Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 111
Перейти на страницу:

- No to dawajta, chłopy - zakrzyknął nieco już wstawiony sędzia.

Więcej mi nie było trzeba. Zebrałem wszystkie swoje siły, podczas gdy Rosen, ufny w swą nieludzką przewagę, nie zdążył zareagować. W mgnieniu oka jego pięść znalazła się o włos nad deskami stołu. Spojrzał na mnie zaskoczony i zrównoważył nacisk. W tak niewygodnej pozycji było to absolutnie niewyobrażalne. Żaden człowiek nie zdołałby czegoś takiego dokonać. Spiąłem się, na momencik popuściłem i znów natarłem z całej siły. Wóz albo przewóz. Na drugi taki manewr już mi nie wystarczy siły.

Nie przypuszczał, że coś takiego jest w ogóle możliwe, znów udało mi się go zaskoczyć i kłykcie jego dłoni na króciutką chwilkę dotknęły powierzchni stołu. Wreszcie znów wyrównał ze mną siły i odepchnął mnie do pionu, ale było już za późno. Przegrał.

Jeśli na koniec mojego poprzedniego pojedynku wybuchło szaleństwo, teraz musiał to być co najmniej koniec świata.

- Jak się nazywasz? - spytał, podnosząc się od stołu.

- Bakly - odpowiedziałem i ruszyłem zgarnąć swoją wygraną.

I tak w kieszeń wpadł pieniądz, a w miasto poszła reklama.

Na zewnątrz było chłodniej, niż się spodziewałem. W ulicznym ścieku częściowo opuszczonej dzielnicy kulił się palacz opium. Wymizerniały, o krok od śmierci, nie dbał o nic ani o nikogo, jedynie o fajkę, która pozwalała mu zażywać narkotyk. Długo go obserwowałem, zastanawiając się, czy mu przypadkiem nie zazdroszczę. Chyba jednak nie, ale nie byłem stuprocentowo przekonany.

Z pieniędzmi w kieszeni nie było trudno znaleźć nocleg, nawet jeśli nie miałem zamiaru być rozrzutny.

Łóżko okazało się twarde, wielkie i - o dziwo! - niezawszone. Spało się dobrze, na parę chwil udało mi się zapomnieć o rzeczach, o których nie chciałem myśleć. I, jak zawsze, ten błogostan nie trwał długo. Umyłem się pod pompą na podwórcu i wróciłem na śniadanie, które zostało wliczone w cenę pokoju.

- Zapłaciłem za potrójne śniadanie - powiedziałem, kiedy posługująca dziewka, córka gospodarza, stawiała przede mną na stole talerz ze smażonymi jajkami. Dostałem pięć, normalna porcja liczyła dwa.

- Przecież byście i tak nie zjedli - odpowiedziała.

- Chcę moje jajeczko - powiedziałem spokojnie, lecz stanowczo.

- Te wam przecież wystarczą. Popatrzcie tylko, jakie wielkie.

Zjadłem je wszystkie i, rzeczywiście, wystarczyły. Co nie zmieniało faktu, że mnie na jedno jajko oszukali. Odsunąwszy pusty talerz, wszedłem na zaplecze, gdzie przy kuchni krzątał się sam właściciel. Widać był to taki mały, rodzinny interes. Złapałem gościa za tył głowy i przycisnąłem w dół, twarzą ku patelni z rozgrzanym olejem. Jego krzyk natychmiast ściągnął do kuchni ciekawskich, głównie kolejnych członków rodziny.

- Wisicie mi jajeczko, za które zapłaciłem - wyjaśniłem powód mego niezadowolenia, kiedy nabierał w płuca powietrza do kolejnego wrzasku. Powierzchnia wrzącego oleju znajdowała się już o włos od oczu. Na jego miejscu uważałbym, żeby nie zacząć pluć.

- Postradaliście rozum?! Dam wam cały tuzin tych cholernych jajek! - krzyczał.

- Dobrze. - Puściłem go. - Czekam.

Obietnicę spełnił. Jego szczęście.

Po tym, jak wreszcie zmogłem dokładkę śniadania, wyszedłem powałęsać się trochę po mieście.

Damarkanda była skrzyżowaniem traktów kupieckich. Towary z południa szły na północ, ze wschodu na zachód i na odwrót. Tu docierały i stąd wychodziły te najdalej idące karawany. Drogie tkaniny, przyprawy, biżuteria - wszystko, co wystarczająco cenne, aby opłacało się przetransportować o tysiąc kilometrów dalej, było przekładane ze skrzyni do skrzyni, a czasem nie dalej niż z jednego straganu na drugi. Zamęt potęgowali zwykli, mali ludzie, próbujący jakoś zarobić na życie. Pomiędzy nimi kręcili się żołnierze, którzy towarzyszyli urzędnikom celnym przeprowadzającym losowe kontrole i inkasującym na miejscu opłaty należne za niezadeklarowane towary. Co oczywiste, nigdy przy tym nie obchodziło się bez obowiązkowej szarpaniny. Starałem się uważać, żeby się w nic podobnego przypadkowo nie wplątać.

Między tymi wszystkimi luksusowymi dobrami skrywały się jednak inne, te nielegalne. Opium, haszysz, khat, koka, marihuana, peyotl. Najwięcej oczywiście opium. Damarkanda była największą stacją przesyłkową. Z biedniejszych terenów wewnątrz lądu narkotyki szły do bogatszych części świata. Zarówno cesarskich, jak i niezależnych kupieckich metropolii.

Nie udało mi się odgadnąć, którzy z kręcących się po targowisku żołnierzy i urzędników celnych zostali przekupieni, aby przymykać oczy na ciemne opiumowe chlebki. W cesarstwie narkotyki, z wyjątkiem tytoniu, trawy i alkoholu, były nielegalne i handel nimi ścigano. Ostatnimi czasy ścigano wręcz bezwzględnie, zwłaszcza jeśli chodziło o opium.

Z tego właśnie powodu główny nurt odurzającego towaru zaczął płynąć w kierunku pogranicza, gdzie władza cesarska i jej metody egzekwowania prawa stawały się nieco bardziej rozwodnione. Interes musiał się wszak kręcić, a ten interes przynosił iście krociowe zyski, które warte były ryzyka.

Żołnierzy zrobiło się nagle jakby więcej, więc szybko wcisnąłem się do jednej z bocznych uliczek. Znalazłem tam siedzącego wprost na ziemi starca palącego fajkę. Sama skóra i kości, nie rejestrował, co się wokół niego działo. Nieobecny wzrok utkwiony miał gdzieś w pustkę. Wystarczyło jedno pociągnięcie nosem, żeby poznać, iż w fajce nie tlił się tytoń. Duchem musiał być w istnym raju ćpunów. Oto siedziała przede mną ciemna strona handlu opium. W Damarkandzie było takich posągów całe mnóstwo. Powiadali, że kto pociąga z fajki raz, dwa razy na tydzień, wydłuża swoje życie o połowę, kto raz, dwa razy dziennie - o połowę skraca. Kto palił jeszcze więcej, nie miał szans na to, aby pożyć dłużej niż trzy lata. Było oczywiste, że temu tutaj czas już się kończył, choć nie wyglądał na kogoś, komu to przeszkadzało.

Poszedłem dalej. Słońce dogrzewało, a pod grubym, sięgającym ziemi kożuchem było mi przyjemnie ciepło. Lubię ciepełko. Daje mi złudne poczucie, iż nie jestem aż tak stary i sterany życiem, jak w istocie. Że nie skrzypią mi stawy, ale w dalszym ciągu są ciche i sprawne, jak naoliwione. Ponadto, o ile w przypadku większości osób ciepło rozleniwia, mnie dodaje sprężystości. Oczywiście w sytuacjach, w których jest to konieczne.

Przy straganie z napojami kupiłem dzban piwa, wypiłem na miejscu, po czym, tak na wszelki wypadek, wychyliłem jeszcze jeden.

- Mówię ci, lepiej zapłać, bo to twoja jedyna szansa, jeśli nie chcesz skończyć z poprzetrącanymi gnatami.

Rozejrzałem się. Kawałek dalej, niemalże na środku ulicy, jakiś wielki obwieś trzymał za gardło wysokiego chudzielca.

- No nie mam, przysięgam, że nie mam. Ale w przyszłym tygodniu na pewno…

Trzaśnięcie łamanego palca usłyszałem wyraźnie, lecz okrzyk bólu obwieś zdołał już wytłumić.

- Pan Horowitz czeka na swoje pieniądze najdalej do pojutrza. A jeśli ich nie dostanie, na złamanym palcu się nie skończy.

Ciemny typ zostawił swoją ofiarę z twarzą wykrzywioną bólem, opartą o ścianę, rzucił mi podejrzliwe spojrzenie i poszedł dalej do kolejnych obowiązków. Chudzielec zaś, zataczając się, ruszył w przeciwnym kierunku. Wyglądał, jakby gotów był iść dokądkolwiek, byle tylko oddalić się od swych problemów. Snułem się za nim, bardziej z braku zajęcia niż jakiegokolwiek konkretnego powodu. Wszedł do domu gry, skąd dobiegał stukot kości i podzwanianie kulek. Czyżby chciał spróbować wygrać pieniądze na pokrycie długów? Do tego przecież potrzebowałby pieniędzy na wejście. Z ciekawości postąpiłem za nim.

1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)