Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Barwny orszak pod dowództwem Mistrzyń Fal i Mistrzów Miecza, dumnych jako królowe i królowie, wylewał się niezwykłym widowiskiem z bram w pobliżu obozu Randa.
„Światłości” – pomyślała Egwene. – „Kiedyż to ostatni raz świat widział takie spotkanie ludów?” Reprezentowane były prawie wszystkie tradycyjnie rozumiane narody, a także Aielowie i Lud Morza, które w tym Wieku stroniły od udziału w światowej polityce. Brakowało tylko przedstawicieli Murandy, Arad Doman i innych ziem znajdujących się pod okupacją Seanchan.
Ostatnie z Zasiadających Komnaty znalazły się już w siodłach i zajmowały swoje miejsca w jej kolumnie. Egwene chętnie znalazła by się na miejscu, ale oczywiście nie mogła tego po sobie okazać – procesja ruszyła dostojnie i powoli. Eskorta żołnierzy Bryne’a maszerowała z rytmicznym tupotem buciorów i uniesionymi ku górze pikami. Na ich białych kaftanach widniał Płomień Tar Valon, ale liczebność oddziału była niewielka, odpowiadająca strukturze potęgi Białej Wieży – inne armie opierały się na sile oręża, Biała Wieża dysponowała czymś znacznie lepszym, a symbolem tego były kobiety jadące pośrodku.
Spotkać się mieli wszyscy w wyznaczonym miejscu, na którym wcześniej Rand zakazał wznoszenia namiotów. Tylu żołnierzy na terenie idealnym do szarży… Lepiej, żeby wszystko poszło dobrze…
Elayne ewidentnie żywiła podobne myśli, ponieważ – jakby starając się stworzyć precedens – zostawiła trzon swych sił w połowie drogi do miejsca spotkania, zabierając ze sobą tylko setkę gwardzistów. Egwene poszła za jej przykładem, później pozostali władcy, którzy na samo miejsce docierali w znacznie szczuplejszych orszakach. Reszta zbrojnych tworzyła powoli wielki pierścień wokół centrum.
Egwene pojawiła się tam spowita w promienie słońca. Trudno było nie zauważyć wielkiego idealnego kręgu w chmurach nad głową. Obecność Randa tworzyła najdziwniejsze efekty w otaczającej rzeczywistości. Niepotrzebny był żaden herold zwiastujący jego przybycie, żaden sztandar. Kiedy był w pobliżu, chmury cofały się i świeciło słońce.
Z drugiej strony wyglądało na to, że na miejscu spotkania jeszcze go nie ma. Egwene podjechała do siedzącej na swoim wierzchowcu Elayne.
– Tak mi przykro – powiedziała nie po raz pierwszy.
Złotowłosa patrzyła przed siebie nieruchomym wzrokiem.
– Miasto jest stracone, ale miasto to nie naród. To spotkanie jest, oczywiście, najważniejsze, pragnę jednak, aby zakończyło się szybko, bo chcę wrócić do Andoru. Gdzie Rand?
– Gra na zwłokę – odparła Egwene. – Zawsze taki był.
– Rozmawiałam z Aviendhą – mówiła Elayne, a gniady koń tańczył pod nią i parskał. – Spędziła z nim ostatnią noc, ale nie dowiedziała się nic o jego zamiarach na dziś.
– Wspominał coś o wymogach, jakie nam postawi – rzekła Egwene, przyglądając się zbierającym orszakom władców. Pierwszy na miejscu był Darlin Sisnera, król Łzy. Mimo że to Randowi zawdzięczał koronę, wiedziała, iż może liczyć na jego poparcie. Jednak główny przedmiot jego troski stanowiło zagrożenie ze strony Seanchan. Był mężczyzną w średnim wieku, z czarną brodą przystrzyżoną w szpic, niezbyt zapewne przystojnym, ale otaczała go aura pewności siebie i samoopanowania. Nie zsiadając z siodła, skłonił się przed Egwene, a ona podsunęła mu pierścień.
Zawahał się, po czym zsiadł z konia i podszedł, pochylając głowę i całując pierścień.
– Niech ci Światłość sprzyja, Matko.
– Cieszę się, że cię tu widzę, Darlin.
– Ja również, pod warunkiem że nasze porozumienie wciąż jest w mocy. Że mogę liczyć na bramy do mej ojczyzny, gdy zaistnieje potrzeba.
– Stanie się, jako pragniesz.
Ukłonił się powtórnie, mierząc spojrzeniem spode łba człowieka nadjeżdżającego z przeciwnej strony. Gregorin, Kasztelan Illian, piastował pozycję pod wieloma względami równorzędną Darlinowej – ale nie do końca. Pierwotnie Rand mianował Darlina Kasztelanem Łzy, jednak wtedy Wysocy Lordowie poprosili o jego intronizację. Gregorin zaś objął stanowisko zwykłego Kasztelana. Widać było, że niedawno mocno schudł, okrągła niegdyś twarz – ze zwyczajową illiańską brodą – powoli zaczynała przypominać czaszkę. Nie czekał, aż Egwene zasugeruje ceremonialny obowiązek, od razu podprowadził konia bliżej i zamaszyście skłonił się nad pierścieniem.
– Cieszę się, że byliście w stanie odsunąć na bok dzielące was różnice i wesprzeć mnie w tej sprawie – oświadczyła Egwene, a jej słowa sprawiły, że na moment przestali na siebie groźnie spozierać.
– Zamiary Lorda Smoka są dość… niepokojące – stwierdził Darlin. – Zgodził się, abym został królem Łzy, ponieważ starczało mi odwagi, żeby sprzeciwić mu się w kilku istotnych kwestiach. Liczę na to, że i teraz będzie w stanie nadstawić ucha na rozsądne argumenty.
Gregorin prychnął:
– Lord Smok jest ucieleśnieniem rozumu. Jeżeli przedstawimy mu dobre racje, z pewnością posłucha.
– Moja Opiekunka chciałaby z wami zamienić słowo – poinformowała ich Egwene. – Proszę, zechciejcie jej wysłuchać. Wasza ewentualna współpraca nie zostanie zapomniana.
Silviana podjechała do nich, a potem razem z Gregorinem usunęła się na stronę. O nic istotnego nie chodziło – Silviana wcielała w życie plan Egwene, który miał uniemożliwić im rzucenie się sobie do gardeł.
Darlin przyglądał się jej badawczo. Chyba wyczuwał, co tu się dzieje, ale nie protestował; spokojnie dosiadł swego konia.
– Martwisz się czymś, królu Darlinie?
– Zastarzałe rywalizacje sięgają głębiej niż dno oceanu, Matko. Momentami zastanawiam się, czy to całe spotkanie nie jest sprawką Czarnego, który chciałby, żebyśmy się tu pozabijali.
– Rozumiem – zgodziła się Egwene. – Niewykluczone, że najlepiej byłoby, gdybyś zdecydowanie oznajmił swoim ludziom… zresztą spodziewam się, że już to uczyniłeś… iż dzisiaj nie ma mowy o żadnych „wypadkach”.
– Mądra sugestia. – Ukłonił się i wycofał.
Obaj opowiedzą się po jej stronie sporu. Ghealdan będzie za Randem, pod warunkiem że potwierdzą się raporty Egwene z dworu królowej Alliandre. Ghealdan nie był potęgą na tyle istotną, żeby musiała się obawiać jego wpływu na negocjacje – gorzej sprawa wyglądała z Pogranicznikami. Z tego, co wiedziała, wszystkie Ziemie Graniczne popierały Randa.
Sztandary łopotały nad głowami żołnierzy właściwych im armii. Wszyscy władcy już przybyli, wyjąwszy królową Ethenielle, która w Kandorze zmagała się z falami uchodźców. Reprezentował ją poważny kontyngent zbrojny, dowodzony przez jej najstarszego syna – Antola. Jego obecność miała świadczyć, iż rezultaty tego spotkania są równie ważne dla racji stanu Kandoru, co walki na granicach.
Kandor. Pierwsza ofiara Ostatniej Bitwy. Z raportów wynikało, że cały kraj stał w ogniu. Czy Andor będzie następny? Dwie Rzeki? „Spokojnie” – upomniała się w myślach.
Niemniej czuła się okropnie rozważając w takiej sytuacji liczenie głosów „za” i „przeciw” – ale cóż począć, to był jej obowiązek. Rand nie mógł osobiście dowodzić Ostatnią Bitwą, choć z pewnością bardzo by tego pragnął. Jego misją będzie spotkanie jeden na jednego z Czarnym; trudno było oczekiwać, że w takiej sytuacji starczy mu przytomności rozumu lub bodaj zwykłego czasu na kierowanie wojskami. Jej zasadniczym celem było nakłonienie tego zgromadzenia do powierzenia Białej Wieży dowództwa sił sprzymierzonych przeciwko Cieniowi. Poza tym nie miała zamiaru zrzec się odpowiedzialności za pieczęcie.