Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]

Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:

Kolejna książka o Świecie Dysku. Magowie z tajnego uniwersytetu w Ankh-Morpork słyną z mądrości, talentów magicznych i zamiłowania do popołudniowej herbatki. Z całą pewnością jednak nie ceni się ich jako sportowców. Lord Vetinari, lokalny tyran, sugeruje rektorowi, że uniwersytet powinien przywrócić popularną niegdyś tradycję footballową i skomponować drużynę składającą się z kadry akademickiej i studentów. Profesorowie mają twardy orzech do zgryzienia. Muszą ustalić, dlaczego ich rodacy — niezależnie od wieku i statusu społecznego — przepadają za footballem. Muszą nauczyć się w niego grać. A następnie muszą wygrać mecz, nie korzystając z magii…
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 106
Перейти на страницу:

Jakiś inny dźwięk synkopował z wirtuozowską aranżacją madame. Pewnie ten właśnie dźwięk go obudził. Macając ręką, zlokalizował swoje kalesony i w zaledwie trzeciej próbie zdołał je włożyć odpowiednią stroną w górę i odpowiednią stroną do przodu. Były trochę zimne — to stały problem mikrokolczugi, która w końcu jest metalem. Z drugiej strony nie obcierała i nigdy nie wymagała prania. Pięć minut w ogniu gwarantowało najwyższy poziom higieny. Poza tym wersja kalesonów Pepe skrywała własną niespodziankę.

Czując więc, że gotów jest na spotkanie ze światem, a przynajmniej tą jego częścią, która chciała widzieć tylko górną połowę Pepe, poczłapał, uderzając stopami w meble, do drzwi sklepu. Po drodze sprawdzał każdą butelkę, szukając śladów płynnej zawartości. Zadziwiające, ale przetrwała wypełniona w pięćdziesięciu procentach flaszka porto. Gdy huczy sztorm, każdy port jest przyjazny, pomyślał, wypijając swoje śniadanie.

Drzwi dygotały. Było w nich zamykane na zasuwkę niewielkie okienko, dzięki któremu personel mógł zdecydować, czy wpuścić do wnętrza potencjalnego klienta. To dlatego, że kiedy jest się tak eleganckim salonem mody jak Shwatta, nie sprzedaje się towaru każdemu.

Pary oczu zygzakowały w polu widzenia, gdy ludzie tłoczyli się po drugiej stronie i walczyli o jego uwagę.

— Przyszliśmy zobaczyć Jewels — oznajmił ktoś.

— Odpoczywa — odparł Pepe. To zawsze dobrze brzmiało, a mogło oznaczać cokolwiek.

— Widzieliście obrazek w „Pulsie”? — zapytał głos. I dodał: — Niech pan spojrzy.

I przed drzwiami ktoś uniósł wizję Juliet. A niech to! — pomyślał Pepe.

— Miała bardzo ciężki dzień — wyjaśnił.

— Społeczeństwo chce się wszystkiego o niej dowiedzieć — oznajmił surowo głos.

A inny, kobiecy i mniej agresywny, dodał:

— Wydaje się dość niezwykła.

— To prawda, to prawda — przyznał Pepe, myśląc gorączkowo. — Ale wysoko ceni swoją prywatność i jest trochę artystyczna, jeśli wiecie, o co mi chodzi.

— Chciałem złożyć duże zamówienie — poinformował kolejny głos, a jego właściciel przecisnął się do miejsca przed drzwiami.

— Och, ale przecież nie musimy jej z tego powodu budzić. Jedną chwileczkę, nim wrócimy do tej rozmowy.

Jeszcze raz porządnie łyknął porto. Potem odwrócił się i zobaczył madame w nocnej koszuli, pod którą zmieściłby się cały pluton, o ile tylko żołnierze byliby bardzo przyjaźnie do siebie nastawieni. Zbliżała się do niego z kieliszkiem w jednej ręce i butelką szampana w drugiej.

— Zupełnie wywietrzał — powiedziała.

— Pójdę poszukać jakiegoś nieotwartego — odparł i szybko wyrwał jej butelkę. — Mamy pod drzwiami ludzi z azet i klientów, a wszyscy chcą zobaczyć Julę. Pamiętasz, gdzie ona mieszka?

— Jestem pewna, że mi mówiła — stwierdziła madame. — Ale mam wrażenie, że bardzo dawno temu. Ta druga, chyba Glenda, pracuje jako kucharka w jakiejś dużej instytucji w mieście. A właściwie czemu chcą ją widzieć?

— W „Pulsie” dali jej cudowny obrazek — wyjaśnił Pepe. — Mówiłaś, że myślisz, że będziemy bogaci, pamiętasz? Chyba nie myślałaś w odpowiednio dużej skali.

— Co proponujesz, skarbie?

— Ja? Przyjąć zamówienie, bo to dobry interes, a reszcie powiedzieć, że Jula spotka się z nimi później.

— Uważasz, że na to pójdą?

— Będą musieli, bo nie mamy pojęcia, gdzie jej szukać. Ona jest jak milion dolarów chodzący sobie gdzieś po mieście.

* * *

Rhys, dolny król krasnoludów, z uwagą przyglądał się obrazkowi ślicznej dziewczyny. Ostrość była całkiem niezła — technika przekładania sygnału semaforowego na czarnobiałe obrazki bardzo się ostatnio poprawiła. Jego ludzie w Ankh-Morpork musieli uznać ten przekaz za dostatecznie ważny, by usprawiedliwiał koszt wymaganego pasma. Z pewnością podobał się wielu innym krasnoludom, jednakże doświadczenie nauczyło dolnego króla, że zawsze gdzieś można znaleźć kogoś, kto będzie protestował przeciwko wszystkiemu. Spojrzał na stojących przed nim gragów. Wszystko jest proste dla takich osób jak lord Vetinari. On ma do czynienia jedynie z religiami. My nie mamy religii. Bycie krasnoludem samo w sobie jest religią, w której żadnych dwóch kapłanów się ze sobą nie zgadza, a czasami można odnieść wrażenie, że każdy krasnolud jest kapłanem.

— Nie widzę tu nic, co mogłoby wzbudzić mój niepokój — oświadczył.

— Uważamy, że ta broda jest fałszywa — stwierdził jeden z gragów.

— Absolutnie akceptowalna — odparł król. — W żadnym precedensie nie występuje nic takiego, co sugerowałoby zakaz używania fałszywych bród. Są wielkim dobrodziejstwem dla tych, którym trudno zapuścić własne.

— Ale ona wygląda… no… kusząco — rzekł jeden z pozostałych gragów. Byli nierozróżnialni pod wysokimi, szpiczastymi kapturami.

— Rzeczywiście atrakcyjnie — zgodził się król. — Panowie, czy to jeszcze długo potrwa?

— Trzeba to powstrzymać! To nie jest krasnoludzie!

— Ależ najwyraźniej jest, nieprawdaż… Mikrokolczuga to w stu procentach kolczuga, a mało jest rzeczy bardziej krasnoludzich. Ona się uśmiecha, a choć przyznaję, że krasnoludy dość rzadko się uśmiechają, a już zwłaszcza kiedy stają przede mną, jednak uważam, że zyskalibyśmy, biorąc z niej przykład.

— To wyraźna obraza moralności!

— Jak? Gdzie? Mam wrażenie, że tylko w waszych głowach.

— A zatem — odezwał się najwyższy z gragów — nie zamierzasz nic robić, panie?

Król zastanawiał się przez chwilę, wpatrzony w strop.

— Nie, zamierzam coś zrobić — oświadczył. — Przede wszystkim postaram się, by moi wysłannicy sprawdzili, ile zamówień na mikrokolczugi napłynęło dzisiaj z Bzyku. Wierzę, że Shwatta bez oporów pokaże im księgi, zwłaszcza że chcę zapewnić madame Sharn, iż może wrócić i tutaj otworzyć swój salon.

— Zrobi pan to? — Któryś grag nie dowierzał.

— Tak, oczywiście. Już prawie domknęliśmy traktat Doliny Koom, pokój z trollami, na który nikt z nas nie liczył za swego życia. I mam już dość, panowie, waszych jęków, skarg i nieskończonych, naprawdę nieskończonych prób powrotu do bitew, które już przegraliście. Jeśli o mnie chodzi, ta młoda dama pokazuje nam lepszą przyszłość, a teraz, jeśli w ciągu dziesięciu sekund nie puścicie mojego gabinetu, każę wam płacić czynsz.

— Będą jeszcze kłopoty z tego powodu.

— Zawsze są jakieś kłopoty, panowie. Ale tym razem to ja narobię ich wam.

Kiedy trzasnęły za nimi drzwi, król usiadł wygodniej w fotelu.

— Brawo, panie — pochwalił go sekretarz.

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 106
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)