą wodę niosą ze sobą na plecach. Odpowiedni moment to ten, w którym wy sami zdołacie unieść cały ładunek.
Przyglądał mi się, kręcąc głową z niedowierzaniem.
- Z was jest naprawdę kawał nieprawdopodobnego skurwysyna. Czemu to wszystko?
- Nie wasz interes - zbyłem go. - Ja ruszam dalej. - Wskazałem na horyzont.
Spakowali się dosłownie w kwadrans. Wizja niknących pod solą śladów dodała im skrzydeł i nawet się ze mną nie pożegnali.
Zostałem wreszcie sam. Najpierw poszedłem po konie, które Koharow ukrył w niedalekiej dolince. Craig pewnie by je chciał dla siebie, ale nie mogłem mu na to pozwolić, potrzebowałem koni, aby karawana jechała dalej. Ślady kół i kopyt są o wiele wyraźniejsze niż ludzkich stóp i właśnie po tych śladach mieliby mnie dalej ścigać cesarscy. Dla siebie i zwierząt miałem już tylko dwa bukłaki wody, ale powinny nam na jakiś czas wystarczyć. Mało co nas tu przecież mogło zatrzymać, a i z prowadzeniem wozów powinienem sobie jakoś poradzić. Przynajmniej taką miałem nadzieję.
Kiedy dotarłem do zwierząt, czekało mnie niemałe zaskoczenie - chłopak.
- A co ty tu robisz? - spytałem.
- Jestem sam, z tamtych nikogo nie znałem, a wyście mi pomogli. Poza tym chciałem was o kilka rzeczy zapytać.
Przyjrzałem się smarkaczowi. Osiem lat? Może dziewięć.
- To nie najlepsza decyzja, chłopcze. Ja już jestem u kresu swojej drogi, daleko ze mną nie zajdziesz. No, ale co zadecydowane, to zadecydowane, bierzmy się do roboty.
Wspólnymi siłami zaprzęgliśmy konie do wozów, ustawiliśmy je w linii i ruszyliśmy, kierując się na horyzont, ku powietrznym widmom. Chciałem po prostu dostać się jak najgłębiej, tam, gdzie jeszcze nigdy żaden człowiek nie dotarł. Początkowo chciałem Czerwoną Gwiazdę ukryć gdzieś tutaj, ale uporczywość, z jaką cesarscy chcieli zdobyć magiczny kamień, nieprzyjemnie mnie zaskoczyła. Musiałem zabrać ją w taką głębinę, z której powrót nie był w żadnym wypadku możliwy. Osie skrzypiały, pod wielokrotnie naprawianymi kołami trzeszczała sól.
- Jak chcesz, to możesz jechać - zaproponowałem. Wozy były pozbawione ładunku i mały chłopak zwierzętom nie zrobi najmniejszej różnicy.
Pokręcił tylko głową.
Przed południem dostrzegliśmy wznoszący się z jednostajnej równiny pagórek. Zatrzymałem wozy i poszedłem przyjrzeć mu się bliżej. Z soli wystawała czaszka jakiejś pradawnej bestii. Szczęki były długie jak dorosły człowiek wysoki, zęby, które się jeszcze ostały, miały rozmiar przyzwoitych sztyletów. Jaszczur musiał być wielki jak chałupa. Nigdy czegoś takiego nie widziałem, o szczątkach podobnych monstrów słyszałem jedynie jakieś opowieści. Przyglądałem się skamieniałej czaszce dość długo. Było mi nawet przykro, że się o tym stworzeniu nie dowiem niczego więcej. Czasem wydaje mi się, że sam jestem takim jaszczurem - reliktem z dawnych czasów. Tyle że ja jeszcze żyję.
Jeszcze.
Ruszyliśmy z chłopakiem w dalszą drogę, za towarzystwo mając jedynie nasze własne cienie.
Coverfly splunął. A dokładniej, to próbował splunąć, lecz wyszło z tego tylko suche charknięcie. Zwyczajnie nie miał wystarczająco dużo śliny.
- Myślę, że kolejna dostawa wody już raczej nie nadejdzie. Musiało gdzieś przerwać łańcuch - osądził Hoovery.
Wspólnie z Evanem i jego dwoma ochroniarzami kryli się w cieniu pierwszego wozu z zaopatrzeniem, reszta oddziału kuliła się za drugim. Już od kilku dni przemierzali pustą równinę pozbawioną skał, pagórków, właściwie czegokolwiek. Idealnie pusty widnokrąg wydawał się jeszcze gorszy niż wcześniejsze najeżone skały i niezliczone rozpadliny. I jeszcze ta przeklęta sól… Coverfly pokręcił z niedowierzaniem głową. Jak on się w to w ogóle wpakował? Wszystko przez tego cholernego czarodzieja i jego obsesję.