Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 111
Перейти на страницу:

Zajęło to chwilę, zanim mój wzrok przystosował się do dusznego półmroku.

Wokół pięciu stołów tłoczyli się mężczyźni, nieświadomi słońca na zewnątrz i w ogóle świata za ich plecami. Śledząc karty, kości i kulki, rzucali wyzwania w twarz fortuny. Zbyt wiele szans im nie dawałem. Mój chudzielec rozmawiał z jakimś człowiekiem. Ten w nic nie grał, siedział w ciemnym kącie i bacznie się rozglądał. Dostrzegłem, jak dawał chudemu do ręki coś, co wyglądało jak małe kostki. Przypominały trochę twardy, brązowy cukier, jakiego używają na południu. Chudzielec jedną z nich natychmiast wrzucił do ust, pod język. W przeciągu kilku chwil z jego twarzy zniknęło przerażenie, a za moment wyglądał, jakby w ogóle ogarnął go pełny błogostan. Z ręki do ręki przeszło trochę drobnych, a za nimi jakieś kulki i tytoń. A zatem chudzielec jakieś pieniądze miał, ale nawet za cenę złamanego palca nie był skłonny ich oddać. Pytanie brzmiało: co mu zrobią następnym razem? Póki co nie wydawał się tym przejmować. Nie przejmowałem się i ja.

Zagadka się wyjaśniła, poszedłem dalej. Metodycznie obszedłem wszystkie uliczki w okolicy trzech targowisk, na których odbywał się cały handel. W lepsze dzielnice się nie zapuszczałem. Nie kryło się tam nic, co by mnie interesowało, a poza tym sam tam pasowałem jak pięść do oka. Sjestę przesiedziałem pod plecionym zadaszeniem herbaciarni. Przez cały ten czas nikt na mnie nawet nie zwrócił uwagi, co mnie nie zaskakiwało, a w dodatku bardzo odpowiadało, bo herbaty nie pijam.

Właśnie się zastanawiałem, dokąd się udać na jakiś posiłek, kiedy mnie znaleźli. Dwóch chłopaków, których w widoczny sposób życie nie rozpieszczało, z tych, co to najpierw przyłożą, potem przyłożą jeszcze raz, a dopiero potem pytają. Towarzyszył im trzeci, nieco lepiej odziany, jednak ten z kolei gębę miał tak naznaczoną opilstwem i innymi rozpustami, że z trudem przypominała ludzką. Mieczy ani żadnej innej długiej broni nie zauważyłem, co nie dziwiło, bo w Damarkandzie mieli ją prawo nosić jedynie miejscy gwardziści. Oraz oczywiście posiadacze cesarskiego pozwolenia. Zgadywałem więc, że gdzieś pod swoimi chałatami trzymali jakieś mniej konwencjonalne stalowe niespodzianki. No i czemu nie? Przynajmniej się zabawimy, jeśli się sytuacja rozwinie w niefortunnym, czy może właśnie fortunnym, kierunku. Zależało, z której strony na to spojrzeć.

- Bakly? - zapytał szef tej wesołej gromadki.

Przyjrzałem się jemu i jego grupie uderzeniowej.

- A kto pyta? - chciałem się najpierw dowiedzieć.

Przez chwilę wyglądało, że każe tamtym dwóm nakłonić mnie do odpowiedzi, zmienił jednak zdanie.

- Pan Bandarillo. Być może miałby dla ciebie jakąś robotę.

- Wy też przypadkiem pracujecie dla pana Bandarilla? - dopytywałem dalej, przyglądając się tamtym dwóm.

- W tym mieście każdy rozumny człowiek pracuje dla pana Bandarilla - wyjaśnił mi mózg tej trójki, podczas gdy stojące za nim mięśnie pokiwały tylko głowami.

Ospały upał nadal nie odpuszczał. Blask słońca, odbijający się od jasnego piasku wypełniającego ulice, raził w oczy.

- Niektórzy pracują na przykład dla pana Olvena - rzuciłem niezobowiązująco.

Mózg spiął się cały, mięśnie sięgnęli pod płaszcze. Kindżały albo coś podobnego, oceniłem.

- Pracujesz dla Olvena? - syknął facecik.

- Nie. - Pokręciłem głową. - Ale wczoraj wieczorem wpadłem w gospodzie na jednego takiego, co pracuje. Pewnie nie jest rozumny. - Wzruszyłem ramionami. - Zawsze jednak zarobiłem na nim wystarczająco, żeby można powiedzieć, iż Olvena pozbawiłem trochę grosza. - Uśmiechnąłem się.

- Rosen - powiedział mięsień prawy, podczas gdy lewy tylko wciągnął z sykiem powietrze przez zaciśnięte zęby.

Wyglądało na to, że wieści rozlatywały się po okolicy szybciej niż muchy.

- Zarobisz więcej. Pan Bandarillo potrafi docenić zdolnego człowieka.

- No, jak tak to tak - zgodziłem się. - Pieniądz to pieniądz.

Wbrew moim oczekiwaniom pan Bandarillo nie mieszkał w gospodzie, ale w lombardzie. Maleńki kantorek, w którym biedacy stawali się jeszcze biedniejsi, a sprytni kombinatorzy nieco bogatsi. Z ciasnego pomieszczenia, w którym załatwiano interesy, prowadził bardzo wąski korytarz z licznymi drzwiami po obu stronach. Pomieszczenie, do którego mnie zawiedli, było z kolei wielkie. Zaskakująco wielkie, jak na zwykły z zewnątrz dom, i do tego dziwacznie przyozdobione. Ściany obłożone zostały śnieżnobiałymi poduszeczkami. Z początku nie rozumiałem, co to miało być, ale przy bliższych oględzinach okazało się, że do każdej przyszpilony jest jakiś chrząszcz. Były ich setki, tysiące, a może i więcej. Małe, duże, okrągławe i podłużne, czarne, zielone, złociste. W samym środku sali, na krześle przy okrągłym stole, siedział największy żuk ze wszystkich. Gnojarek chyba czy jak mu tam. Przynajmniej takiego mi przypominał. Ubrany był w jakieś takie nieokreślone giezło, które przypominało jako żywo worek na ziemniaki. Jedno oko ukryte miał za soczewką - monoklem, przypomniałem sobie po chwili właściwe słowo.

Gnojarka chroniło trzech łachmytów nieco wyższej klasy niż ci, co mnie tu przyprowadzili. Uzbrojeni byli w lekko zakrzywione miecze, właściwie to po prostu szable, z wyraźnie rozszerzającą się głownią gdzieś tak w szczytowej jednej trzeciej. Taka broń najlepsza jest z siodła, kiedy czasu wystarcza zazwyczaj na jedno solidne cięcie. Do szermierki zdecydowanie za wolna. Z drugiej strony, ze mnie też szermierz był żaden. Ostatnim obecnym był elegancko ubrany młodzian. Pomimo iż zrozumiałem od razu, że jest o wiele lepiej urodzony niż wszyscy pozostali razem wzięci, to jednak rozumiałem też, kto tutaj rozdawał karty.

- A zatem, panie le Monte - gnojarek dokończył rozmowę, w której musieli być pogrążeni, zanim przybyłem - warunki mamy obgadane. Niezwykle przyjemnie robi się z wami interesy.

Le Monte wydobył z siebie jakąś niejasną odpowiedź i na wyraźnie słabych nogach ruszył do wyjścia. Odniosłem wrażenie, że warunki umowy odbiegały dalece od jego początkowych oczekiwań, a i sam interes pewnie nie miał mu przynieść zbyt wielkiej korzyści.

- Widzę, że przyglądacie się moim ślicznotkom - dostrzegł mnie gnojarek. - Który się wam podoba?

- Tamten. - Wskazałem grubego chrząszcza, którego pancerz mienił się wszystkimi barwami tęczy. Żuwaczki miał dłuższe niż mój palec wskazujący. I grubsze.

- To złoty tytan. Jak już się w coś wgryzie, to nie popuści, dopóki ofiary nie zabije. Choćby sam miał przy tym zginąć.

Zupełnie jak ja. Nie odezwałem się jednak, kiwnąłem tylko głową w milczeniu.

- Nie znam się na robalach - wyznałem wreszcie. - Powiedzieli mi - spojrzałem na swoją eskortę, która nieco jakby straciła na znaczeniu - że pan Bandarillo dobrze płaci. Odpowiednim ludziom.

- Właśnie rozmawiasz z panem Bandarillem, głupcze - warknął na mnie łachmyta stojący najbardziej po lewej. Wyglądał na takiego, co lubi się nagadać. Gawędziarz znaczy.

- Nie mówili, że pan Bandarillo lubi robactwo - odpowiedziałem z powagą, patrząc wprost na niego.

Bandarillo roześmiał się.

- Mądra odpowiedź - przytaknął.

- To jest ten, co wczoraj wieczorem dostał Rosena - powiedział mój znajomy Mózg, przestępując przy tym niepewnie z nogi na nogę.

- Ach tak? - Bandarillo przyjrzał mi się z większą uwagą. - Potrzebuję ludzi, którzy nie zawahają się użyć siły fizycznej, żeby postraszyć tego lub owego. Na ile się cenicie?

- Za Rosena dostałem dziesięć złotych - wypaliłem.

- Głupcze, to był przypadek! - warknął znów gawędziarz. - Widać nie uważał albo był w sztok pijany.

1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)