Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć Światłości
Pamięć Światłości - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć Światłości

Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:

Pamięć Światłości
1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 296
Перейти на страницу:

Do jakiego stopnia mogła ufać temu człowiekowi, którym stał się Rand? Nie był już tym samym chłopakiem, z którym razem dorastali. Bardziej przypominał tego Randa, którego poznała na Pustkowiu Aiel, tyle że był bardziej pewny siebie. I, najprawdopodobniej, znacznie sprytniejszy. Przynajmniej jeśli wnosić z jego manewrów w Grze Domów.

Żadna ze zmian, które w nim zaszły, raczej nie była czymś okropnym, zakładając, że wciąż da się z nim dyskutować.

„Czy to nie jest przypadkiem sztandar Arad Doman?” – pomyślała zaskoczona. I nie był to po prostu jeden ze sztandarów tamtejszej szlachty. Był to sztandar królewski, z czego należało wnosić, że król we własnej osobie właśnie dotarł na Pole Merrilora. Może Rodel Ituralde został wreszcie intronizowany, a może Rand wybrał kogoś innego? Sztandar powiewał tuż obok sztandaru Davrama Bashere, wuja królowej Saldaei.

– Światłości. – Gawyn podjechał bliżej na swoim wierzchowcu. – Ten sztandar…

– Widzę – odpowiedziała Egwene. – Muszę skonsultować się z Siuan, dowiedzieć, czy doniesiono jej, kto objął tron. A już się bałam, że Domani pójdą do bitwy bez dowódcy.

– Jacy Domani? Ja mówiłem o tym…

Pobiegła spojrzeniem za jego wzrokiem. Zobaczyła nowy oddział, który właśnie w pośpiechu wjeżdżał na Pole pod sztandarem czerwonego byka.

– Murandy – stwierdziła Egwene. – Ciekawe. Wychodzi na to, że Roedran w końcu postanowił dołączyć do reszty świata.

Nowo przybyli Murandianie robili wokół siebie znacznie więcej szumu, niż należało. Ich mundury były faktycznie efektowne: czerwono-żółte tuniki narzucone na kolczugi, mosiężne hełmy z szerokim okapem. Na szerokich czerwonych pasach widniał symbol szarżującego byka. Wyraźnie trzymali się z dala od Andoran, zajmując pozycję za siłami Aielów. Nadjeżdżali z północnego zachodu.

Egwene spojrzała w kierunku obozu Randa. Wciąż ani śladu Smoka Odrodzonego.

– Jedziemy – powiedziała, kierując Sito w stronę nadjeżdżającego oddziału Murandian. Gawyn ruszył za nią, zaś Chubain wraz z dwudziestoma żołnierzami uformował eskortę.

Roedran był korpulentnym mężczyzną, jego ubiór aż kapał od ciężkich czerwieni i złota. Zdawało się jej, że słyszy, jak jego koń jęczy pod ciężarem tych zdobień. Przerzedzone włosy przetykała mocno siwizna, ale przyglądał się jej zaskakująco bystrym wzrokiem. Władza króla Murandy sięgała niewiele dalej niż do granic pojedynczego miasta, Lugardu. Z jej raportów wynikało, że akurat jemu starania o zmianę tego stanu rzeczy wychodziły całkiem nieźle. Dać mu parę lat, a niewykluczone, że będzie się mógł poszczycić normalnym królestwem.

Roedran uniósł ku górze mięsistą dłoń i jego orszak przystanął. Ona też ściągnęła wodze swojego wierzchowca i spokojnie czekała, aż zbliży się do niej, jak wymagał obyczaj. Nie ruszył się z miejsca.

Gawyn cicho zaklął pod nosem. Egwene pozwoliła, by kąciki jej ust wygiął cień uśmiechu. Strażnicy bywali użyteczni – choćby dlatego, że swobodnie wyrażali emocje, na których okazanie Aes Sedai nie mogły sobie pozwolić.

– Tak więc… – zaczął Roedran, mierząc ją wzrokiem. – Jesteś nową Amyrlin. Andoranką.

– Amyrlin nie ma narodowości – odparła chłodno. – Mnie z kolei ciekawi twoja obecność na zgromadzeniu. Czyżby Smok Odrodzony tym razem o tobie nie zapomniał?

– Nie zostałem zaproszony. – Roedran skinął podczaszemu, żeby nalał mu wina. – Sam uznałem, że czas najwyższy, aby Murandy włączyło się w główny tok zdarzeń.

– A przez czyje to bramy przeszły twoje wojska? Nie wierzę, że ważyłeś się przejechać przez Andor.

Roedran zawahał się z odpowiedzią.

– Przybyłeś z południa – ciągnęła Egwene, przyglądając się jego twarzy. – Elayne po ciebie posłała?

– Nie posłała po mnie – odwarknął Roedran. – Przeklęta królowa obiecała mi, że jeśli wesprę jej sprawę, ogłosi proklamację woli, w której oświadczy, iż nie myśli o inwazji na Murandy. – Zawiesił głos. – Poza tym sam byłem ciekaw tego fałszywego Smoka. Cały świat zdaje się od zmysłów odchodzić na jego punkcie.

– Wiesz, jaki jest cel tego spotkania, nieprawdaż? – indagowała go Egwene.

Machnął lekceważąco dłonią.

– Chodzi o to, żeby mu wyperswadować konkwistadorskie zamiary, czy coś w tym stylu.

– Można to i tak ująć. – Egwene nachyliła się w siodle. – Słyszałam, że twoje plany konsolidacji władzy rozwijają się pomyślnie i że Lugard być może już niedługo stanie się realnym ośrodkiem władzy nad Murandy.

– Tak – przyznał Roedran, prostując się nieco w siodle. – To prawda.

Egwene nachyliła się jeszcze bardziej w jego stronę.

– Witamy więc – oznajmiła cicho i uśmiechnęła się. Potem zawróciła Sito i na czele swego orszaku odjechała.

– Egwene – cicho powiedział jadący obok Gawyn – naprawdę to zrobiłaś?

– Zdenerwował się?

Gawyn zerknął przez ramię.

– Nawet bardzo.

– Znakomicie.

Gawyn jechał przez chwilę w milczeniu, potem jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech.

– To było naprawdę paskudne.

– On jest dokładnie tak chamsko niegrzeczny, jak donoszą raporty – stwierdziła Egwene. – Nie zaszkodzi mu pomartwić się kilka nocy, zastanawiając nad sznurkami, za które Biała Wieża rzekomo pociąga w jego królestwie. Jeżeli najdzie mnie szczególnie mściwy nastrój, zadbam, aby natrafił na ślady jakichś spisków. Dobrze, gdzie ten pasterz? Ma czelność domagać się od nas…

Urwała, gdyż ujrzała, jak się zbliża. Odziany w czerwienie i złota Rand szedł pieszo po zbrązowiałej trawie. Obok niego w powietrzu dryfował jakiś ogromny pakunek, podtrzymywany splotami, których nie dane było jej widzieć.

Gdziekolwiek stąpnął, zieleniła się trawa.

Świat przemieniał się stopniowo. W miejscu, gdzie jego stopa dotknęła gruntu, poszycie stepu odzyskiwało naturalne barwy, a potem rozlewało się niczym zielone światło, które wypuszczono na zewnątrz przez odemknięte okiennice. Ludzie odruchowo cofali się przed tym zjawiskiem, konie przestępowały niespokojnie z nogi na nogę. Nie minęło kilka chwil, a już wszyscy zgromadzeni w kręgu wojsk stali na trawie znów zielonej.

Ile czasu minęło od momentu, gdy dane jej było widzieć zwykłą zieloną łąkę? Egwene wypuściła wstrzymywany oddech. Poczuła wreszcie, że coś rozjaśniło ten ponury dzień.

– Zapłaciłabym brzęczącą monetą, żeby się dowiedzieć, jak on to robi – mruknęła cicho.

– Może to jakiś splot? – podpowiedział Gawyn. – Widziałem, jak Aes Sedai kazały rozwijać się kwiatom w środku zimy.

– Nie znam żadnego splotu, który potrafiłby objąć tak ogromny obszar – wyjaśniła Egwene. – Poza tym, to się wydaje takie naturalne. Spróbuj się od kogoś dowiedzieć, jak on to robi. Może któraś z Aes Sedai, co wzięły sobie Asha’manów na Strażników, zdoła odkryć prawdę?

Gawyn skinął głową i rozpłynął się w tłumie.

Rand natomiast postępował przed siebie. Za nim w powietrzu frunął ten tajemniczy pakunek, za eskortę honorową miał wybrany zastęp Aielów, poza tym towarzyszyli mu Asha’mani. Sztuka wojenna Aielów nie przewidywała tworzenia zwartych formacji, więc i teraz szli luźną tyralierą, rozsypującą się w łuk. Nawet żołnierze Randa mieli kłopoty z zachowaniem spokoju w ich obecności. Dla wielu fala brązów i ziemistych szarości oznaczała śmierć. Rand maszerował spokojnie, świadom stojącego przed nim celu. W pewnej chwili wiszący nad nim tobołek zaczął się rozwijać, długie pasy spowijającego go materiału załopotały i splotły się w wietrze wiejącym mu w plecy. Z tobołka wysypały się drewniane tyczki i długie metalowe kołki, które Rand zaraz pochwycił niewidzialnymi dla niej strumieniami Powietrza. Wirowały przez chwilę ponad ziemią.

1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 296
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)