Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 87
Перейти на страницу:

Kapitan Jenkins przytaknął.

— To możliwe. Wiele jest morza między nami.

— Czy na pewno wszystkie zbędne ładunki zostały wyrzucone za burtę?

— Tak! Chce pan jeszcze, żebym zgolił brodę?

Nad brzegiem ładowni pojawiła się twarz Marchewy.

— Wszyscy już ułożeni, sir.

— Dobrze.

— Ja też się wyciągnę na parę godzin, sir, jeśli to panu nie przeszkadza.

— Słucham, kapitanie?

— Położę się, sir.

— Ale… ale… — Vimes skinął w stronę ciemniejącego horyzontu. — Przecież ścigamy twoją dziewczynę! Między innymi — dodał.

— Tak, sir.

— Więc czy nie jesteś… To znaczy, jak możesz… chcesz… Kapitanie, chcecie teraz się zdrzemnąć?

— Żeby być wypoczęty, jak ich już dogonimy. Tak jest, sir. Gdybym przez całą noc patrzył tylko i się martwił, byłbym raczej mało użyteczny, kiedy ich złapiemy, sir.

To było rozsądne. Naprawdę rozsądne. Oczywiście, że rozsądne. Marchewa rzeczywiście usiadł i rozsądnie sobie wszystko przemyślał.

— I potrafisz jakoś zasnąć? — zapytał Vimes słabym głosem.

— O tak. Jestem to winien Angui.

— Aha. Cóż… w takim razie dobranoc.

Marchewa zniknął w ładowni.

— Wielkie nieba — szepnął Jenkins. — Czy on jest prawdziwy?

— Tak.

— No bo… czy pan też walnąłby w kimono, gdybyśmy pańską damę gonili na tamtym statku?

Vimes nie odpowiedział.

Jenkins parsknął drwiąco.

— Chociaż gdyby tam była lady Sybil, bardziej by się zanurzał…

— Uważaj, co… co na morzu. Żebyśmy nie wpadli na jakieś piekielne wieloryby albo coś innego — odparł Vimes i przeszedł na ostrzejszy koniec statku.

Marchewa, myślał. Gdyby ktoś go nie znał, toby nie uwierzył…

— Zwalniają, panie Vimes! — zawołał Jenkins.

— Co?

— Wydaje mi się, że zwalniają!

— Dobrze.

— A co chcecie zrobić, jak już ich dogonimy?

— No… — Właściwie to Vimes się nad tym nie zastanawiał. Ale dobrze pamiętał każdy marny drzeworyt, jaki kiedyś oglądał w książce o piratach. — Może przeskoczymy do nich na linach z jataganami w zębach? — zaproponował.

— Naprawdę? — zdziwił się Jenkins. — To dobre. Od lat nie widziałem, żeby ktoś to robił. Szczerze mówiąc, widziałem, jak ktoś to robił, tylko raz.

— Tak?

— Tak. Jakiś młody zobaczył to w książce, więc przeskoczył na wanty drugiego statku z jataganem trzymanym w zębach, tak jak pan mówi.

— I co?

— Napisaliśmy mu na trumnie: Harry Bez Czubka.

— Och…

— Nie wiem, czy oglądał pan kiedy jajko na miękko, kiedy weźmie pan nóż i…

— Dobrze, już rozumiem. A co pan sugeruje?

— Kotwiczki. Nie ma nic lepszego. Rzuca się je na drugi statek, tam się zaczepiają i po prostu ciągnie się je do siebie.

— A ma pan kotwiczki?

— O tak. Widziałem parę nawet dzisiaj.

— Dobrze. W takim razie…

— O ile pamiętam — ciągnął nieubłaganie Jenkins — było to wtedy, kiedy pański sierżant Detrytus wyrzucał towar za burtę i zapytał: „A co zrobić z tymi wygiętymi, hakowatymi rzeczami?”. Ktoś inny, nie pamiętam w tej chwili imienia, odpowiedział mu: „Tylko obciążają statek; rzucaj do wody”.

— Dlaczego pan nic nie mówił?

— Bo jakoś nie miałem ochoty. Tak dobrze wam szło.

— Niech pan mnie nie denerwuje, kapitanie. Bo każę pana zakuć w żelaza.

— Nie, tego pan nie zrobi, i zaraz panu powiem, dlaczego. Po pierwsze dlatego, że kiedy kapitan Marchewa powiedział „Te łańcuchy, sir… Co mam z nimi zrobić?”, pan…

— Niech no pan posłucha…

— …a po drugie, myślę sobie, że w ogóle się pan nie zna na statkach, jakież to smutne… My nie zakuwamy ludzi w żelaza, tylko bierzemy ich w łańcuchy. Wie pan, jak się splata grotabras? Bo ja nie. Całe to johoho nadaje się tylko dla szczurów lądowych, gdybyśmy w ogóle używali takiego określenia jak „szczur lądowy”. Zna pan różnicę między sterburtą a bekburtą? Ja nie znam. Nigdy nawet nie piłem sterburty. I żagle w łopoty!

— Czy nie raczej „żagle w łopot”?

— Byłem chory. — Jenkins zakręcił kołem sterowym. — W dodatku wieje niezły wiatr, a ja i moja załoga wiemy, jakie pociągać sznurki, żeby te duże prostokątne kawałki płótna działały jak należy. Gdyby pańscy ludzie tego spróbowali, szybko by pan odkrył, jak daleko jest do lądu.

— A jak daleko jest do lądu?

— W tym miejscu jakieś trzydzieści sążni.

Światła drugiego statku były wyraźnie bliższe.

— Bingely bingely biip!

— Niech mnie… Czego teraz chcesz? — burknął Vimes.

— Godzina dwudziesta… Eee… Uniknięcie cudem zamachu klatchiańskiego szpiega?

Vimes zesztywniał. Rozejrzał się nerwowo.

— Gdzie?

— Róg Browarnej i Broad-Wayu — odpowiedział śpiewnie demon.

— Przecież mnie tam nie ma!

— No to jaki jest sens spotkania w tamtym miejscu? Po co w ogóle się staram? Mówiłeś, że chcesz wiedzieć, co powinieneś…

— Przecież nikt nie umawia się na spotkanie po to, żeby go zamordowali!

Demon zamilkł na chwilę, po czym zapytał drżącym głosem:

— Uważasz, że powinienem to umieścić na liście twoich zadań do wykonania?

— Znaczy: „Zadanie na dziś: zginąć”? Tak?

— Nie musisz się na mnie złościć tylko dlatego, że nie jesteś we właściwej linii czasowej!

— A to niby co ma znaczyć?

— Aha! Wiedziałem, że nie przeczytałeś instrukcji! Rozdział xvii-2(c) wyraźnie poucza, że trzymanie się własnej rzeczywistości jest bardzo istotne, w przeciwnym razie zasada nieoznaczoności mówi…

— Zapomnij, że pytałem, dobrze?

Vimes spojrzał gniewnie na Jenkinsa, a potem na odległy statek.

— Załatwimy to po mojemu. I nieważne, gdzie, u demona, jesteśmy — rzekł.

Podszedł do ładowni i ściągnął na bok pokrywę włazu.

— Detrytus!

Klatchiańscy marynarze walczyli z żaglem, do wtóru krzyków kapitana.

71-godzinny Ahmed nie krzyczał. Stał tylko z mieczem w dłoni i patrzył.

Podbiegł kapitan. Drżąc ze strachu, pokazał kawałek liny.

— Widzisz, wali? — zawołał. — Ktoś ją przeciął!

— A któż mógłby zrobić coś takiego? — zapytał cicho 71-godzinny Ahmed.

— Nie wiem, ale jeśli go złapię…

— Psy już nas prawie dopadły — przerwał mu Ahmed. — Ty i twoi ludzie musicie pracować szybciej.

— Kto mógł to zrobić? — zastanawiał się kapitan. — Byłeś tutaj, wali, jak mogli… — Jego spojrzenie przebiegło od przeciętej liny do miecza.

— Czy jest coś, co pragnąłbyś jeszcze powiedzieć? — zapytał Ahmed.

Kapitan nie osiągnął swej obecnej pozycji dzięki głupocie. Odwrócił się.

— Wciągać ten żagiel natychmiast, wy parszywe psie syny! — wrzasnął.

— Dobrze — pochwalił go 71-godzinny Ahmed.

Kusza Detrytusa była oryginalnie machiną oblężniczą z trzyosobową załogą. On jednak wyrzucił kołowrót jako zbędną komplikację i napinał ją ręcznie. Zwykle sam widok trolla, odciągającego jednym palcem cięciwę, wystarczał, by nawet zatwardziałych przestępców skłonić do kapitulacji.

Teraz Detrytus spojrzał z powątpiewaniem na dalekie światło.

— Szansa jedna na milion — stwierdził. — Trza bliżej.

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)