Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 130
Перейти на страницу:

— Tak właśnie, w końcu światło pokona ciemności na zawsze — powiedział Skylitzes. Wszyscy Videssańczycy uczynili znak słońca.

Kiedy poselstwo opuściło już zniszczony obóz, Gorgidas zapytał głośno:

— Skąd nomadzi wiedzą o Skotosie?

— Podły bóg dla podłych ludzi — odpowiedział sentencjonalnie Goudeles. Dla Greka tego rodzaju odpowiedź była więcej niż bezużyteczna. Aż do tego horroru, nomadzi wydawali mu się takimi samymi ludźmi jak wszyscy inni — barbarzyńcami, tak, ale ich natury były mieszaniną dobra i zła. Skotos także nie należał do ich stepu — ani khamorccy żołnierze, ani Arigh nie rozpoznali jego znaku.

Jednak w Yezd, przybywający tam nomadzi odnosili się do złego bóstwa z dzikim entuzjazmem i to w zasadzie też nie było normalne. Zanim zostało podbite przez nomadów, Yezd nazywało się Makuran i było rywalizującym z Videssos imperium — cywilizowanym państwem. Makurani mieli własną religię, czcili swoich ukochanych Czterech Proroków. Skąd w takim razie kult Skotosa, i jakiż może być związek między odległym Yezd a tym obozowiskiem — jak się okazało wciąż za bliskim? Lankinos Skylitzes bez trudu znalazł związek.

— Z Varateshem jest Avshar — powiedział jak do głupkowatego dziecka.

To wyjaśnienie zupełnie go zadowoliło i Gorgidas zaczerwienił się zły, że sam do tego nie doszedł. Ale Yezda, przypomniał sobie Grek, wdzierali się do Makuran już pół wieku temu. Dreszcz przebiegł mu po plecach — co, w takim razie, robił wtedy Avshar?

Valash jechał galopem w kierunku pozostałych jeźdźców, wracając z wyznaczonego mu posterunku. Krzyknął coś w swoim języku. Reszta Khamorthów odkrzyknęła, z radością na swoich brodatych twarzach. Nawet markotny Rambehisht zdobył się na uśmiech, chociaż spojrzenie, jakim obdarzył Viridoviksa, było nieodgadnione.

— Wreszcie obóz, no i najwyższy czas, nie ma co. Teraz już prosto do niego — powiedział Gal.

Przez cztery dni pomagał nomadom pilnować bydła, podczas gdy Zamasp pojechał po innych pasterzy, którzy mieli ich wymienić. Była to okropnie nudna praca. Krowy były głupie i im więcej było ich w jednym miejscu, tym zdawały się stawać głupsze. Mimo to nie był w stanie docenić ulgi, jaką dają czasem bezmyślne zadania — nie, gdy jego życie wciąż pozostawało w rękach nomadów, którzy nie byli jego przyjaciółmi.

Yaramna pojechał blisko do Celta. Nomada siedział na jednym z koni, które dał mu Viridoviks.

— Dobry koń — powiedział, czule klepiąc zwierzę po szyi. Viridoviks znał pierwsze słowo ze sprośnego przekleństwa Khamorthów, a gest nomada wyjaśnił mu drugie.

— Cieszę się, że ci się podoba, naprawdę — odpowiedział, a Yaramna równie szybko domyślił się znaczenia jego słów.

Obóz Khamorthów rozrzucony był po całej równinie. Na mioty i wozy stały tam, gdzie zdecydował się postawić je ich właściciel. Viridoviks parsknął śmiechem.

— Gajusza Filipusa chyba krew by zalała, gdyby mógł zobaczyć tych partaczy. Oj, nie jest to prawidłowy rzymski obóz, oj nie, wcale a wcale. No i bardzo dobrze, wolne i łatwe życie zawsze bardziej mi odpowiadało.

A jednak lata spędzone z legionistami kazały mu się skrzywić z niesmakiem, kiedy zobaczył — i poczuł — kupy śmieci przy każdym namiocie, ludzi sikających gdziekolwiek poczuli taką potrzebę, równie swobodnie jak konie pasące się w obozie. To też nie należało do prawidłowego obozowiska. Celtowie byli czystym ludem, choć może nie tak oddanym porządkowi jak Rzymianie.

Na widok obcego w obozie, a szczególnie tak egzotycznego jak Gal, nomadzi krzyczeli i pokazywali go sobie palcami. Niektórzy przyglądali mu się z daleka, inni tłoczyli się wokół niego. Jakiś szkrab, odważniejszy niż wielu wojowników, odbiegł od ogniska, by dotknąć czubka buta przejeżdżającego obok Gala. Viridoviks, który uwielbiał dzieci, zatrzymał ostrożnie konia.

— Bu! — powiedział. Oczy malucha zrobiły się okrągłe. Odwrócił się i uciekł. Viridoviks roześmiał się znowu, bo spodnie dzieciaka pozbawione były tej części, na której zwykle się siada.

— Ho! To mi dopiero sprytny wynalazek! — wykrzyknął.

Matka szkraba wzięła go na ręce i dała mu klapsa na gołą pupę. O takim zastosowaniu dziurawych spodni Celt nie pomyślał.

— Biedny chrabąszcz — powiedział, słysząc ryki obrażonego dziecka.

Valash zaprowadził swoich towarzyszy i Viridoviksa do okrągłego, kopulastego namiotu, większego i świetniejszego od wszystkich pozostałych. Wilcza skóra zawieszona na kołku przed namiotem, tak jak i dwóch strażników jedzących biały ser obok wejścia, świadczyły o tym, iż należał on do wodza klanu. Zwierzęta i demony, pozwijane w khamorthckim stylu, wyszyte były na zielonej klapie. Podobne motywy pokrywały ściany wozu, który przewoził złożony namiot po stepie. Mniejsze wozy, z bagażami, stały obok niego ustawione w szeregi. Kufry, które w nich ustawiono, świeciły się od łoju, chroniącego je przed deszczem.

Były to bogactwa, którymi cieszyć mógł się tylko wódz, jak zorientował się Gal. Inne namioty były zwykle mniejsze i pokryte cieńszymi materiałami Na tyle lekkie, by mógł je złożyć i rozłożyć tylko jeden człowiek i by jeden koń był w stanie ponieść zarówno płótno i ramy, jak i większość dobytku rodziny nomady. Podczas gdy wódz miał tuziny mniejszych wozów, większości koczowników musiały wystarczyć trzy lub cztery, a czasami żaden. Viridoviks zrewidował nieco swe poglądy — życie na równinach mogło być wolne, ale na pewno nie było łatwe.

Jeden ze strażników wylizał do czysta rogową łyżkę i przyjrzał się grupie Valasha. Wskazał ręką na Viridoviksa i zapytał o coś w języku khamorth. Przez chwilę rozmawiali ze sobą. Viridoviks wyłapał tylko imię „Targjtaus”, które powtórzyło się kilkakrotnie. Jak się domyślał, było to imię wodza. Potem wartownik zaskoczył go, przemawiając łamanym videssańskim:

— Ty czekać. Targitaus, ja powiedzieć mu, ty tutaj.

Kiedy nomada pochylał się już by wejść do namiotu, Viridoviks zawołał za nim:

— Czy twój pan włada językiem Imperium?

— O tak. On jeździć Prista wiele razy handel. Najechać raz, ale wiele czasu minąć.

Strażnik zniknął. Viridoviks westchnął z ulgą; przynajmniej nie będzie musiał porozumiewać się przez tłumacza. Gdyby tłumacz musiał przekładać tak żywą i szybką mowę, jaką posługiwał się Gal, efekt byłby mniej więcej taki, jak krzyczenie pod wodą: jakiś dźwięk wydobywałby się na powierzchnię, ale nie miałby on większego sensu.

Żołnierz wyszedł z namiotu. Powiedział coś do Khamortha, a potem zwrócił się do Viridoviksa:

— Ty teraz wchodzić. Ty zobaczyć Targitaus, ty ukłonić, tak?

— Zgoda — obiecał Celt.

Zsiadł z konia, naśladując nomadów. Drugi strażnik zajął się ich wierzchowcami, podczas gdy pierwszy trzymał w górze klapę namiotu — wejście zwrócone było na zachód, z dala od wiatru. Rozsądnie — zdecydował Viridoviks — ale na samą myśl o tym, by przemierzać step zimą, rudo-złote włosy na jego ramionach podniosły się, jakby był wiewiórką stroszącą futro na złą pogodę.

Pochylił głowę, by zmieścić się w wejściu, które było niskie nawet dla przysadzistych Khamor-thów. Kiedy podniósł ją z powrotem, gwizdnął z podziwu. Legioniści, jak właśnie odkrył, byli nowicjuszami, gdy chodziło o namioty. Ten był tak duży jak cztery rzymskie, szeroki na co najmniej dwanaście kroków. Biała tkanina pokrywała ściany od wewnątrz powodując, że wydawał się jeszcze większy, a to dzięki odbijającemu się od niej światłu ogniska, które paliło się na samym środku, i lampek łojowych ustawionych dokoła całego namiotu. Skórzane torby ułożone wzdłuż północnej krawędzi zawierały jeszcze więcej rzeczy Targitausa. Ludzie należący do jego służby i straży powiesili nad nimi swoje łuki i miecze. Naczynia do gotowania, wrzeciona i inne narzędzia używane przez kobiety, ustawione były wzdłuż południowej ściany. Pomiędzy nimi, naprzeciwko wejścia, znajdowało się wielkie łoże z wełny i pokrytych filcem poduszek. Nawet najmniejszy skrawek przestrzeni nie został zmarnowany, ale namiot wcale nie zdawał się ciasny.

1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)