Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]

Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:

Kolejna książka o Świecie Dysku. Magowie z tajnego uniwersytetu w Ankh-Morpork słyną z mądrości, talentów magicznych i zamiłowania do popołudniowej herbatki. Z całą pewnością jednak nie ceni się ich jako sportowców. Lord Vetinari, lokalny tyran, sugeruje rektorowi, że uniwersytet powinien przywrócić popularną niegdyś tradycję footballową i skomponować drużynę składającą się z kadry akademickiej i studentów. Profesorowie mają twardy orzech do zgryzienia. Muszą ustalić, dlaczego ich rodacy — niezależnie od wieku i statusu społecznego — przepadają za footballem. Muszą nauczyć się w niego grać. A następnie muszą wygrać mecz, nie korzystając z magii…
1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 106
Перейти на страницу:
* * *

Ridcully skręcił za róg i tam, tuż przed nim, stał… Myśli wirowały w głowie, gdy szukał odpowiedniego trybu zwracania się do przybysza. „Nadrektor” nie wchodził w grę, „dziekan” byłby nazbyt oczywiście obraźliwy, „Dwa Krzesła” to samo, ale bardziej, a „niewdzięczny, zdradziecki, oślizły drań” było za długie. Jak ten drań miał na imię, u demona? Wielkie nieba, przecież przyjaźnili się od swych pierwszych dni na NU…

— Henry! — wykrzyknął. — Co za przyjemna niespodzianka! Co cię sprowadza do naszej nędznej i smutnie przestarzałej uczelni?

— Daj spokój, Mustrumie. Kiedy wyjeżdżałem, chłopcy przesuwali granice wiedzy. Jak rozumiem, od tego czasu panuje spokój. A przy okazji, to jest profesor Rzepiszcz.

Spoza samozwańczego nadrektora Miedziczoła — niczym satelita wypływający z cienia gazowego olbrzyma — wyłonił się skrępowany młody człowiek, który od razu skojarzył się Ridcully’emu z Myślakiem Stibbonsem, choć za żadne skarby nie potrafił zrozumieć dlaczego. Może to wygląd człowieka, który bez przerwy przelicza coś w głowie, i to nie tylko zwyczajne sumy, ale też te dziwaczne, z literami.

— Och, wiesz, jak to jest z granicami — wymamrotał Ridcully. — Patrzysz, co leży po drugiej stronie, i myślisz: Dlaczego w ogóle ta granica była akurat tutaj? Witaj, Rzepiszcz. Twoja twarz wydaje się znajoma.

— Kiedyś tu pracowałem — wyjaśnił zażenowany Rzepiszcz.

— A tak, pamiętam. Instytut Magii Wysokich Energii, prawda?

— Zdolny chłopak z tego naszego Adriana — stwierdził z satysfakcją były dziekan. — Teraz mamy już własny budynek Magii Wysokich Energii. Nazywamy go budynkiem Magii Wyższych Energii, ale podkreślam, że tylko w celu uniknięcia zamieszania. Nie miał to być przejaw lekceważenia starego dobrego NU. Przejmuj, adaptuj, udoskonalaj, to moja dewiza.

Jeśli ją zaadaptowałeś, to teraz brzmi: łap, kopiuj i udawaj niewiniątko, pomyślał Ridcully, lecz ostrożnie. Magowie nigdy nie kłócili się publicznie, gdyż zniszczenia mogły być straszliwe. Nie, rządziła uprzejmość, ale z zaostrzonymi krawędziami.

— Wątpię, czy wynikłoby zamieszanie, Henry. Przecież to my jesteśmy starszą uczelnią. I oczywiście jestem jedynym nadrektorem w tych okolicach.

— Co wynika jedynie z praktyki i obyczaju, Mustrumie. Ale czasy się zmieniają.

— A przynajmniej są zmieniane. Lecz to ja noszę nadrektorski kapelusz, Henry, tak jak moi poprzednicy przez wieki. Kapelusz, Henry, oznaczający najwyższą władzę w sprawach ludzi mądrych, chytrych i sprytnych. Kapelusz, który właśnie mam na głowie.

— Wiesz przecież, że wcale nie — odparł uprzejmie Henry. — Masz na głowie swój codzienny kapelusz, który sam zrobiłeś.

— Ale miałbym go na głowie, gdybym tylko zechciał!

Uśmiech Henry’ego trochę stężał.

— Oczywiście, Mustrumie, ale władza kapelusza często była negowana.

— Niemal poprawnie, drogi kolego. W przeszłości sporna bywała własność kapelusza, ale sam kapelusz nigdy. Otóż zauważam, że ty sam nosisz wyjątkowo krzykliwy kapelusz, którego wspaniałość daleko wykracza poza ramy subtelności, ale to przecież tylko kapelusz, staruszku. Tylko kapelusz. Oczywiście nie chciałbym cię urazić i jestem przekonany, że za jakiś tysiąc lat nabierze wagi mądrości i godności. Widzę, że zostawiłeś na nie dużo miejsca.

Rzepiszcz postanowił natychmiast pobiec do toalety, więc mrucząc jakieś przeprosiny, przecisnął się obok Ridcully’ego i oddalił pospiesznie. Co dziwne, nagły brak publiczności raczej zmniejszył napięcie, niż je zwiększył.

Henry wyjął z kieszeni płaskie pudełko.

— Papierosa? Wiem, że sam je zwijasz, ale Verdant Scour robią je specjalnie dla mnie i są całkiem niezłe.

Ridcully wziął jednego, ponieważ mag — jakkolwiek wyniosły — chyba tylko w trumnie odmówiłby darmowego papierosa albo drinka. Bardzo się jednak starał, by nie zauważyć słów „Wybór Nadrektora” wypisanych krzykliwie na pudełku.

Kiedy oddawał paczkę, na podłogę wypadło z niej coś małego i kolorowego. Henry — ze zwinnością zaskakującą u maga położonego daleko w głównym ciągu opisywanym przez tak zwany diagram Owlspringa-Tipsa[14] — schylił się szybko i porwał to z podłogi, mrucząc przy tym, że nie chce, by się ubrudziło.

— Mógłbyś jeść z tych podłóg — oświadczył surowo Ridcully. I pewnie byś jadł, dodał w myślach.

— Tylko że kolekcjonerzy strasznie się denerwują, jeśli trafi na nie choćby drobinka kurzu, a ja swoje oddaję synkowi kamerdynera — ciągnął swobodnie Henry. Odwrócił kartonik i zmarszczył brwi. — „Słynni magowie naszych dni, nr 9 z 50: dr Able Baker, BC (Hons), Fdl, Kp, PdF (Escrow), dyrektor Studium Blitu, Miedziczoło”. Jestem pewien, że jego już ma. — Wrzucił obrazek do kieszonki kamizelki. — Nie szkodzi, przyda się na wymianę.

Ridcully potrafił całkiem szybko ocenić sytuację, zwłaszcza rozgrzewany tłumionym ogniem gniewu.

— Wizla, producenci tytoniu, tabaki i bibułek — stwierdził. — Z Pseudopolis. Hmm… Niezły pomysł. Kto na liście jest z NU?

— Ehm… no cóż… Muszę przyznać, że Rada i mieszkańcy Pseudopolis są raczej patriotyczni w swych opiniach o…

— Wydaje mi się, że to określenie brzmi „prowincjonalni”, nie sądzisz?

— Ostre słowa, biorąc pod uwagę, że Ankh-Morpork jest najbardziej zarozumiałym, pewnym siebie miastem na świecie.

Była to absolutnie oczywista prawda, więc Ridcully zdecydował, że tego nie słyszał.

— Ty też jesteś na takiej karcie? — burknął.

— Obawiam się, że nalegali. Rozumiesz, stamtąd pochodzę. Miejscowy chłopak i takie tam…

— I nikt z NU?

— Formalnie nie, ale jest profesor Rzepiszcz jako wynalazca PEX-a.

Gdy Henry mówił, wstyd i bezczelność walczyły o miejsce w tym zdaniu.

— PEX? — powtórzył wolno Ridcully. — Chodzi ci o HEX-a?

— Ależ nie, jest zupełnie inny niż HEX. Absolutnie. Całkiem inna zasada działania. — Henry zakaszlał. — Pracuje na kurach. To one wyzwalają rezonator morficzny, czy jak to się tam nazywa. Wasz HEX, o ile pamiętam, wykorzystuje mrówki, o wiele mniej wydajne.

— A to czemu?

— My dostajemy też jajka, które możemy zjadać.

— Nie wygląda mi to na tak wielką różnicę.

— Nie, daj spokój. Przecież kury są setki razy większe! No i PEX stoi w specjalnie zbudowanym pomieszczeniu, a nie jest rozrzucony przypadkowo po całej uczelni. Profesor Rzepiszcz wie, co robi, a nawet ty, Mustrumie, musisz przyznać, że rzeka postępu zasilana jest z tysiąca źródeł!

— Ale nie wszystkie tryskają w tym przeklętym Miedziczole!

Gniewnie patrzyli na siebie nawzajem. Profesor Rzepiszcz wyjrzał zza rogu i cofnął się natychmiast.

— Gdybyśmy byli takimi ludźmi jak nasi ojcowie, w tej chwili ciskalibyśmy już kulami ognia — oświadczył Henry.

— Rozumiem sens tej uwagi — zapewnił Ridcully. — Choć muszę przypomnieć, że nasi ojcowie nie byli magami.

— To prawda, oczywiście — zgodził się Henry. — Twój ojciec, jak sobie przypominam, był rzeźnikiem.

— Fakt. A twój posiadał rozległe pola kapuściane.

Przez chwilę trwała cisza. Potem odezwał się były dziekan.

— Pamiętasz ten dzień, kiedy obaj zjawiliśmy się na NU?

— Walczyliśmy jak tygrysy, o ile sobie przypominam.

— Piękne czasy, kiedy się je wspomina…

вернуться

14

Diagram został opracowany, by przedstawić tendencje rozwoju magów, którzy zaczynają jako osobnicy niewielcy i bladzi, rozwijają się w swej sztuce i cały czas stają się więksi, cholerycznie przy tym czerwieniejąc, by w końcu nabrzmiewać i eksplodować w obłoku pompatyczności.

1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 106
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)