Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Tak właśnie, w końcu światło pokona ciemności na zawsze — powiedział Skylitzes. Wszyscy Videssańczycy uczynili znak słońca.
Kiedy poselstwo opuściło już zniszczony obóz, Gorgidas zapytał głośno:
— Skąd nomadzi wiedzą o Skotosie?
— Podły bóg dla podłych ludzi — odpowiedział sentencjonalnie Goudeles. Dla Greka tego rodzaju odpowiedź była więcej niż bezużyteczna. Aż do tego horroru, nomadzi wydawali mu się takimi samymi ludźmi jak wszyscy inni — barbarzyńcami, tak, ale ich natury były mieszaniną dobra i zła. Skotos także nie należał do ich stepu — ani khamorccy żołnierze, ani Arigh nie rozpoznali jego znaku.
Jednak w Yezd, przybywający tam nomadzi odnosili się do złego bóstwa z dzikim entuzjazmem i to w zasadzie też nie było normalne. Zanim zostało podbite przez nomadów, Yezd nazywało się Makuran i było rywalizującym z Videssos imperium — cywilizowanym państwem. Makurani mieli własną religię, czcili swoich ukochanych Czterech Proroków. Skąd w takim razie kult Skotosa, i jakiż może być związek między odległym Yezd a tym obozowiskiem — jak się okazało wciąż za bliskim? Lankinos Skylitzes bez trudu znalazł związek.
— Z Varateshem jest Avshar — powiedział jak do głupkowatego dziecka.
To wyjaśnienie zupełnie go zadowoliło i Gorgidas zaczerwienił się zły, że sam do tego nie doszedł. Ale Yezda, przypomniał sobie Grek, wdzierali się do Makuran już pół wieku temu. Dreszcz przebiegł mu po plecach — co, w takim razie, robił wtedy Avshar?
Valash jechał galopem w kierunku pozostałych jeźdźców, wracając z wyznaczonego mu posterunku. Krzyknął coś w swoim języku. Reszta Khamorthów odkrzyknęła, z radością na swoich brodatych twarzach. Nawet markotny Rambehisht zdobył się na uśmiech, chociaż spojrzenie, jakim obdarzył Viridoviksa, było nieodgadnione.
— Wreszcie obóz, no i najwyższy czas, nie ma co. Teraz już prosto do niego — powiedział Gal.
Przez cztery dni pomagał nomadom pilnować bydła, podczas gdy Zamasp pojechał po innych pasterzy, którzy mieli ich wymienić. Była to okropnie nudna praca. Krowy były głupie i im więcej było ich w jednym miejscu, tym zdawały się stawać głupsze. Mimo to nie był w stanie docenić ulgi, jaką dają czasem bezmyślne zadania — nie, gdy jego życie wciąż pozostawało w rękach nomadów, którzy nie byli jego przyjaciółmi.
Yaramna pojechał blisko do Celta. Nomada siedział na jednym z koni, które dał mu Viridoviks.
— Dobry koń — powiedział, czule klepiąc zwierzę po szyi. Viridoviks znał pierwsze słowo ze sprośnego przekleństwa Khamorthów, a gest nomada wyjaśnił mu drugie.
— Cieszę się, że ci się podoba, naprawdę — odpowiedział, a Yaramna równie szybko domyślił się znaczenia jego słów.
Obóz Khamorthów rozrzucony był po całej równinie. Na mioty i wozy stały tam, gdzie zdecydował się postawić je ich właściciel. Viridoviks parsknął śmiechem.
— Gajusza Filipusa chyba krew by zalała, gdyby mógł zobaczyć tych partaczy. Oj, nie jest to prawidłowy rzymski obóz, oj nie, wcale a wcale. No i bardzo dobrze, wolne i łatwe życie zawsze bardziej mi odpowiadało.
A jednak lata spędzone z legionistami kazały mu się skrzywić z niesmakiem, kiedy zobaczył — i poczuł — kupy śmieci przy każdym namiocie, ludzi sikających gdziekolwiek poczuli taką potrzebę, równie swobodnie jak konie pasące się w obozie. To też nie należało do prawidłowego obozowiska. Celtowie byli czystym ludem, choć może nie tak oddanym porządkowi jak Rzymianie.
Na widok obcego w obozie, a szczególnie tak egzotycznego jak Gal, nomadzi krzyczeli i pokazywali go sobie palcami. Niektórzy przyglądali mu się z daleka, inni tłoczyli się wokół niego. Jakiś szkrab, odważniejszy niż wielu wojowników, odbiegł od ogniska, by dotknąć czubka buta przejeżdżającego obok Gala. Viridoviks, który uwielbiał dzieci, zatrzymał ostrożnie konia.
— Bu! — powiedział. Oczy malucha zrobiły się okrągłe. Odwrócił się i uciekł. Viridoviks roześmiał się znowu, bo spodnie dzieciaka pozbawione były tej części, na której zwykle się siada.
— Ho! To mi dopiero sprytny wynalazek! — wykrzyknął.
Matka szkraba wzięła go na ręce i dała mu klapsa na gołą pupę. O takim zastosowaniu dziurawych spodni Celt nie pomyślał.
— Biedny chrabąszcz — powiedział, słysząc ryki obrażonego dziecka.
Valash zaprowadził swoich towarzyszy i Viridoviksa do okrągłego, kopulastego namiotu, większego i świetniejszego od wszystkich pozostałych. Wilcza skóra zawieszona na kołku przed namiotem, tak jak i dwóch strażników jedzących biały ser obok wejścia, świadczyły o tym, iż należał on do wodza klanu. Zwierzęta i demony, pozwijane w khamorthckim stylu, wyszyte były na zielonej klapie. Podobne motywy pokrywały ściany wozu, który przewoził złożony namiot po stepie. Mniejsze wozy, z bagażami, stały obok niego ustawione w szeregi. Kufry, które w nich ustawiono, świeciły się od łoju, chroniącego je przed deszczem.
Były to bogactwa, którymi cieszyć mógł się tylko wódz, jak zorientował się Gal. Inne namioty były zwykle mniejsze i pokryte cieńszymi materiałami Na tyle lekkie, by mógł je złożyć i rozłożyć tylko jeden człowiek i by jeden koń był w stanie ponieść zarówno płótno i ramy, jak i większość dobytku rodziny nomady. Podczas gdy wódz miał tuziny mniejszych wozów, większości koczowników musiały wystarczyć trzy lub cztery, a czasami żaden. Viridoviks zrewidował nieco swe poglądy — życie na równinach mogło być wolne, ale na pewno nie było łatwe.
Jeden ze strażników wylizał do czysta rogową łyżkę i przyjrzał się grupie Valasha. Wskazał ręką na Viridoviksa i zapytał o coś w języku khamorth. Przez chwilę rozmawiali ze sobą. Viridoviks wyłapał tylko imię „Targjtaus”, które powtórzyło się kilkakrotnie. Jak się domyślał, było to imię wodza. Potem wartownik zaskoczył go, przemawiając łamanym videssańskim:
— Ty czekać. Targitaus, ja powiedzieć mu, ty tutaj.
Kiedy nomada pochylał się już by wejść do namiotu, Viridoviks zawołał za nim:
— Czy twój pan włada językiem Imperium?
— O tak. On jeździć Prista wiele razy handel. Najechać raz, ale wiele czasu minąć.
Strażnik zniknął. Viridoviks westchnął z ulgą; przynajmniej nie będzie musiał porozumiewać się przez tłumacza. Gdyby tłumacz musiał przekładać tak żywą i szybką mowę, jaką posługiwał się Gal, efekt byłby mniej więcej taki, jak krzyczenie pod wodą: jakiś dźwięk wydobywałby się na powierzchnię, ale nie miałby on większego sensu.
Żołnierz wyszedł z namiotu. Powiedział coś do Khamortha, a potem zwrócił się do Viridoviksa:
— Ty teraz wchodzić. Ty zobaczyć Targitaus, ty ukłonić, tak?
— Zgoda — obiecał Celt.
Zsiadł z konia, naśladując nomadów. Drugi strażnik zajął się ich wierzchowcami, podczas gdy pierwszy trzymał w górze klapę namiotu — wejście zwrócone było na zachód, z dala od wiatru. Rozsądnie — zdecydował Viridoviks — ale na samą myśl o tym, by przemierzać step zimą, rudo-złote włosy na jego ramionach podniosły się, jakby był wiewiórką stroszącą futro na złą pogodę.
Pochylił głowę, by zmieścić się w wejściu, które było niskie nawet dla przysadzistych Khamor-thów. Kiedy podniósł ją z powrotem, gwizdnął z podziwu. Legioniści, jak właśnie odkrył, byli nowicjuszami, gdy chodziło o namioty. Ten był tak duży jak cztery rzymskie, szeroki na co najmniej dwanaście kroków. Biała tkanina pokrywała ściany od wewnątrz powodując, że wydawał się jeszcze większy, a to dzięki odbijającemu się od niej światłu ogniska, które paliło się na samym środku, i lampek łojowych ustawionych dokoła całego namiotu. Skórzane torby ułożone wzdłuż północnej krawędzi zawierały jeszcze więcej rzeczy Targitausa. Ludzie należący do jego służby i straży powiesili nad nimi swoje łuki i miecze. Naczynia do gotowania, wrzeciona i inne narzędzia używane przez kobiety, ustawione były wzdłuż południowej ściany. Pomiędzy nimi, naprzeciwko wejścia, znajdowało się wielkie łoże z wełny i pokrytych filcem poduszek. Nawet najmniejszy skrawek przestrzeni nie został zmarnowany, ale namiot wcale nie zdawał się ciasny.