Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
Demony Leningradu [calibre 3.42.0] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]

Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 86
Перейти на страницу:

– Jak myślisz, ile mamy czasu?

– Bo ja wiem? – odparł nieobecnym tonem pułkownik. – Chyba więcej, niż nam się z początku wydawało: Beria nie odważy się sam nas ukarać, bo wtedy musiałby przejąć osobistą odpowiedzialność za śledztwo, a detektyw z niego jak... – Poliakow splunął, nie dokończywszy zdania. – I on o tym świetnie wie, tu jego rzeźnicy mu nie pomogą. Z drugiej strony, jeśli weźmie się za nas towarzysz Stalin, nie będzie żadnych półśrodków, pójdziemy pod ścianę.

– W NKWD jest przecież paru niezłych śledczych...

– Akurat! Już ja o tym coś wiem, nieraz z nimi współpracowałem. Jeśli mają podejrzanych, mogą ich przesłuchać, tak. Ale tu trzeba prowadzić dochodzenie, znaleźć świadków, tworzyć wersje zdarzeń...

Mimo że, moim zdaniem, Poliakow nieco przesadzał, w gruncie rzeczy miał rację: NKWD nie posiadało dobrych dochodzeniowców. Czekiści budzili taki strach, że nie musieli się wysilać, prowadząc śledztwo – ludzie sami kablowali im na przyjaciół, a nawet członków rodziny. W tych nielicznych przypadkach, kiedy bezpieczniacy nie dysponowali donosami, wystarczyło sporządzić listę podejrzanych, eliminując osoby, które nie mogły brać udziału w przestępstwie. Później przychodził czas na przesłuchania, a to enkawudziści umieli jak nikt inny... Tyle że w obecnym śledztwie to nie pomoże, nie da rady wyodrębnić podejrzanych – nie na tym etapie, a i zabójca czy też zabójcy do przeciętnych nie należą. Ktoś, kto rzucił beztrosko wyzwanie czekistom, musi mieć nie tylko jaja jak koła od ciężarówki, ale i dysponować atutem, który pozwoli mu pozostać bezkarnym. Nasza jedyna szansa polega na tym, że sprawcy przecenią swoje możliwości – jak wielu przed nimi. W innym wypadku nasze śledztwo będzie przypominać pogoń za duchami, teoretycznie każdy z mieszkańców Moskwy mógł dokonać tych morderstw. Zabici byli powszechnie znani, a nawet jeśli miałem rację i sprawcy użyli samochodu, ograniczało to liczbę podejrzanych moskwiczan do – bagatela! – jakichś paruset tysięcy. Bo przynajmniej tylu miało dostęp do takiego czy innego wozu. Tak, jeśli nie chwycimy tropu, lepiej mi było zostać w Leningradzie, miałbym większe szanse na przeżycie.

– No, wreszcie – westchnął Poliakow, widząc wychodzącego z budynku lekarza.

Nikonow wyglądał na zmęczonego, podszedł do nas ciężkim krokiem, ruchem głowy odmówił papierosa.

– I jak, doktorze? – zapytałem niecierpliwie.

– Raczej nie zginął na skutek wykrwawienia – odparł, wzruszając ramionami. – Ranę zadano już po śmierci.

– A więc co było...

– Nie mam pojęcia, powiem wam po sekcji, jednak przypuszczam, że trup wpisze się w schemat.

– To znaczy? – Poliakow zmarszczył brwi.

– Na pierwszy rzut oka wygląda, jakby zmarł z upływu krwi. Pewne symptomy wskazują, że mogło być to zadławienie, a...

– ...a później się okaże, że zastrzelono go z łuku! – Milicjant zgrzytnął zębami.

– Coś w tym stylu – potwierdził smętnie Nikonow.

– Komandir. – Za moimi plecami zmaterializował się Kotuszew.

– Gdzie reszta?

– Pietka i Wiera poszli do biblioteki, porucznik Drozd – zaakcentował ironicznie stopień wojskowy przyjaciela – twierdzi, że wpadł na jakiś trop.

– A konkretnie?

– Chyba chodzi o te sentencje, ale nie zdradził mi detali, wiecie, jaki on jest.

Rzeczywiście, wiedziałem. Drozd był maniakalnym perfekcjonistą, nie puści pary z pyska, dopóki nie będzie pewien swego. Poganianie chłopaka nie miało sensu – próbowałem tego wielokrotnie bez żadnych rezultatów. Z drugiej strony nigdy nie zdarzyło mu się fantazjować, Drozd nawet szanse u dziewcząt określał w procentach. Poczułem przypływ optymizmu: jeśli Pietka poinformował, że wpadł na ślad, musiał znaleźć istotną poszlakę.

– Mogę zawiadomić Genkoma, że coś mamy? – upewnił się Poliakow.

– W porządku – zadecydowałem. – Ale zaznacz, że badania trochę potrwają.

Milicjant ze świstem wypuścił powietrze z płuc, rozpiął kołnierzyk koszuli.

– To zdecydowanie najlepsza wiadomość dnia – oznajmił.

– A nieboszczyk Wartanian?

– Jedna świnia więcej, jedna mniej... – wymamrotał Poliakow. – Nie sądzę, żeby ktoś po nim płakał.

Kątem oka dojrzałem rozciągnięte w cynicznym uśmieszku usta Timy Kotuszewa, najwyraźniej chłopak wiedział coś o Wartanianie. No i dobrze, znaczy nie leni mi się współpracownik...

– Zabójcę będą błogosławiły całe pokolenia moskiewskich dziewcząt – zauważył.

– Mładszij lejtenant! – warknąłem.

Też sobie znalazł okazję do żartów! Podsłucha nas jakiś dupek, a tłumaczyć będziemy się na Łubiance. Kto wie czy nie przed towarzyszem Kutiepowem...

– Winowat! – odparł Kotuszew, prężąc się służbiście.

– Obejrzysz miejsce zbrodni, pojedziesz z doktorem na sekcję, wieczorem zdasz mi raport!

– Tak toczno!

– Do roboty! – zarządziłem. – Ja wracam do domu, spróbuję przeanalizować to, co mamy.

Wsiedliśmy z Poliakowem do samochodu – milicjant zaoferował się, że mnie podwiezie – zawarczał silnik. Czułem zapach rozgrzanych murów, pachniała lipa. Ot, drobny prezent od losu, okazja, aby wyrzucić z pamięci widok nagiego, skurczonego ciała z kałużą czarnej krwi między udami. Choćby na jakiś czas, na chwilę.

Natasza łagodnie masowała mi plecy – przed chwilą oboje wyszliśmy z kąpieli. Stopniowo dotyk jej palców stawał się coraz mocniejszy, ruchy bardziej niecierpliwe, naglące. Wreszcie użyła paznokci, zataczając kręgi pomiędzy moimi łopatkami, schodząc w dół kręgosłupa. Przesunąłem dłonią po udzie kobiety, jej skóra była gorąca i gładka niczym jedwab. Jednym ruchem zgarnąłem Nataszę pod siebie, rozchyliła uda, wyszła mi naprzeciw biodrami. Wszedłem w nią gwałtownie, nie tracąc czasu na pieszczoty, pospiesznie, jak to na wojnie. Zacisnęła zęby na mojej dłoni, dyszała ciężko, usiłując powstrzymać krzyk. Obejmowała mnie z całych sił, jakby chciała się we mnie wtopić, zatracić. Kochaliśmy się dziko, po zwierzęcemu, jej ciało poddawało się moim dłoniom i woli. Wiedziałem, że mogę zrobić z dziewczyną wszystko, że odpowie na moją potrzebę, odda mi się na każdych warunkach. Skończyliśmy jednocześnie, niespodziewanie poczułem na dłoni wilgoć: Natasza płakała.

Podniosłem ociężale głowę – miałem wrażenie, jakby była z ołowiu – popatrzyłem na poznaczone śladami moich zębów ramiona kochanki.

– Przepraszam – wymamrotałem skruszony. – Nie czułem, że...

– Nie płaczę z bólu – odpowiedziała.

Stanowczym gestem położyła mi palec na ustach, ucinając dalsze pytania. Leżeliśmy w milczeniu, słysząc tykanie zegara. W tej chwili zwykły blaszany budzik był wysłannikiem największego wroga – czasu. Nieubłaganie mijały sekundy i minuty, niemal słyszałem, jak drobiny wieczności przesypują się między trybami na podobieństwo pustynnego piasku. I znikają w bezdennej otchłani. Bezpowrotnie.

Z korytarza dobiegł nas odgłos powolnych kroków – zapewne ktoś wracał z pracy. Natasza łagodnie wysunęła się z moich ramion, narzuciła szlafrok.

– Herbaty? – spytała.

Przytaknąłem nieartykułowanym mruknięciem, przeszedłem do łazienki. Chciałem doprowadzić się do porządku, lada moment mógł odwiedzić mnie Kotuszew, a kto wie – może i Genkom zechce się ze mną zobaczyć? Jakby co, lepiej, żeby nie czekał zbyt długo...

1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)