Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Zobaczysz je, gdy tylko staniesz na szczycie następnego wzgórza — odparł żołnierz, uśmiechając się i zmieniając styl, tak aby mogli go zrozumieć Goudeles, Arigh i Gorgidas.
Wyraz niezadowolenia, który nigdy nie schodził z twarzy Skylitzesa, pogłębił się jeszcze.
— Tak blisko? Więc gdzie do cholery są ich stada? — rozejrzał się dokoła, jakby spodziewając się, że nagle wyskoczą zza jakiegoś kamienia.
Dokładnie jak powiedział syn Haravasha, obozowisko widoczne było ze szczytu łagodnego wzniesienia, na które wjechali wkrótce posłowie. Przypominając sobie jaskrawe namioty Yezda, które widywał aż za często w Vaspurakan i zachodnim Videssos, Gorgidas spodziewał się równie barwnego widowiska. Nie znalazł go. Obóz zdawał się cichy i posępny. Zbyt cichy — pomyślał Grek. Nawet z tej odległości powinien był także dostrzec dym z ognisk, odcinający się od jasnego nieba i jeźdźców poruszających się między namiotami, którzy wyglądaliby stąd jak ciemne plamki wielkości, co najmniej, muchy.
— Zaraza? — zastanawiał się głośno, przypominając sobie Tukidydesa i opustoszałe Ateny na początku wojny peloponeskiej. Czuł jak przechodzą go dreszcze. Żaden lekarz nie był w stanie uratować kogoś przed zarazą; choć kto wie, czego byli w stanie dokonać kapłani-uzdrowiciele? Goudeles, który powinien był to wiedzieć, powiedział:
— Najstosowniej byłoby, moim zdaniem, objechać to szerokim łukiem i nie ryzykować bez potrzeby. — Z niewiadomego powodu, Gorgidas pocieszony był faktem, że Videssańczyk tak samo bał się choroby jak on.
— Nie — sprzeciwił się Lankinos Skylitzes. Goudeles zaczął protestować, ale oficer przerwał mu. — Zaraza mogła zabić bydło nomadów albo w ogóle go nie dotknąć. Ale nie zmusiłaby go do ucieczki.
— Masz rację, Videssańczyku — powiedział Arigh. — Tylko ludzie uciekają przed zarazą. — Jego skośne oczy patrzyły drwiąco na Goudelesa.
— Jak sobie życzycie — odparł biurokrata, starając się wyglądać tak, jakby go to nie obchodziło — Jeśli gorączka stopi szpik w moich kościach, przynajmniej będę umierał w odważnym towarzystwie.
Wciąż kiepski jeździec, popędził konia, zmuszając go do kłusu i przejechał obok Arigha, kierując się w stronę obozu Z nieco mniejszą niż przed chwilą pewnością siebie, Arshaum ruszył w jego ślady, a za nim cały oddział.
Logika Skylitzesa tylko częściowo uspokoiła Gorgidasa — a co jeśli zaraza spadła na obóz jakiś czas temu, a zwierzęta nomadów oddaliły się w poszukiwaniu nowych pastwisk? Ale kiedy jego towarzysze krzyknęli przestraszeni, gdy trzy lub cztery kruki i wielki sęp wzbiły się w niebo dojrzawszy nadjeżdżających ludzi, Gorgidas z ulgą odchylił się w siodle.
— Od kiedy to ptaki śmierci są dobrym znakiem? — zapytał Psoes.
— Od teraz — odparł Gorgidas. — Bo jeśli są tutaj, to znaczy, że nie ma żadnej zarazy. Padlinożercy albo wystrzegają się zwłok ludzi zmarłych od zarazy, albo jeśli je jedzą, umierają na tę samą chorobę. — Zakładając oczywiście, szeptała bojaźliwa część jego duszy, że Tukidydes się nie mylił.
Ale w miarę jak zbliżali się do obozu, oczywiste stawało się, że to nie żadna zaraza wybiła jego mieszkańców — oprócz zarazy wojny. Wozy były tylko wypatroszonymi, pustymi skorupami. Niektóre kiwały się jakby były pijane — koła poodpadały albo zostały spalone. Ramy namiotów pokryte były resztkami zwęglonego filcu i skóry. Poszarpane strzępy, które nie spaliły się do końca, powiewały na wietrze niczym palce szkieletu. Śmierć rządziła tu już od dłuższego czasu.
Kolejne ptaki podniosły się w powietrze, kiedy posłowie wjechali do wymordowanego obozowiska. Nie było ich wiele, bo najlepsze kąski zostały już dawno zjedzone. Odór śmierci prawie zniknął. Puste oczodoły, które przeglądały się nowo przybyłym jakby oburzone ich wtargnięciem w ten nieruchomy świat, należały do szkieletów, a nie rozkładających się ciał.
Zwłoki mężczyzn i kobiet, dzieci i zwierząt, porozrzucane były wokół namiotów. Tu leżał nomada z resztką miecza w dłoni, reszta o kilka kroków dalej. Złamane ostrze nie warte było rabunku. Topór rozszczepił czaszkę mężczyzny. Obok niego leżało coś, co kiedyś było kobietą. Zwłoki były nagie, nogi szeroko rozłożone. Wystarczająca ilość mięsa przywierała i do kości, by Gorgidas mógł zobaczyć, że poderżnięto jej gardło.
Służąc w legionach, a także później, w Videssos, Grek pamiętał więcej gwałtownych i okrutnych śmierci, niż chciałby pamiętać, ale tu widział całkowite, bezsensowne i rozpustne zniszczenie, dzieło dokonane dla samej przyjemności zabijania i destrukcji. Przenosił wzrok od jednego ze swych kompanów do drugiego. Goudeles, który prawie nie znał wojny, był blady jak ściana i wymiotował, ale nie był osamotniony. Żołnierze Psoesa, Skylitzes, nawet Arigh, któremu zdawało się, że nic nie jest go w stanie poruszyć — wszyscy byli zaszokowani tym, co zobaczyli.
Przez dłuższą chwilę nikt nie był w stanie przemówić, nikt nie odważył się jako pierwszy przerwać zaklętej ciszy przerażenia. W końcu Gorgidas powiedział, nie tyle do pozostałych, ile do siebie:
— Więc tak prowadzi się wojny tu, na równinach.
— Nie! — to był Skylitzes, Agathias Psoes i trzej jego żołnierze, naraz. Ucztujący w pobliżu ptak zakrakał z oburzeniem i odszedł dalej, zbyt ciężki by unieść się w powietrze. Psoes, bardziej wygadany od Skylitzesa, kontynuował:
— To nie wojna, cudzoziemcze. To szaleństwo. — Gorgidas mógł tylko skinąć głową, zupełnie się z tym zgadzając.
— Nawet Yezda nie są gorsi od tego — powiedział Grek, a potem łącząc fakty, dodał: — I oni też przybyli ze stepu…
— To było w Makuran. Teraz Yezda nauczyli się czcić Skotosa — wyjaśnił Psoes, i wszyscy Vi-dessańczycy splunęli odrzucając ciemnego boga. — Koczownicy to poganie, tak, ale to zupełnie przyzwoici ludzie.
Gorgidas słyszał co innego w Videssos, w końcu jednak Psoes był bliżej z Khamorthami niż ludzie mieszkający w samym Imperium. Zastanawiał się, czy ta zażyłość czyniła podoficera bardziej wiarygodnym, czy też mniej. Historia okazywała się równie skomplikowana i niejasna jak medycyna. Krótka chwila zamyślenia została przerwana, kiedy jego bystre oczy dostrzegły znajomy symbol wyryty na dnie rozbitego kufra z drzewa cedrowego. Widywał te trzy równoległe błyskawice aż nazbyt często w ruinach videssańskich miast i klasztorów, by nie rozpoznać teraz znaku Skotosa. Wskazał na niego ręką. Wzrok Psoesa powędrował za jego palcem i oficer podskoczył jak oparzony; on także wiedział, co to znaczy. Ponownie splunął i nakreślił na piersi słoneczne koło Phosa. Skylitzes, Goudeles i videssańscy żołnierze uczynili to samo.
Arigh i Khamorthci nie wiedzieli jednak o co chodzi, zastanawiając się dlaczego ich kompani przejmują się jakimś niezdarnym rysunkiem wśród takiego ogromu zniszczenia.
— Nie pomyślałbym o tym — powiedzieli na tym samym oddechu Skylitzes i Psoes. Skylitzes zsiadł z konia i przykucnął obok sprofanowanego kufra. Pobożny oficer splunął po raz trzeci, tym razem prosto na znak Skotosa. Wyciągnął z paska krzesiwo i hubkę i podpalił małą kupkę wyrwanej trawy. Ogień nie chciał jej objąć, bo wciąż była wilgotna po ostatnim deszczu.
— Renegaci Varatesha. To musieli być oni — powtarzał w kółko Psoes, podczas gdy Skylitzes pocił się nad trawą. Podoficer zdawał się głęboko wstrząśnięty, jakby starając się znaleźć jakiekolwiek wytłumaczenie dla rzezi, która miała tu miejsce. — Renegaci Varatesha.
— No. — Skylitzes uwieńczył swoje starania sukcesem. Przyłożył do ognia jeden z rogów cedrowego pudła. Płomienie zaczęły lizać drewno. Symbol Skotosa zwęglał się, znikał.