Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
Puścił się biegiem, mała trampolina wyrzuciła go o mały włos za wysoko, ale skulił się wcześniej, zrobił jedno salto więcej i wylądował dokładnie tam, gdzie sobie zaplanował. Przy lądowaniu jednym ruchem pochwycił z przygotowanego stojaka dwa noże, rozpędził się, wbiegł po ścianie prawie pod sam sufit i w trakcie salta w tył cisnął nożami. Nie przystanął, żeby skontrolować trafienie, zatrzymał się dopiero w ostatnim pomieszczeniu w przyklęku. Mięśnie rąk i nóg paliły go od wysiłku. Miał przeczucie, że wszystko wypadło idealnie.
Odwrócił się. Ostatnie noże do rzucania wciąż jeszcze chwiały się wbite w środek czerwonych okręgów zakreślonych na ludzkich figurach wykonanych z drewna i słomy. Jeszcze nigdy nie udało mu się osiągnąć tak doskonałego wyniku. Jednak jutro wcale nie musi tak być, wystarczy, że zaniedba jakiś szczegół.
Powoli przeszedł całą trasę z powrotem, zbierając wszystkie noże, sztylety i inną broń i układając ją na swoich miejscach na stojaku. Dopiero potem przeszedł do pomieszczenia z TAMTYMI RZECZAMI i zabrał się do przygotowania śniadania.
Nie jestem szczególnie bystry i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Nie jestem jednak też i debilem, w związku z czym było jasne, iż jeśli chcę mieć szansę zarobić parę drobniaków na piwo i jakiś nocleg, to nie mogę się spieszyć i skończyć z tym rzeźnikiem ot tak, od niechcenia. Tyle potrafię zrozumieć bez trudu. Kłykcie zaciśniętych pięści miałem już jedynie na grubość kciuka od kałuży piwa. Dosyć paskudnego zresztą.
Westchnąłem głęboko, wyszczerzyłem zęby i przewróciłem oczami. Moja ręka zaczęła się powoli oddalać od stołu i ci, co na mnie postawili, gromko zaryczeli. Ci, którzy postawili na rzeźnika, też, ale z wściekłości. Rzeźnik nagle zaczął zmieniać barwy. Najpierw się zrobił różowiutki jak co lepsze ochłapy, które sprzedawał, a potem poszarzał niczym świeża szynka. Znów żeśmy stanęli w pozycjach wyjściowych. Uświadomiłem sobie, że już jakiś czas nie przewracałem oczami, i szybko naprawiłem ten błąd. Wszyscy znów zaczęli się wydzierać. Rzeźnik, trzeba mu przyznać, starał się i spod warstwy sadła, które maskowało jego mięśnie, zaczęły wyłazić na wierzch nabrzmiałe żyły. Prawdę powiedziawszy, był z niego całkiem silny chłop. Nawet silniejszy, niż się spodziewałem.
Pocharczałem trochę z udawanego wyczerpania i zacząłem powoli spychać go do defensywy.
W połowie drogi zrozumiał, że przegrał. Poznałem to po spojrzeniu, które mi rzucił, i po tym, jak nagle słabł jego opór. Mogłem pójść na całego, wyrwać mu staw łokciowy lub barkowy, mogłem mu pewnie i pozrywać wszystkie ścięgna. Nie zrobiłem tego jednak.
Kiedy oparłem pięść o stół, publika wybuchła nieokiełznaną wrzawą.
- Wisisz mi - powiedziałem, choć nie mógł mnie dosłyszeć. Mimo to zrozumiał, pokiwał głową bez chwili wahania.
Dotarłem tu z pięcioma miedziakami, w porozrywanej koszuli i dziurawych spodniach. Trudno się z takim przeciwnikiem liczyć i dlatego nie zarobiłem jeszcze zbyt wiele. Pięć srebrnych wystarczyło na nocleg ze śniadaniem i nowe buty. Te mi były potrzebne w pierwszej kolejności.
- Widowisko niezłe, ale to nie był dla ciebie wymagający przeciwnik - odezwał się do mnie dziobaty chudzielec, kiedy kończyłem trzecie piwo. To dostałem za darmo.
- Sił mu zabrakło - odburknąłem niezobowiązująco.
Chudzielec pił wino. Z butelki, a nie z dzbana. Był elegancko ubrany i bardzo pewny siebie, co znaczyło, że jest dobrze dziany.
- Czym żeś się do tej pory zajmował? - kontynuował rozmowę, jakbym mu dał jakikolwiek sygnał, że jestem nią zainteresowany.
- Silny jestem - odpowiedziałem.
Nie kłamałem. Rzadko kiedy kłamię, bo potem muszę pamiętać, co naopowiadałem, a z tym jest za wiele zachodu.
- Nie wyglądasz, prawdę powiedziawszy, aby ci to popłacało - skomentował mój wygląd.
Nigdy nie przepadałem za takimi dowcipnymi mądralami, ale skoro z nas dwóch to on miał pieniądze, postanowiłem trzymać się na wodzy i grać swą rolę spłukanego frajera.
- Też prawda - przyznałem.
- Widzisz tego gościa, który siedzi przy stole z żołnierzami w mundurach?
- Widzę.
- Pokonaj jego, a dostaniesz dziesięć złotych.
Kiedy wymienił sumę, w mojej głowie natychmiast rozbrzęczały się dzwonki alarmowe. Dla normalnego człowieka wykonującego uczciwą pracę to była kupa pieniędzy. Tyle to się zazwyczaj zarabia w trzy miesiące. Jak się człowiek natyra i w dodatku ma fach w ręku.
- Nowy tu jestem, nie widzę powodu, dla którego miałby się chcieć ze mną siłować.
- Ja już to załatwię. - Wzruszył ramionami.
- A jeśli nie wygram? - Chciałem wiedzieć, na czym stoję.
- Przegrani nie interesują nikogo.
- Dobra.
Nie wiem, jak to dziobaty załatwił, ale zanim zdążyłem dopić czwarte piwo - to już kupiłem za własne - tamten gość stał przy moim stole. Był wysoki, o dobrą głowę wyższy ode mnie. Jak i wiele innych osób. Był również ode mnie cięższy, co zdarza się już rzadziej, choć i paru takich udało mi się spotkać. Dziwnie się jednak poruszał. Nieco przygarbiony, ręce miał jakieś takie zbyt długie i zbyt masywne, a za to nogi krótsze, niżby człowiek oczekiwał.
- Nazywam się Rosen - przedstawił się. - Podobno jesteś ochotny, żeby się ze mną sprawdzić na rękę. - Dla rozproszenia wszelkich wątpliwości wykonał charakterystyczny ruch ramieniem.
- Jasne, czemu nie - odparłem. - Tamten mnie namówił. - Skinąłem głową na dziobatego, który przyglądał nam się z oddalenia. Dostrzegł mój gest i odniosłem wrażenie, że nie był z tego powodu nadmiernie szczęśliwy. Cóż, życie to nie jest lizanie miodu.
- A, ten… - uśmiechnął się Rosen. - Jeszcze nigdy nie przegrałem.
- A ja owszem. Parę razy - przyznałem się otwarcie.
Aczkolwiek nie na rękę, ale to już inna sprawa. Kłamać może nie lubię, ale z zatajaniem prawdy radzę sobie znacznie lepiej.
Moja odpowiedź go przyhamowała.
- Możesz zrezygnować, to przecież tylko taka zabawa.
Sam wyglądał, jakby zaskoczyły go jego własne słowa.
- No co ty? - Machnąłem dłonią. - A co on za jeden? - Wskazałem na dziobatego.
- Pracuje dla Olvena - odpowiedział Rosen. - Ale skoro ty nie jesteś tutejszy, to dla ciebie bez różnicy. To co?
- No to dawaj. - Rozłożyłem ręce, jakby nie pozostało mi nic innego.
Już nasza pogawędka wzbudziła zainteresowanie przy stolikach wokół, jednak kiedy zasiedliśmy naprzeciw siebie po obu stronach stołu, staliśmy się natychmiast głównym wydarzeniem wieczoru. A przecież w planach nie było nawet rozlewu krwi. Świat nie jest już taki sam, jak za moich młodych lat.
Pomimo tego, iż przed paroma chwilami pokonałem miejscowego speca od zapasów, ten gość nie wydawał się ani odrobinę zaniepokojony. Siła to taka szczególna cecha, nigdy jej nie można mieć za wiele. Pewność siebie Rosena trochę mnie jednak zaskakiwała.
Z czego wynikała, zrozumiałem natychmiast, kiedy tylko splotły się nasze dłonie.
Wszystkie proporcje miał nie tak. Nie zgadzała się długość ramienia i przedramienia, miał dziwaczne palce, a z kolei jego kciuk nie był nawet w połowie tak ruchliwy jak mój. Oprócz tego, że był wielki jak stodoła, Rosen miał jeszcze ukrytego w rękawie asa. Jego tatko, dziadzio albo pradziadzio, względnie matuś, babka lub prababka, nie był człowiekiem, ale szarym gorylem górskim.
Nigdy żadnego osobiście nie spotkałem, lecz widziałem ryciny. Słyszałem również relację od jednego człowieka, który się z nimi zetknął oko w oko. Szare goryle górskie mają zupełnie inne mięśnie niż ludzie. Przy tej samej wadze są o wiele silniejsze i szybsze. Podobno potrafią chwycić w obie łapy górską pumę i trzymając w powietrzu, złamać wpół jak patyk. Czegoś takiego ja bym nie dał rady dokonać. Chyba.