Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
- No, ale przecież to jest bzdura, nie? Poza tym i tak nie mamy wystarczająco wody, skończy nam się ze trzy razgi przed oazą.
- Dokładnie tak - zgodził się z nim Sierżant. - Precyzyjnie to macie wyliczone.
Nie było w tym nic zaskakującego. Craig przerabiał tę kwestię z Koharowem po kilka razy dziennie i za każdym razem Koharow cierpliwie informował najemnika o aktualnym stanie zapasów. Było to w ich interesie, aby dowódca został o wszystkim rzetelnie poinformowany.
- To kiedy zaczynamy? Wychodzi mi, że po powiększeniu zapasów powinniśmy bez problemu wydostać się z pustyni. - Wskazał wodną igłę, którą miał schowaną w specjalnie wykonanym puzderku przytroczonym do pasa.
- Też prawda, po co odkładać? - wzruszył ramionami Sierżant. - Proponuję, żebyśmy zaczęli dziś w nocy. Jeśli będziemy ostrożni, nikt się nie zorientuje, a rano będziemy o dobrych pięćset, sześćset litrów bogatsi. Gwarantuję, że pozostali ruszą pokornie dalej jak gdyby nigdy nic. Zresztą zawsze możemy im wmówić, że tamci pod osłoną nocy się odłączyli, bo chcieli spróbować szczęścia na własną rękę.
- Dobry pomysł. - Craig poklepał go po ramieniu. - Przyznam, że się obawiałem, że ty - machnął brodą na Koharowa - będziesz miał obiekcje.
- Każdy chce przeżyć. A że to czasem wychodzi na cudzy rachunek… - Koharow rozłożył ręce w bezradnym geście. - Na to nic już nie poradzę.
Karawana zdążyła ich w tym czasie minąć w całości. Brakowało jedynie paru maruderów, którzy ledwie trzymali się na nogach.
Craig spokojnie zeskoczył z głazu, Sierżant ruszył jego śladem. Koharow jeszcze pozostał na górze, rozglądając się i próbując dostrzec, czy nikt przypadkiem im się nie przyglądał. W chwili kiedy dogonił Sierżanta, Craig już leżał na ziemi, a z igły ciekła czysta woda. Żył jeszcze, ale nie mógł drgnąć. W jego oczach widać jednak było paniczne przerażenie wynikające z pełnej świadomości tego, co się z nim działo.
- Myślałem, że będziesz go musiał najpierw zabić, żeby zabrać tę igłę - powiedział Koharow.
- Bakly dał mi drugą - powiedział Sierżant, nadstawiając skórzany bukłak i pilnując, aby nie uronić ani kropli. - I dobrze, bo obyło się bez marnotrawienia. Nie możemy sobie na to pozwolić.
Kiedy skończyli, unieśli po jednej igle każdy i popatrzyli po sobie.
- Hej tam! - Sierżant zamachał do najemnika, który odstał za karawaną. - Chodź no tu i weź ze sobą jakiś pusty bukłak. Coś żeśmy znaleźli!
- No ale wyjść z pustyni i tak nie damy rady, prawda? - spytał potem Sierżant przyjaciela. - Musielibyśmy pozabijać z połowę ludzi, nie tylko najemników. Tak naprawdę robimy to tylko dlatego, że nie pozostało nam nic innego, dlatego że nie potrafimy się poddać.
- Nie dalibyśmy rady, to prawda. - Koharow po raz pierwszy od bardzo dawna uśmiechnął się. - Tylko że ja im nie kłamałem. Bakly zdradził mi, że ta trucizna rozkłada się po dwóch tygodniach.
Sierżant wprost się roześmiał.
- Ale z niego wyrachowany skubaniec!
- No.
Dosi Abrago bardzo lubił zachody słońca. Był to czas, aby pomyśleć chwilę nad minionym dniem, pozastanawiać się nad tym, co może przynieść kolejny. Zazwyczaj chadzał wtedy nad brzeg Jeziorka Kedskiego. Gdziekolwiek indziej na świecie nikt by takiej kałuży nie nazwał jeziorkiem, jednak był to ostatni taki zbiornik wodny na północnym skraju Pustyni Gutawskiej, więc miejscowi mieli na ten temat swoje zdanie.
Normalnie już dawno dostrzegłby lśniącą taflę wody, jednak dziś musiał mrużyć oczy przed pyłem unoszonym przez wzmagający się wiatr. Wiało prosto od pustyni, a to nigdy nie był dobry znak. Piaskowe wydmy zaczynały się dobrą godzinę drogi od farmy, jednak bywały już w przeszłości burze piaskowe zdolne przemieścić je i na taką odległość.
Z zamyślenia wyrwało go jakieś poruszenie w oddali. Zasłonił oczy ręką, starając się lepiej temu przyjrzeć. Spodziewał się susła, kojota lub jakiegoś innego zwierza, jednak z pyłu wyłonił się wychudły jak patyk chłopak, którego nigdy wcześniej nie widział. Z pewnością nie był to nikt z miejscowych.
Chłopak podszedł do niego i przystanął. Z bliska wyglądał jeszcze gorzej.
- Skąd jesteś? - zapytał Dosi Abrago ostrożnie.
- Z Frateu - odpowiedział chłopak. - A raczej z Hutskiej. Potrzebuję pomocy. Padł i się nie rusza. Leży już tak pewnie z godzinę.
- Z Frateu? Z Hutskiej? - Dosi nigdy o takich miejscach nie słyszał.
- Z drugiej strony pustyni, z południowego skraju - odpowiedział chłopak tonem tak oczywistym, jakby rzeczywiście mówił prawdę. A przecież byłoby to absolutnie niemożliwe. - Pomóżcie mu, bardzo proszę…
Dosi Abrago ruszył niepewnie, choć wobec głupot, jakie ten chłopak wygadywał, nie był przekonany, czy jednak powinien. Sam pomysł, że ktoś mógł tu dotrzeć z drugiego końca pustyni, brzmiał nieprawdopodobnie. Gdy dotarli na wskazane przez chłopaka miejsce, znaleźli jedynie odcisk ludzkiego ciała na miękkim, bagnistym brzegu jeziorka.
Abrago rozejrzał się bacznie. To mogła być jakaś pułapka.
- Jak się ten twój towarzysz nazywał?
- Nie wiem. - Chłopak wzruszył bezradnie ramionami. - Ale słyszałem, jak ludzie wołali na niego Bakly.
Abrago wciągnął głęboko powietrze. Bardzo głęboko nawet.
- A nie dał ci czego przypadkiem? Albo nie przykazał powiedzieć? - zapytał po chwili.
- Owszem. Dał mi tę pieczęć. Podobno mam ją oddać prawowitemu właścicielowi. Tylko że ja wcale nie wiem, kim on jest i jak się tam dostać. I do tego nie mam nic, ani pieniędzy, ani jedzenia. Jestem całkiem sam.
O ile do tej pory chłopak wykazywał się niezwykłą wytrzymałością i odwagą, teraz wyraźnie upadł na duchu.
Abrago uniósł do oczu podany mu przez chłopca przedmiot i prawie natychmiast z szacunkiem oddał.
- Myślę, chłopcze, że ty już nigdy więcej sam nie będziesz. No, chyba że sam sobie zażyczysz. Chodź ze mną do domu. Najesz się i wyśpisz, a potem ruszamy w drogę. Książę Dask z pewnością się ucieszy, kiedy dostanie pieczęć z powrotem.
Do szpiku kości
Słońce wreszcie zachodziło. Wiedział o tym i bez otwierania oczu. Nie orientował się, który z preparatów za to odpowiadał, ale w ostatnim czasie umiał rozpoznać poszczególne godziny w nocy. Wstał i choć na poddaszu panował dość nieznośny upał, wstrząsnęły nim dreszcze. Kolejny z nieoczekiwanych efektów ubocznych, na szczęście nie tak groźny, jak te pozostałe. Spojrzał na przedramiona poznaczone niezliczonymi bliznami i otarciami. Od nieustających treningów wciąż przybywało mu nowych. Uzmysłowił sobie, że już dawno nie ćwiczył. Z drugiej strony, dziś go czekało zadanie, które spokojnie wystarczy za trening. Poćwiczyć może zawsze później, na przykład jutro rano.
Rozejrzał się. Jednym z powodów, dla którego wybrał ten nadzwyczaj drogi, stary dom, będący niegdyś szlachecką willą, były bardzo wysokie stropy. Wszystkie pomieszczenia, z korytarzem głównym włącznie, przemienił w serię sal gimnastycznych wypełnionych najróżniejszymi przyrządami do trenowania rozmaitych stylów walki. Chociaż jednak… jeśli cała sekwencja wyjdzie mu idealnie, może to znak, że wszystko skończy się pomyślnie, rozmyślił się po chwili.
Jednym płynnym ruchem zrzucił z siebie jedwabną piżamę, przy czym nie zdołał się oprzeć pokusie, aby przyjrzeć się swoim nogom i ramionom. Były tak umięśnione i żylaste, że aż przerażały jego samego. Wciąż się jeszcze do nich nie przyzwyczaił i pewnie już nie zdoła. Miał przynajmniej nadzieję, że to już kres tak drastycznych zmian. Nadzieja jak nadzieja… Pozostałych po ostatnim właścicielu zwierciadeł pozbył się już dawno. Nie mógł znieść własnego wyglądu. Teraz tego żałował, miał wrażenie, że wyobrażenia musiały być znacznie gorsze niż rzeczywistość. Chociaż kto wie?