Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 130
Перейти на страницу:

— Och, chciałbyś coś wiedzieć o tych ślicznotkach? Ukradłem je Varateshowi, nie ma co — powiedział Celt, dumny ze swojego wyczynu, nie tylko dlatego, że udało mu się uciec, ale z samej kradzieży. U Galów, podobnie jak u nomadów, uprowadzanie koni było sportem, właściwie niemal sztuką.

— Varatesh? — Trzech Khamorthów wymówiło to imię jednocześnie. Było to wszystko, co zrozumieli ze słów Viridoviksa. Nawet ich oszołomiony dowódca podniósł głowę, ale opuścił ją z jękiem. Podekscytowani, zasypali Gala pytaniami. Pomachał rękami, dając do zrozumienia, że za nimi nie nadąża.

Nomada, który zsiadł z konia, uciszył krzykiem swoich przyjaciół.

— Ty i Varatesh? — zapytał Viridoviksa z szerokim, sztucznym uśmiechem, po czym powtórzył pytanie, tym razem z groźnym grymasem na twarzy.

— No, bystrzak z ciebie! — wykrzyknął Viridoviks. — Ja i Varatesh — powiedział i wykrzywił twarz w najokropniejszej minie jaką tylko mógł sobie wyobrazić, tnąc powietrze mieczem dla dopełnienia obrazu. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że nomadzi mogli być przyjaciółmi banity. No cóż, było już za późno, a kłamstwo mogło go wpędzić w takie same kłopoty jak prawda.

Ale odpowiedź była prawidłowa. Nomadzi po raz pierwszy się uśmiechnęli. Ten na ziemi podał Viridoviksowi dłoń. Uścisnął ją niepewnie, przekładając miecz do lewej ręki, ale sympatia Khamor-tha nie była udawana.

— Yaramna — przedstawił się, pukając w piersi. Ręką wskazał na swoich kompanów na koniach. — Nerseh, Zamasp, Valash — a potem na swojego szefa — Rambebisht.

— Jakby kichali… — westchnął Viridoviks i podał swoje imię. Potem przyszły mu do głowy dwie rzeczy, jedna po drugiej. Podniósł miecz Rambehishta i oddał go nomadzie. Rambebisht ledwo trzymał się na nogach, nie mówiąc już o okazywaniu wdzięczności, ale jego towarzysze mruknęli coś, doceniając gest Celta.

Potem Gal podszedł do swoich koni i ściągnął spodnie i tunikę z tego, na którym jechał. Mieczem poprzecinał linki łączące zwierzęta i podarował każdemu z nomadów po pół tuzina koni. Wierzchowiec, którego sobie zostawił, należał przedtem do Varatesha — w takich sprawach wierzył opinii wodza banitów.

Nie mógłby znaleźć lepszego prezentu wśród wszystkich bogactw świata. Wszyscy Khamorthci oprócz Rambehishta tłoczyli się wokół Viridoviksa, ściskając mu dłoń, waląc go po plecach i wykrzykując coś w swoim języku. Nawet ich dowódca zdobył się na uśmiech, chociaż wyglądał tak, jakby najmniejsze wykrzywienie twarzy sprawiało mu ból. Viridoviks starał się wybrać dla niego najlepsze zwierzęta, nie chcąc mieć w nim wroga.

Za pomocą gestów i kilku słów, które znał Celt, Yaramna pokazał, że wkrótce będą wracali do namiotów swojego klanu.

— Miałem nadzieję, że właśnie to mi powiesz — odparł Viridoviks. Khamorth zrobił krzywą minę, zniechęcony trudnym procesem porozumiewania się. W końcu wytłumaczył Viridoviksowi, że kilku ludzi z jego klanu znało videssański.

— Zrobimy co się da, to wszystko — wzruszył ramionami Celt. Już postanowił, że nauczy się języka równin.

Roześmiał się nagle. Yaramna i pozostali Khamorthci patrzyli na niego, nic nie rozumiejąc.

— Nie, to nie ma nic wspólnego z wami — powiedział Viridoviks. Nigdy by nie przypuszczał, że nadejdzie kiedyś dzień, kiedy zacznie zachowywać się jak Skaurus.

Ręce Varatesha wciąż były spuchnięte i obrzmiałe, ślady po rzemieniach, którymi związał go Viridoviks, wcięły się głęboko, pokrywając czerwonymi liniami nadgarstki. Gdyby Gal nie przeoczył małego noża, który nosił zawsze w wąziutkiej kieszonce wewnątrz jednego z butów, byłby jeszcze związany. Ale Khuraz przeturlał się przez błoto, żeby go wyciągnąć, a potem pracując plecy w plecy z Varateshem, zdołał przeciąć swoje więzy — nie oszczędzając przy tym własnych nadgarstków i dłoni.

Banita ścisnął obolałe pięści i bez większego powodzenia próbował zignorować pulsujący ból, który rozdzierał mu czaszkę. Nie lubił przegrywać w cokolwiek, a już najmniej z człowiekiem, który powinien być więźniem zdanym na jego łaskę. Nie napawał go też radością ponad tygodniowy marsz, który miał przed sobą on i jego towarzysze, chyba że udałoby im się ukraść konie. Najmniej jednak ze wszystkiego podobała mu się perspektywa rozmowy z Avsharem, któremu będzie musiał wytłumaczyć, jak to tłusta kuropatwa wymknęła się z jego sieci. Nie chodziło tylko o złość czarodzieja, choć i ta mogła być straszna, ale o to, że Avshar będzie go miał za przygłu-pawego barbarzyńcę… Zagryzł wargi z wściekłości i upokorzenia.

Kiedy przeszła już fala czarnego gniewu, znowu był w stanie logicznie myśleć. Sięgnął pod tunikę po magiczny kryształ, który dał mu Avshar. Trzymając go ostrożnie w niezręcznych jeszcze palcach, patrzył jak pomarańczowa mgiełka wypełnia jego wnętrze.

— Wschód — mruknął zaskoczony, gapiąc się na przezroczystą linię. — Dlaczego ten sukinsyn jedzie na wschód? — zastanawiał się, czy coś nie stało się z kryształem, ale doszedł do wniosku, że to nie jego wina. No tak, ale kiedy go pojmali, rudowłosy cudzoziemiec zmierzał na zachód, w towarzystwie Arshaum? Varatesh skubał brodę w zamyśleniu. Nie ufał temu, czego nie rozumiał.

— A kogo to, do cholery, obchodzi gdzie on jedzie? — zapytał Bikni, z ziemi.

— Baba z wozu koniom lżej, ot co — poparł go Akes, który również siedział w błocie. Trzej pozostali przy życiu pomocnicy Yaratesha byli niezdolni do czegokolwiek po uderzeniach, jakie im zaserwował Viridoviks. Ich dowódca wcale nie był w lepszym stanie, ale napędzała go siła woli, podczas gdy om leżeli jak psy, we własnych wymiocinach.

— Avshara będzie to obchodziło — odparł. Pomimo ote pienia, jego towarzysze wzdrygnęli się.

— I mnie — dodał Upewnił się, czy odebrał Khurazowi i nóż i pokazał im go.

— Będziemy musieli cholernie długo iść, żeby dostać się do naszego obozu — zajęczał Bikni.

— Nie mamy jedzenia, nie mamy koni, nie mamy żadnej broni, a ty Varatesh sam wiesz, co wart jest ten twój pieprzony nożyk. Nie za wiele.

— No, to pójdziemy. Dostanę się do domu, nawet jeżeli będę musiał was wszystkich zeżreć po drodze.

Kiedy wyruszył na północ, pozostała trójka, jęcząc, zatacza jąc się i gderając, poszła w jego ślady, tak jak okruchy żelaza ciągnęłyby się za magnesem.

Prevalis, syn Haravasha, podjechał galopem do poselstwa, opuszczając swój posterunek na czele oddziału.

— Coś tam jest z przodu — zawołał młody żołnierz.

— Coś — mruknął Agathios Psoes, przewracając oczami. Podoficer krzyknął:

— To znaczy co?

W tym momencie obaj przeszli na videssańsko-khamorthcki dialekt używany w Prista i Gorgidas przestał ich kompletnie rozumieć. Po tak wielu dniach oglądania pustego stepu, z pojawiającymi się tylko od czasu do czasu stadami bydła, jakikolwiek inny widok sprawiłby mu niemałą przyjemność. Arigh twierdził, że rzeka Shaum, która stanowiła granicę pomiędzy Khamorth i jego Arshaum, była już blisko. Grek nie miał pojęcia, skąd mógł to wiedzieć. Każdy fragment bezkresnego stepu był dokładnie taki sam jak następny.

— O czym oni gadają? — zapytał Goudeles niecierpliwie. Biurokrata ze stolicy nie rozumiał z ich rozmowy więcej niż Gorgidas.

— Przepraszam, panowie — powiedział Psoes, wracając do oficjalnego videssańskiego. — Przed nami widać obóz koczowników, ale coś wydaje się z nim być nie w porządku.

— Gdzie są ich stada? — zapytał Skylitzes. Odwrócił się do Prevalisa. — To miejsce wielu namiotów, gdzie jest? — bez trudu posługiwał się żargonem nomadów i Videssańczyków.

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)