Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Nie zerwiesz ich, gdy ci na to nie pozwolę, Rand.
– Dlaczegóż miałabyś mnie powstrzymać, Egwene? Podaj mi choć jeden argument przeciwko ich zerwaniu.
– Wystarczy, jeśli powiem, że przez to wypuścisz Czarnego na świat?
– Nie wydostał się podczas Wojny o Moc – wyjaśnił Rand. – Dotyk jego dłoni ciążył na świecie, ale nawet otwarcie Sztolni nie dało mu wolności. Przynajmniej nie od razu.
– A jaką cenę świat musiał zapłacić za dotknięcie jego ręki? Jaką cenę płaci teraz? Groza, okrucieństwa, zniszczenie. Sam najlepiej wiesz, co się na świecie dzieje. Umarli powstają z grobów, pojawiają się dziwne odkształcenia Wzoru. A przecież są to oznaki jedynie osłabienia pieczęci! Co się stanie, kiedy je całkiem zerwiesz? Światłość jedna wie.
– To jest ryzyko, które trzeba podjąć.
– Nie zgadzam się. Rand, nie wiesz, czym może skutkować uwolnienie go spod mocy pieczęci… Nie wiesz, jak bliski był wydostania się, kiedy Sztolnia była w najmniejszym stopniu chroniona. Krusząc te pieczęcie, możesz zniszczyć świat! Co, jeśli się mylisz, jeśli tym razem sensem całej nadziei jest to, że on nie potrafi się wydostać, przynajmniej nie całkiem?
– Pieczęcie nie wytrzymają, Egwene.
– Nie możesz mieć pewności. Skąd niby?
Wahał się przez moment.
– W życiu jest wiele niepewności.
– A więc przyznajesz, że nie wiesz – oznajmiła. – Cóż, prowadziłam badania, czytałam, słuchałam. Zapoznałeś się z dziełami uczonych zajmujących się tą kwestią, przemyślałeś wyniki, do jakich doszli?
– To są spekulacje Aes Sedai.
– I jedyna wiedza, jakkolwiek niepewna, którą dysponujemy, Rand! Otworzysz więzienie Czarnego i wszystko może być stracone. Musimy postępować uważnie. Po to właśnie został ufundowany Tron Amyrlin, po to w pierwszym rzędzie została stworzona Biała Wieża!
Teraz widziała, że naprawdę nie ma pewności, że się waha. Światłości, myślał nad jej słowami. Może uda się go przekonać?
– Nie podoba mi się to, Egwene – powiedział cicho. – Jeżeli zmierzę się z nim, nie zerwawszy wcześniej pieczęci, będę skazany na następne tymczasowe rozwiązanie. Jakąś improwizację, zapewne gorszą niż poprzednim razem: pieczęcie są stare i słabe, a ich reperowanie to jak nakładanie warstwy gipsu na głębokie szczeliny w murach. Któż może wiedzieć, jak długo tym razem wytrzymają? Może tylko parę wieków, a wtedy czeka nas znów ta sama walka!
– Naprawdę jest aż tak źle? – zapytała Egwene. – Dysponujemy przynajmniej sprawdzonym rozwiązaniem. Ostatnim razem udało ci się zapieczętować Sztolnię. Wiesz, jak to zrobić.
– I znowu skończymy ze skażonym Źródłem?
– Tym razem będziemy wiedzieli, co nam grozi. Nie, nie twierdzę, że to idealne rozwiązanie. Ale, Rand, pomyśl, naprawdę chcesz nas skazać na konsekwencje tak ryzykownego posunięcia? Chcesz zaryzykować los wszelkiego stworzenia? Dlaczego nie obrać prostszej drogi, drogi znanej? Zreperować pieczęcie. Zamknąć więzienie.
– Nie, Egwene. – Rand zaczął się wycofywać. – Światłości! Naprawdę o to ci chodzi? Chcesz, żeby saidin znowu został skażony. Wy, Aes Sedai… nie potraficie znieść idei mężczyzn przenoszących Moc, uważacie, że to podkopuje waszą władzę!
– Randzie al’Thor, na tym poziomie głupoty rozmawiać nie będziemy.
Spojrzał jej w oczy. Otaczający ich władcy ewidentnie zajęci byli sobą, choć przecież w rozmowie Randa z Egwene decydowały się losy świata. Zaczytani w traktacie, pomrukiwali gniewnie. Być może o to właśnie mu chodziło – tekst dokumentu był manewrem odciągającym uwagę od rzeczywistego starcia.
Powoli rysy jego twarzy wygładzały się, gniew znikał. Uniósł dłoń do skroni.
– Światłości, Egwene. Wciąż nieźle ci to wychodzi, jakbyś była tą siostrą, której nigdy nie miałem. Umiesz zamieszać mi w głowie tak, że równocześnie wściekam się na ciebie i kocham cię, nie potrafiąc się w tym wszystkim rozeznać.
– Przynajmniej podaję spójne argumenty – zauważyła. Rozmawiali prawie szeptem, nachyleni ku sobie ponad stołem. Słyszeć ich mogli chyba tylko stojący niedaleko Perrin i Nynaeve, oraz Min, która do nich dołączyła. Gawyn wprawdzie zdążył już wrócić, ale był za daleko. Cadsuane krążyła po wnętrzu namiotu, jednak ani razu nie spojrzała w ich stronę – zbyt demonstracyjnie. Podsłuchiwała.
– Moja argumentacja nie jest próbą manipulacji w głupiej nadziei, że Źródło znowu zostanie skażone – wyjaśniła Egwene. – Wiesz o tym równie dobrze jak ja. Chodzi o ratowanie ludzkości. Nie potrafię uwierzyć, że naprawdę chcesz zaryzykować wszystko, mając po swojej stronie tak nikłe szanse.
– Nikłe szanse? – zdziwił się Rand. – Wybór, przed którym stoimy, to ciemność lub nowy Wiek Legend. Możemy przynieść światu pokój, koniec cierpienia. Z drugiej strony grozi nam nowe Pęknięcie. Światłości, Egwene. Nie mam całkowitej pewności, że potrafię zreperować pieczęcie ani że dam radę stworzyć nowe, jak kiedyś stworzyłem tamte. Poza tym Czarny z pewnością przygotował się na takie rozwiązanie.
– Więc wymyśliłeś coś innego?
– Przecież ci cały czas mówię. Zerwę pieczęcie, żeby na miejsce starych, niedoskonałych zabezpieczeń spróbować czegoś nowego.
– A koszty porażki poniesie cały świat, Rand. – Zastanawiała się przez chwilę. – Poza tym, tu chodzi o coś więcej. Czemu nie chcesz mi powiedzieć?
Rand patrzył przez chwilę na nią niepewnie, a jej się zdało, że widzi przed sobą tego dzieciaka, którego przyłapała, jak wraz z Matem podkradali kawałki ciasta pani Cauthon.
– Mam zamiar go zabić, Egwene.
– Kogo? Moridina?
– Czarnego.
Odruchowo cofnęła się o pół kroku.
– Przepraszam. Co powiedziałeś…?
– Chcę go zabić – powiedział z żarem Rand, nachylając się ku niej. – Mam zamiar skończyć z Czarnym. Nigdy nie zapanuje pokój, dopóty on będzie wciąż z nami, przyczajony gdzieś. Roztrzaskam ściany jego więzienia, a potem wejdę do środka i zmierzymy się w walce. Jeżeli nie uda się inaczej, zbuduję nowe więzienie, ale najpierw muszę podjąć próbę skończenia z nim na dobre. Nie ma innego sposobu, żeby na zawsze ochronić Wzór, Koło, wszystko.
– Światłości, Rand, oszalałeś!
– Tak. To jest część ceny, którą musiałem zapłacić. I dobrze. Tylko człowiek niespełna rozumu mógłby się na coś takiego poważyć.
– Po moim trupie, Rand – odszepnęła. – Nie pozwolę, żebyś nas wszystkich w to wciągnął. Zastanów się. Posłuchaj głosu rozumu. Zaufaj mądrości Białej Wieży, tylko ona tobą właściwie pokieruje!
– Zaznałem już mądrości Białej Wieży, Egwene – odparował. – W skrzyni, bity każdego dnia.
Ich spojrzenia zwarły się ponad stołem. Wokół trwały dyskusje na inne tematy.
– Nie będę miała większych oporów przed podpisaniem tego dokumentu – mówiła Tenobia. – Traktat wydaje się sensowny.
– Ba! – prychnął Gregorin. – Was, Pograniczników, nigdy nie interesowała polityka południa. Chcesz podpisać? Cóż, niech ci będzie. Ze swej strony nie mam zamiaru dopuścić, aby mój kraj został postawiony pod murem.
– Ciekawe – wtrącił Easar. Flegmatycznie kręcił głową, a śnieżnobiały kosmyk włosów kołysał się i podskakiwał leniwie. – Z tego, co wiem, to nie jest twój kraj, Gregorin. Lord Smok jeszcze żyje, a nawet gdyby spotkało go nieszczęście, to Mattin Stepaneos jest pierwszy w kolejce do tronu. Mógł zrezygnować ze swoich roszczeń na rzecz Lorda Smoka, wątpię, aby w ten sam sposób zachował się wobec ciebie.