Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
- Ile zostało nam wody? - zapytał Frama, choć doskonale znał odpowiedź.
- Żebyśmy mogli wrócić do ostatniego obozu, możemy jechać dalej jeszcze jakieś pół dnia.
Coverfly skinął. Chyba że ktoś, na przykład niedobitki bandytów, na obóz napadł, wtedy byli już wszyscy martwi.
- Zawróćmy - poprosił czarodzieja. - Nadmiernie już igramy z losem. Nie mamy żadnej rezerwy, najmniejszy jakiś wypadek i umrzemy. Wszyscy.
Evan pokręcił tylko głową.
- Czuję ją! Czuję, jak się porusza jedynie kawałek przed nami!
Czarodziej w niczym nie przypominał już przystojnego młodzieńca z początku podróży: wychudły, spalony słońcem, wyczerpany czarami i na wpół obłąkany żądzą pozyskania artefaktu, który, wydawało się, miał nieomal na wyciągnięcie ręki.
Coverfly najchętniej by go zabił albo zostawił własnemu losowi i zawrócił, ale list Varatchiego stawiał sprawę jasno. Baron odnosił wrażenie, że arcyksiążę przewidział sytuację, w której obsesja czarodzieja wpakuje ich w tak wielkie kłopoty, iż myśl o pozbyciu się go będzie aż nadto kusząca.
Do wieczora i ani kroku dalej, zdecydował w duchu Coverfly. Nie podpisze przecież na siebie samego i wszystkich swoich ludzi pewnego wyroku śmierci.
- A do tego przecież ci przed nami mają mnóstwo wody. Wystarczy, że ich dopadniemy, i zyskamy zapasy. Będziemy wręcz w lepszej sytuacji, niż jesteśmy teraz - przekonywał czarodziej.
- To się nawet trzyma kupy - zgodził się z nim Hoovery. - Może będą mieli też i coś innego do picia. Ślady kół też są dużo wyraźniejsze. Za dwa, trzy dni powinniśmy ich dopaść.
- I nie będziemy musieli polegać na obozie zaopatrzeniowym - dodał jeszcze ktoś inny.
Coverfly zdusił rodzący mu się w gardle jęk. Czarodziej postradał rozum bez reszty. Przez niego zginą wszyscy.
Drugiego dnia uświadomili sobie już definitywnie, że nie wystarczy im wody, aby dostać się z powrotem do obozu z zaopatrzeniem. Ich jedyną szansą na przeżycie jest już tylko karawana przed nimi. Coverfly ich powstrzymywał, inaczej sami zagoniliby się na śmierć. Sól pod nogami, sól w oczach, sól na skórze. I nieustający upał. A mimo to nikt się nie skarżył. Szli rozciągnięci w długą kolumnę. Na czele szedł Hoovery w towarzystwie tropiciela, potem piętnastu chłopa, za nimi Evan z ochroniarzami, dwa wozy i kolejnych piętnastu ludzi. Oto, do czego skurczyła się dziesięciotysięczna armia. Tylko tylu Coverfly zdołał doprowadzić w głąb Pustyni Gutawskiej.
W trakcie ostatniego popasu zdechły im dwa ostatnie konie. W jednej chwili stały, przeżuwając ziarno, a w następnej po prostu zwaliły się martwe na ziemię.
- Pewnie upał je zabił - oznajmił ze znawstwem Hoovery. Coverfly miał chęć go za to udusić. - Będziemy musieli poprzekładać cały ładunek na jeden wóz i pociągnąć sami - dodał jeszcze.
Pod wieczór brakło im już siły na cokolwiek. To była zupełnie inna pustynia niż na początku. Głębina wysysała ich, odbierała wodę z każdym oddechem, kradła wilgoć przez ręce, twarz, skórę na całym ciele. Nie było sensu zawracać, nie mieli na to dość wody. W związku z tym Coverfly nakazał maszerować również w nocy. Solna równina odbijała światło księżyca i ślady kół były całkiem widoczne. Po drodze natrafili na ciała dwóch koni. Coverfly zdołał pozyskać z nich trochę wody, ale nie za wiele, leżały na słońcu zbyt długo.
Zatrzymali się dopiero późnym rankiem, słońce już znów zaczynało prażyć, pochowali się więc w cieniu wozów i spali do późnego popołudnia. Potem bez rozkazu wszyscy się pozbierali i ruszyli w dalszą drogę. Wozy zostawili na miejscu, całą pozostałą wodę ponieśli ze sobą.
Po zmroku, kiedy niebo na zachodzie zdążyło też już pociemnieć, Evan nagle się zatrzymał.
- Już jest niedaleko, kilkaset metrów.
Były to słowa, których Coverfly nie mógł się doczekać. Dogonili nieprzyjaciela. Dogonili Czerwoną Gwiazdę. Będą wreszcie mogli odebrać ją, zabrać tamtym wodę i wrócić do domu. Poczuł nagły przypływ nadziei. Może jednak przeżyją?
Kroczyli dalej po śladach kół, zbici w ciasnej formacji. Sól skrzyła się w świetle księżyca niczym śnieg, ale biło od niej ciepło.
Minęli ciemniejącą sylwetkę wozu, kawałek dalej stał drugi. Coverfly się zaniepokoił. Nie dostrzegał nigdzie najmniejszego śladu ludzkiej obecności. Było podejrzanie cicho, podejrzanie pusto. Nic to, uspokoił się w myślach, liczy się, że jest tu Czerwona Gwiazda.
- Byłem ciekaw, kiedy mnie dogonicie - odezwał się z mroku głos. Równocześnie ktoś zdjął zasłonę z olejowej lampy, jej blask oślepił ich na moment. Coverfly instynktownie odwrócił głowę, na wszelki wypadek wolał osłonić przywykłe do mroku oczy.
- Widzę też, że podróżujecie bez zbędnego ciężaru.
- On ma Czerwoną Gwiazdę! - wysyczał czarodziej.
Skąd on się tu wziął? Miał przecież zostać z tyłu! - pomyślał Coverfly rozdrażniony i zastąpił czarodziejowi drogę, aby ten nie wystawiał się na jeszcze większe niebezpieczeństwo.
Wreszcie dostrzegł mówiącego.
Pod wozem tkwił olbrzymi mężczyzna, ukryty pod grubym kożuchem. W świetle lampy jego ostrzyżone na krótko włosy skrzyły się srebrzyście.
- No cóż, muszę was rozczarować - kontynuował tamten i Coverfly mógłby przysiąc, że w jego głosie pobrzmiewało rozbawienie. W sytuacji, w której był sam jeden przeciw tak znaczącej przewadze, było to nad wyraz nieoczekiwane.
- Może jeszcze nie zauważyliście, ale obóz jest pusty. Jestem tutaj sam. Wody też nie mam za dużo. Dla pięciu, sześciu ludzi na ledwie kilka razgów, nie więcej.
Coverfly rozejrzał się. Wiedział, że mężczyzna nie kłamie. Jedynym wozem, który wydawał się mieć jakikolwiek ładunek, był ten za plecami ich samotnego nieprzyjaciela. Dostrzegł jeszcze martwego konia i nic ponadto.
- Ja mam zamiar pójść kawałek dalej i jeśli już między sobą ustalicie, komu ta woda ma przypaść w udziale, możecie mnie dogonić - zaśmiał się olbrzym.
- Daj mi Czerwoną Gwiazdę! - warknął Evan, który wyskoczył nagle przed barona.
Coverfly napotkał wzrok jednego z ochroniarzy czarodzieja. W jednej chwili każdy z nich odgadł myśli drugiego. Coverfly dobył broni, ochroniarz powalił czarodzieja na ziemię uderzeniem w tył głowy. Świsnęło ostrze i Coverfly zabił pierwszego ze swoich żołnierzy.
- Hoovery, Fram, do mnie! Musimy się stąd wydostać, i to z czarodziejem!
Zostawiłem ich, niech się biorą za łby, a sam usunąłem się w mrok, gdzie przy ostatnim koniu czekał na mnie chłopak. Zarzuciłem na plecy specjalnie przygotowany plecak z wewnętrznym stelażem i skórzanym wnętrzem. Miałem tam jakieś sto litrów wody. Na więcej się nie odważyłem, czekała mnie dość mozolna wędrówka. Parę dodatkowych bukłaków miał przytroczony koń, ale nie liczyłem, że wytrzyma jeszcze długo. Tak głęboko w pustyni było stanowczo za gorąco nawet i dla specjalnie hodowanej rasy.
Szedłem równym, spokojnym tempem, na jakie tylko pozwolił mi ładunek, chłopak kręcił się wokół mnie. Szliśmy tak aż do świtania. Początkowo radził sobie dzielnie, ale nad ranem ledwo już powłóczył nogami. Nie wierzyłem, żeby się za mną wypuścili. W porannym słońcu dostrzegłem na południu pierwsze mgliste zarysy gór. A zatem większą część solnych równin mieliśmy już za sobą. Ogłosiłem popas aż do popołudnia. Przysypiałem pod naciągniętą płachtą pośród oślepiająco białego solnego morza, leżący tuż koło mnie chłopak co i rusz rzucał się we śnie. Ten popas okazał się dla naszego konia ostatnim. Wypiliśmy z bukłaków na jego grzbiecie tyle wody, ile tylko zdołaliśmy, a resztę, której nie dałem rady unieść, zostawiliśmy na miejscu.