Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
Kapitan Jenkins przytaknął.
— To możliwe. Wiele jest morza między nami.
— Czy na pewno wszystkie zbędne ładunki zostały wyrzucone za burtę?
— Tak! Chce pan jeszcze, żebym zgolił brodę?
Nad brzegiem ładowni pojawiła się twarz Marchewy.
— Wszyscy już ułożeni, sir.
— Dobrze.
— Ja też się wyciągnę na parę godzin, sir, jeśli to panu nie przeszkadza.
— Słucham, kapitanie?
— Położę się, sir.
— Ale… ale… — Vimes skinął w stronę ciemniejącego horyzontu. — Przecież ścigamy twoją dziewczynę! Między innymi — dodał.
— Tak, sir.
— Więc czy nie jesteś… To znaczy, jak możesz… chcesz… Kapitanie, chcecie teraz się zdrzemnąć?
— Żeby być wypoczęty, jak ich już dogonimy. Tak jest, sir. Gdybym przez całą noc patrzył tylko i się martwił, byłbym raczej mało użyteczny, kiedy ich złapiemy, sir.
To było rozsądne. Naprawdę rozsądne. Oczywiście, że rozsądne. Marchewa rzeczywiście usiadł i rozsądnie sobie wszystko przemyślał.
— I potrafisz jakoś zasnąć? — zapytał Vimes słabym głosem.
— O tak. Jestem to winien Angui.
— Aha. Cóż… w takim razie dobranoc.
Marchewa zniknął w ładowni.
— Wielkie nieba — szepnął Jenkins. — Czy on jest prawdziwy?
— Tak.
— No bo… czy pan też walnąłby w kimono, gdybyśmy pańską damę gonili na tamtym statku?
Vimes nie odpowiedział.
Jenkins parsknął drwiąco.
— Chociaż gdyby tam była lady Sybil, bardziej by się zanurzał…
— Uważaj, co… co na morzu. Żebyśmy nie wpadli na jakieś piekielne wieloryby albo coś innego — odparł Vimes i przeszedł na ostrzejszy koniec statku.
Marchewa, myślał. Gdyby ktoś go nie znał, toby nie uwierzył…
— Zwalniają, panie Vimes! — zawołał Jenkins.
— Co?
— Wydaje mi się, że zwalniają!
— Dobrze.
— A co chcecie zrobić, jak już ich dogonimy?
— No… — Właściwie to Vimes się nad tym nie zastanawiał. Ale dobrze pamiętał każdy marny drzeworyt, jaki kiedyś oglądał w książce o piratach. — Może przeskoczymy do nich na linach z jataganami w zębach? — zaproponował.
— Naprawdę? — zdziwił się Jenkins. — To dobre. Od lat nie widziałem, żeby ktoś to robił. Szczerze mówiąc, widziałem, jak ktoś to robił, tylko raz.
— Tak?
— Tak. Jakiś młody zobaczył to w książce, więc przeskoczył na wanty drugiego statku z jataganem trzymanym w zębach, tak jak pan mówi.
— I co?
— Napisaliśmy mu na trumnie: Harry Bez Czubka.
— Och…
— Nie wiem, czy oglądał pan kiedy jajko na miękko, kiedy weźmie pan nóż i…
— Dobrze, już rozumiem. A co pan sugeruje?
— Kotwiczki. Nie ma nic lepszego. Rzuca się je na drugi statek, tam się zaczepiają i po prostu ciągnie się je do siebie.
— A ma pan kotwiczki?
— O tak. Widziałem parę nawet dzisiaj.
— Dobrze. W takim razie…
— O ile pamiętam — ciągnął nieubłaganie Jenkins — było to wtedy, kiedy pański sierżant Detrytus wyrzucał towar za burtę i zapytał: „A co zrobić z tymi wygiętymi, hakowatymi rzeczami?”. Ktoś inny, nie pamiętam w tej chwili imienia, odpowiedział mu: „Tylko obciążają statek; rzucaj do wody”.
— Dlaczego pan nic nie mówił?
— Bo jakoś nie miałem ochoty. Tak dobrze wam szło.
— Niech pan mnie nie denerwuje, kapitanie. Bo każę pana zakuć w żelaza.
— Nie, tego pan nie zrobi, i zaraz panu powiem, dlaczego. Po pierwsze dlatego, że kiedy kapitan Marchewa powiedział „Te łańcuchy, sir… Co mam z nimi zrobić?”, pan…
— Niech no pan posłucha…
— …a po drugie, myślę sobie, że w ogóle się pan nie zna na statkach, jakież to smutne… My nie zakuwamy ludzi w żelaza, tylko bierzemy ich w łańcuchy. Wie pan, jak się splata grotabras? Bo ja nie. Całe to johoho nadaje się tylko dla szczurów lądowych, gdybyśmy w ogóle używali takiego określenia jak „szczur lądowy”. Zna pan różnicę między sterburtą a bekburtą? Ja nie znam. Nigdy nawet nie piłem sterburty. I żagle w łopoty!
— Czy nie raczej „żagle w łopot”?
— Byłem chory. — Jenkins zakręcił kołem sterowym. — W dodatku wieje niezły wiatr, a ja i moja załoga wiemy, jakie pociągać sznurki, żeby te duże prostokątne kawałki płótna działały jak należy. Gdyby pańscy ludzie tego spróbowali, szybko by pan odkrył, jak daleko jest do lądu.
— A jak daleko jest do lądu?
— W tym miejscu jakieś trzydzieści sążni.
Światła drugiego statku były wyraźnie bliższe.
— Bingely bingely biip!
— Niech mnie… Czego teraz chcesz? — burknął Vimes.
— Godzina dwudziesta… Eee… Uniknięcie cudem zamachu klatchiańskiego szpiega?
Vimes zesztywniał. Rozejrzał się nerwowo.
— Gdzie?
— Róg Browarnej i Broad-Wayu — odpowiedział śpiewnie demon.
— Przecież mnie tam nie ma!
— No to jaki jest sens spotkania w tamtym miejscu? Po co w ogóle się staram? Mówiłeś, że chcesz wiedzieć, co powinieneś…
— Przecież nikt nie umawia się na spotkanie po to, żeby go zamordowali!
Demon zamilkł na chwilę, po czym zapytał drżącym głosem:
— Uważasz, że powinienem to umieścić na liście twoich zadań do wykonania?
— Znaczy: „Zadanie na dziś: zginąć”? Tak?
— Nie musisz się na mnie złościć tylko dlatego, że nie jesteś we właściwej linii czasowej!
— A to niby co ma znaczyć?
— Aha! Wiedziałem, że nie przeczytałeś instrukcji! Rozdział xvii-2(c) wyraźnie poucza, że trzymanie się własnej rzeczywistości jest bardzo istotne, w przeciwnym razie zasada nieoznaczoności mówi…
— Zapomnij, że pytałem, dobrze?
Vimes spojrzał gniewnie na Jenkinsa, a potem na odległy statek.
— Załatwimy to po mojemu. I nieważne, gdzie, u demona, jesteśmy — rzekł.
Podszedł do ładowni i ściągnął na bok pokrywę włazu.
— Detrytus!
Klatchiańscy marynarze walczyli z żaglem, do wtóru krzyków kapitana.
71-godzinny Ahmed nie krzyczał. Stał tylko z mieczem w dłoni i patrzył.
Podbiegł kapitan. Drżąc ze strachu, pokazał kawałek liny.
— Widzisz, wali? — zawołał. — Ktoś ją przeciął!
— A któż mógłby zrobić coś takiego? — zapytał cicho 71-godzinny Ahmed.
— Nie wiem, ale jeśli go złapię…
— Psy już nas prawie dopadły — przerwał mu Ahmed. — Ty i twoi ludzie musicie pracować szybciej.
— Kto mógł to zrobić? — zastanawiał się kapitan. — Byłeś tutaj, wali, jak mogli… — Jego spojrzenie przebiegło od przeciętej liny do miecza.
— Czy jest coś, co pragnąłbyś jeszcze powiedzieć? — zapytał Ahmed.
Kapitan nie osiągnął swej obecnej pozycji dzięki głupocie. Odwrócił się.
— Wciągać ten żagiel natychmiast, wy parszywe psie syny! — wrzasnął.
— Dobrze — pochwalił go 71-godzinny Ahmed.
Kusza Detrytusa była oryginalnie machiną oblężniczą z trzyosobową załogą. On jednak wyrzucił kołowrót jako zbędną komplikację i napinał ją ręcznie. Zwykle sam widok trolla, odciągającego jednym palcem cięciwę, wystarczał, by nawet zatwardziałych przestępców skłonić do kapitulacji.
Teraz Detrytus spojrzał z powątpiewaniem na dalekie światło.
— Szansa jedna na milion — stwierdził. — Trza bliżej.