Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć Światłości
Pamięć Światłości - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć Światłości

Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:

Pamięć Światłości
1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 296
Перейти на страницу:

Podczas tych operacji ani razu nie zgubił kroku. Nawet nie uniósł wzroku na unoszący się nad nim wir materii, drewna i żelaza, choć płótno tańczyło na wietrze niby fantastyczne ryby w głębinach morza. Równocześnie grunt eksplodował niewielkimi, licznymi fontannami ziemi. Niektórzy ze zgromadzonych żołnierzy aż podskoczyli.

„Zaiste, niezły artysta się z niego zrobił” – pomyślała Egwene, kiedy tyczki zręcznie wylądowały w przewidzianych dla nich otworach. Wijące się pasma materiału osiadły na nich, podwiązując się. W ciągu kilku sekund przed oczyma zgromadzonych wyrósł wielki namiot. Na jednym maszcie łopotał sztandar Smoka, na drugim sztandar ze starożytnym godłem Aes Sedai.

Dotarłszy do namiotu, Rand nawet nie zwolnił – płócienne ściany jakby same przez się rozstąpiły się przed nim.

– Każde z was może wziąć ze sobą pięciu ludzi – powiedział, znikając w środku.

– Silviana – zaczęła wymieniać Egwene: – Saerin, Romanda, Lelaine. Kiedy Gawyn wróci, będzie piątym.

Pozostałe Zasiadające Komnaty w milczeniu ścierpiały jej decyzję. Trudno było zakwestionować wybór Strażnika, który miał ją chronić, czy Opiekunki Kronik, w której znajdzie oparcie. Reszta wymienionych cieszyła się zasłużoną sławą najbardziej wpływowych kobiet Wieży, a wraz z Silvianą tworzyły sprawiedliwą równowagę sił między jej wcześniejszymi popleczniczkami z Salidaru oraz lojalistkami z Białej Wieży.

Wszyscy władcy czekali, aż pierwsza wejdzie do środka. Dla wszystkich zrozumiałe było, że w swej istocie jest to potyczka między Randem a Egwene. Albo raczej między Smokiem Odrodzonym a Zasiadającą na Tronie Amyrlin.

Pod namiotem nie było siedzisk, tylko niewielki stół, który jeden z Asha’manów ustawił pośrodku. Wnętrze oświetlone było kulami z saidina, które Rand rozmieścił w kątach. Szybko policzyła je. Trzynaście świetlnych kul.

Rand stał twarzą do wejścia z rękoma za plecami, jak to miał w zwyczaju, ściskając kikut ocalałą dłonią. Min stała obok, rękę trzymała na jego ramieniu.

– Matko – powiedział, skinąwszy jej głową.

„Więc zdecydował się udawać szacunek, tak?”

Egwene odkłoniła się w podobny sposób.

– Lordzie Smoku.

Władcy i ich pięcioosobowe orszaki powoli wypełniali namiot. Tworzyli zgromadzenie, z którego biła osobliwa nieśmiałość, póki do wnętrza nie weszła Elayne i na widok Randa uśmiech natychmiast nie rozjaśnił jej twarzy. Głupia wciąż pozostawała pod jego urokiem, najwyraźniej rozbawiona sytuacją, w której najwięksi tego świata stawili się na jego żądanie. Sukcesy Randa były dla niej powodem do dumy.

„A czy ja przypadkiem nie czuję podobnie?” – zapytała w myślach samą siebie. – „Rand al’Thor, ongiś prosty wiejski chłopak, obiecany jej na męża, a teraz najpotężniejszy człowiek świata? Czy naprawdę nie czuję się dumna z tego, czego dokonał?”

Może trochę.

Odwróciła się w stronę wejścia. Do środka właśnie wkraczali Pogranicznicy – pierwszy szedł król Shienaru Easar – i w ich postawach nie było nawet śladu nieśmiałości. Po nich Domani pod przewodnictwem starszego mężczyzny, którego Egwene nie rozpoznała.

– Alsalam – szepnęła jej nad uchem Silviana, wyraźnie zaskoczona. – Powrócił.

Egwene zmarszczyła brwi. Dlaczego żaden z jej informatorów nie doniósł o tym fakcie? Światłości. Czy Rand wiedział, że Biała Wieża chciała go wziąć pod swoją kuratelę? Egwene o istnieniu całego projektu dowiedziała się dopiero przed paroma dniami, odkrywszy odpowiednie dokumenty w papierach pozostałych po Elaidzie.

Następnie w wejściu pojawiła się Cadsuane, a Rand skinął jej głową w taki sposób, jakby udzielał zgody na niewypowiedzianą prośbę o zezwolenie. Cadsuane była sama i choć formalnie rzecz biorąc, powinna wejść w skład świty Egwene, to najwyraźniej miała specjalne prawa. Cała rzecz uderzyła Egwene jako niepokojący precedens. Następnie Perrin z żoną, którzy zaraz stanęli na uboczu. Perrin zaplótł na piersiach grube niczym konary drzewa ramiona, przy pasie miał swój nowy topór. Znacznie lepiej potrafiła odczytać jego uczucia niż uczucia Randa: przejmował się, ale ufał tamtemu. Potem Nynaeve, z podobnym chyba nastawieniem – żeby sczezła. Szybko podeszła do miejsca, gdzie stali małżonkowie Aybara.

Wodzowie klanów Aielów i Mądre, zbitą gromadą. Randowe: „Każdy może wziąć ze sobą pięciu ludzi” zostało przez nich wyraźnie zinterpretowane jako wszyscy wodzowie klanów i po pięć Mądrych na każdego. Kilka Mądrych, w tym Sorilea i Amys, ruszyło zaraz na tę stronę namiotu, po której stała Egwene.

„Niech je Światłość błogosławi” – pomyślała Egwene, oddychając z ulgą. Rand obrzucił je przelotnym spojrzeniem, na moment jego usta leciutko zacisnęły się. Wyraźnie zaskoczyło go, że nie może liczyć na bezwarunkowe i pełne poparcie Aielów.

Jako jeden z ostatnich do namiotu wszedł król Murandy Roedran, a równocześnie Egwene uderzyło coś niezwykłego. Trzech Asha’manów Randa – Narishma, Flinn, Naeff – natychmiast stanęło za plecami Roedrana. Ci zaś, którzy pozostali przy Randzie, wyglądali niczym koty na widok przechodzącego wilka.

Rand podszedł do znacznie niższego odeń, bardzo tęgiego mężczyzny i spojrzał mu prosto w oczy. Roedran przez chwilę próbował coś wyjąkać, po czym otarł czoło chusteczką. Rand patrzył dalej.

– O co chodzi? – zdołał wreszcie wykrztusić Roedran. – Jak powiadają, jesteś Smokiem Odrodzonym. Osobiście nie wiem, czy zgodziłbym się…

– Milcz – powiedział Rand, unosząc w górę palec.

Roedran zamilkł w pół zdania.

– Żebym sczezł w Światłości – mówił dalej Rand. – Nie jesteś nim, nieprawdaż?

– Kim? – zapytał Roedran.

Rand odwrócił się i gestem dał znać Narishmie i pozostałym dwóm, żeby odstąpili. Z wahaniem zastosowali się do rozkazu.

– Byłem prawie pewien… – wyznał Rand, kręcąc głową. – Gdzie ty jesteś?

– Kto? – zapytał głośno Roedran, ale głos mu się załamał, prawie przechodząc w pisk.

Rand nie zwracał już nań uwagi. Klapy namiotu wreszcie znieruchomiały – wszyscy, którzy mieli być w środku, byli.

– Dobrze – oznajmił Rand. – Jesteśmy tu wszyscy. Dziękuję wam za przybycie.

– Wielkiego wyboru nie mieliśmy – jęknął Gregorin. Towarzyszyła mu piątka illiańskiej szlachty, wszystko członkowie Rady Dziewięciu. – Znalazłszy się między tobą a Białą Wieżą. Żebyśmy sczeźli w Światłości.

– Wszyscy zapewne wiecie – kontynuował Rand – że Kandor już upadł, a Caemlyn zostało zdobyte przez Cień. Niedobitki Malkierczyków rozpaczliwie bronią się na Przełęczy Tarwina. Nadszedł koniec.

– W takim razie czym my się tu zajmujemy, Randzie al’Thor? – zawołał król Arafel, Paitar. Choć mocno już posunięty w latach, z cieniutkim wianuszkiem włosów na łysej czaszce, wciąż wszakże szeroki w barach i onieśmielający posturą. – Skończ wreszcie z tym przedstawieniem i przejdźmy do rzeczy, człowieku! Czeka nas walka.

– Gwarantuję ci, że walka cię nie minie, Paitar – cicho odrzekł Rand. – Wam wszystkim gwarantuję, że będziecie mieli jej po dziurki w nosie i jeszcze więcej. Trzy tysiące lat temu spotkałem się w boju z siłami Czarnego. Dysponowaliśmy wówczas cudami Wieku Legend, ter’angrealami, dzięki którym człowiek mógł unosić się w powietrzu i żadna broń się go nie imała. Towarzyszyli nam Aes Sedai, zdolni do robienia rzeczy, od których kręci się w głowie. I ledwie zwyciężyliśmy. Zastanawialiście się nad tym? Mamy przeciwko sobie Cień, który zasadniczo jest równie silny jak wówczas, Przeklętych, którzy się nie postarzeli. Ale my nie jesteśmy już tymi samymi ludźmi, wiele nam brakuje.

1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 296
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)