Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
- Автор: Przechrzta Adam
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-617-4
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:
Kiedy wróciłem do pokoju, herbata z konfiturami stała już na stole. Natasza przysiadła na krześle w bezwstydnie rozchylonym szlafroku. Popijałem gorący napój, błądząc wzrokiem po ciele kochanki. A było na co popatrzeć. Ech, gdyby nie ta wojna... Sam już nie wiedziałem, co sądzić o Nataszy: mimo że troszczyła się o mnie jak prawdziwa żona, mimo nieudawanej namiętności wyczuwałem w dziewczynie coś dziwnego. Jakąś głęboko ukrytą determinację, może rozpacz. Czyżby żałowała, że zdradziła męża? A może męczył ją nasz dziwny układ, rola kochanki? Nie miałem czasu dociekać, o co chodzi, czekało mnie dochodzenie, gra, w której stawką było życie.
Moje rozmyślania przerwało energiczne pukanie – Kotuszew. Natasza pospiesznie zawiązała szlafrok i pobiegła otworzyć drzwi. Przybyła cała ekipa: obaj chłopcy i panna Turkuł. Żadne z nich nie wydało się zdziwione widokiem mojej sąsiadki w dezabilu, zapewne świetnie wiedzieli, kim jest i co tu robi. Cóż, wojennaja razwiedka...
– Komandir! – wrzasnął Drozd, wywijając jakąś książką. – Tańczcie lezginkę!
Po minie chłopaka domyśliłem się, że ma dobre wiadomości. Cóż było robić – zatańczyłem. Niech wie, że dowódca go docenia. Po dobrej minucie wywijania hołubców chłopak łaskawym gestem zakończył mój program artystyczny.
– Wiedziałem, że gdzieś już słyszałem te przysłowia – powiedział.
– Ja też – odburknąłem. – I co z tego? Przysłowia mają to do siebie, że zna je większość ludzi.
– Nie w tym rzecz, komandir. Oczywiście, że wszyscy czy prawie wszyscy je znają. Klucz tkwi w ich kolejności.
– W kolejności?
– Tutaj – potrząsnął trzymaną w ręku książką – mamy przysłowia narodów Związku Radzieckiego. Ułożono je tematycznie, jeden z rozdziałów zawiera sentencje na temat rozumu. Numer jeden: Nie sztuka nauka, sztuka razum. Numer dwa: Pticam dany krylia, czełowieku razum. Numer trzy: Błażen, kogda wsie strasti u razuma wo własti. Numer cztery... – Pietka spojrzał niepewnie na jedyną osobę spoza naszej grupy.
Natasza uśmiechnęła się domyślnie – prawdziwa żona oficera! – i po cichu wyśliznęła z mieszkania.
– Czwarte w kolejności przysłowie – ponownie podjął temat Drozd – może nam wskazać następny cel mordercy. Bo on zabija osoby, które pasują do tych sentencji. Po kolei.
Wyrwałem mu książkę: Posłowicy i pogoworki narodow Sowietskogo Sojuza. No, no... Ciekawe, dlaczego mordercy wybrali akurat ten zbiorek. Chcieli zakpić z władzy radzieckiej? Bo mogli przecież skorzystać z pozycji zawierającej przysłowia spoza terenu Rosji. Tak czy owak, ujawnili swoją słabość: pychę. Nie spodziewali się, że ktokolwiek będzie w stanie skojarzyć sentencje z konkretną książką. Bogiem a prawdą, gdyby nie Drozd i jego fotograficzna pamięć, mogliby mieć rację...
Zerknąłem na kolejne przysłowie: Biez razuma siła, wsio rawno czto żeliezo gniło. O co tu może chodzić? Bez rozumu siła jest jak zardzewiałe żelazo. Chcą zamordować jakiegoś siłacza?
– Za dwa dni przyjeżdża do Moskwy Konstantinow, wiecie, ten sztangista. Piszą o tym wszystkie gazety. Ma się spotkać z komsomolcami i żołnierzami.
– Myślisz, że spróbują go...
– Nie widzę nikogo, kto bardziej odpowiadałby tej sentencji – odparł pewnym tonem Drozd.
– Trzeba będzie zorganizować mu ochronę – mruknąłem. – Bo jeśli trzasną i jego, skończymy wszyscy w karnym batalionie.
– Nie trzasną – wyszczerzył zęby chłopak. – Obronimy Konstantinowa. I złapiemy mordercę czy też morderców. Zamkniemy sprawę.
– Oby – westchnąłem. – Oby.
– Co robimy, komandir? – odezwał się Kotuszew.
– Na razie nic. Powiedz mi najpierw, co wykazała sekcja?
– Utopili go.
– Co takiego?!
– No przecież mówię: utopili naszego Arnoszta. Miał wodę w płucach.
– Dalej się z nami zabawiają...
– Już niedługo – zapewnił Drozd.
– W porządku – zadecydowałem. – Zabieramy się do roboty: Tima, wybierzesz dwudziestu ludzi, tylko naszych, z wojennoj razwiedki, Pietka, opracujesz schemat ochrony Konstantinowa.
– Tak toczno!
– A ja? – spytała z wyrzutem Wiera. – Pomagałam Drozdowi całe popołudnie!
– Nie mam dla ciebie żadnych zadań, ale w dniu przyjazdu Konstantinowa odwołaj zajęcia i dołącz do nas. Może się na coś przydasz...
Wiera zapiszczała z radości i ucałowała siarczyście chłopaków.
– Tak jest! – zawołała z entuzjazmem.
Dzieciaki, pomyślałem. Normalne dzieciaki...
Nocna lampka oświetlała zawalony książkami stół, wydobywała z mroku wystającą spod kołdry smukłą kobiecą łydkę. Natasza spała. Wiedziałem, że nie miałaby nic przeciwko temu, żebym ją obudził. Tyle że czekały mnie obowiązki. Musiałem wreszcie przetłumaczyć zabraną Doskonałym książkę. Od tego zależało moje zdrowie, być może życie. Niezależnie od tego, co mówił Nikonow, nie sądziłem, by powtarzające się wizje stanowiły efekt przypadku – byłem ofiarą „świętej choroby”. Zauważyłem i inne zmiany: mogłem całymi tygodniami spać po kilka godzin na dobę, nie czując się zmęczony, rzadziej doznawałem głodu i pragnienia, poprawiła mi się pamięć. Jednym z ćwiczeń, jakie powtarzał każdy pracownik wojennoj razwiedki, było zapamiętywanie zestawów liczb. Nigdy nie mogłem wyjść poza sześciocyfrowe, teraz bez problemu potrafiłem zapamiętać dłuższe o dwie cyfry. No i matematyka... Zawsze miałem z nią problemy. A tu nagle z ogromnym zdziwieniem stwierdziłem, że z łatwością potrafię rozwiązywać najtrudniejsze nawet zadania z zakresu topografii czy balistyki. No, tym akurat nie było sensu się martwić, niepokoiły mnie powtarzające się regularnie krwotoki. Czy będą się nasilały? Czy stracę kiedyś przytomność jak za pierwszym razem? Czy nie czeka mnie kolejna, niekoniecznie przyjemna niespodzianka? Pytania, pytania, pytania...
Zdecydowanym ruchem otworzyłem rękopis, skupiłem się na tekście: „W miarę rozwoju świętej choroby via visionis patebit”.
Cholera by wzięła tego dupka poliglotę. Teraz będę musiał sprawdzać co drugie zdanie w słowniku. Taaa... „Odsłoni się droga wizji”. Jasne. Czyli choroba się nasila... Ażeby to chuj strzelił! Mimo wszystko miałem nadzieję, że to teoria Nikonowa okaże się słuszna. No nic, trzeba tłumaczyć dalej. „Wiedz, że tylko krwią i poprzez krew możesz nourrir l’Enfant”. Nourrir – nakarmić. Znaczy: „nakarmić dziecko”, a raczej „Dziecko”. Znowu jakiś mistyczny szyfr. „A korzenie krwi wyrastają z serca. Szukaj serca, memento sanguinem cum sanguine miscere”.
Z ciężkim westchnieniem sięgnąłem po słownik łaciński. „Szukaj serca, pamiętaj, aby mieszać krew z krwią”. No ładnie, tylko w jaki sposób? No nic, idźmy dalej: „Nadejdzie chwila, kiedy będziesz musiał podjąć decyzję, moment, w którym poczujesz l’ardeur intérieure”. Co za „wewnętrzny żar”? Może chodzi o odporność na zimno? Nieodczuwanie chłodu? Jeśli tak, mam jeszcze trochę czasu, nadal czuję zimno, myjąc się lodowatą wodą.
„Etiamsi cades, sanguis alienus salutem tibi afferent”. „Nawet jeśli upadniesz, uratuje cię obca krew”. Świetnie, ale jak? Naprawdę mam zjeść cudze serce na surowo? I co znaczy termin „upadniesz”? „Cherche le coeur”. „Szukaj serca”. Jasne. A potem je zeżryj jak Doskonali w Leningradzie... „Wówczas la bénédiction mûrira”. „Błogosławieństwo dojrzeje”. Dobrze, następne zdanie: „La maladie sacrée osiągnie swój kres”. Maladie sacrée – święta choroba. Coraz lepiej – a na czym polega ów „kres”? Stanę się mrozoodporny? Grając w szachy, będę mógł przewidzieć posunięcia przeciwnika na trzy ruchy naprzód? Umrę, wykrwawiając się pod płotem? Stanę się gotowy do kolejnego sekretnego rytuału, który uczyni ze mnie nadczłowieka? Szkoda, że nie będzie go komu przeprowadzić. Bo do tego potrzeba mistrza. Niestety, nic mi nie wiadomo, aby ktoś taki istniał: Dankell zginął w leningradzkim porcie, a Nadię Elizarownę zastrzeliłem osobiście. Ech, Razumowski, Razumowski, w co ty się wplątałeś?