Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— Czy mogę także prosić o bardzo niewielki budżet?
— Po co?
— Z całym szacunkiem dla trudnej sytuacji uniwersyteckich finansów, uważam, że to konieczne.
— Do czego?
— Chciałbym zabrać drużynę do baletu.
— To śmieszne — burknął Myślak.
— Nie, proszę pana. To niezwykle istotne.
Następnego dnia w „Pulsie” znalazł się artykuł o tajemniczym zniknięciu wspaniałej Jewels, co wywołało uśmiech Glendy. Oni chyba nie czytali bajek, myślała, wychodząc z domu. Jeśli chce się znaleźć piękność, trzeba jej szukać wśród popiołu. A że Glenda była Glendą i Glendą miała nieodwracalnie pozostać do głębi, dodała też: choć piece w nocnej kuchni są przez cały czas utrzymywane w skrupulatnej czystości, a wszelki popiół usuwany natychmiast.
Ku jej zaskoczeniu Juliet stanęła w progu niemal w tej samej chwili i wyglądała na prawie obudzoną…
— Myślisz, że pozwolą mi pracować przy bankiecie? — zapytała, gdy czekały na omnibus.
Teoretycznie tak, pomyślała Glenda, ale prawdopodobnie nie, bo przecież była dziewczyną z nocnej kuchni. Chociaż to Juliet, jednak przez panią Whitlow jest naznaczona jako nocnokuchenna.
— Pójdziesz na bankiet, Juliet — oświadczyła. — I ja też.
— Ale pani Whitlow chyba się to nie spodoba…
Coś nadal wrzało wewnątrz Glendy. Zaczęło w Shwatcie, trwało cały wczorajszy dzień, a trochę pozostało jeszcze dzisiaj.
— Nic mnie to nie obchodzi — stwierdziła.
Juliet zachichotała i rozejrzała się, sprawdzając, czy pani Whitlow nie ukrywa się gdzieś niedaleko przystanku.
I naprawdę mnie nie obchodzi, myślała Glenda. Nie obchodzi mnie.
To było jak dobywanie miecza.
Gabinet Myślaka zawsze zadziwiał Mustruma Ridcully’ego. Na miłość bogów, ten człowiek używał szafek na dokumenty! Ridcully pracował według zasady, że jeśli człowiek o czymś nie pamięta, to znaczy, że nie było ważne; technikę przechowywania dokumentów w stosach na podłodze rozwinął do poziomu sztuki.
Myślak uniósł głowę.
— Dzień dobry, nadrektorze.
— Właśnie zajrzałem do holu.
— Tak, nadrektorze?
— Wszyscy nasi chłopcy ćwiczą balet.
— Tak, nadrektorze.
— I jest tam kilka dziewcząt z Opery, w tych krótkich sukienkach.
— Tak, nadrektorze. Pomagają drużynie.
Ridcully pochylił się i oparł kostki potężnych pięści o dwa brzegi papieru, nad którym pracował Myślak.
— Dlaczego?
— To pomysł pana Nutta, nadrektorze. Jak rozumiem, powinni się nauczyć równowagi, postawy i elegancji.
— Widziałeś kiedyś, Stibbons, jak pedel Nobbs próbuje stanąć na jednej nodze? Możesz mi wierzyć, to natychmiastowy lek na melancholię.
— Wyobrażam sobie — rzekł Myślak, nie podnosząc wzroku.
— Myślałem, że mają się nauczyć, jak trafiać piłką gole.
— O tak, ale pan Nutt ma filozofię.
— Ma?
— Tak, nadrektorze.
— Wiem tyle, że biegają wszędzie dookoła…
— Tak. Pan Nutt i pan Likely przygotowują coś specjalnego na bankiet. — Myślak wstał i otworzył górną szufladę szafki na dokumenty.
Widok otwieranych szafek na dokumenty zwykle przypominał Ridcully’emu, że powinien być gdzie indziej. Jednak tym razem manewr nie poskutkował.
— Aha, zauważyłem też, że mamy parę nowych piłek.
— Pan Chrappison nie przepuszcza takich okazji.
— Czyli wszystko idzie dobrze? — upewnił się Ridcully lekko zdziwionym tonem.
— Najwyraźniej tak, nadrektorze.
— W takim razie chyba lepiej nie będę się wtrącał. — Ridcully się zawahał. Przez chwilę czuł się niepotrzebny, ale szybko znalazł kolejny temat. — A jak idzie praca przy nowych zasadach, panie Stibbons?
— Och, całkiem dobrze, bardzo dziękuję, nadrektorze. Oczywiście zachowuję niektóre z gier ulicznych, żeby wszyscy byli zadowoleni. Bywają dość dziwaczne.
— Pan Nutt to całkiem porządny gość, jak się okazuje.
— O tak, nadrektorze.
— Miał bardzo dobry pomysł, żeby zmienić budowę gola. Tak mi się wydaje. W ten sposób jest lepsza zabawa.
— Nie ma pan zamiaru trenować, nadrektorze? — zapytał Myślak, przysuwając sobie kolejny dokument.
— Jestem kapitanem! Nie potrzebuję treningu. — Ridcully odwrócił się, by wyjść, ale przystanął jeszcze z ręką na klamce. — Zeszłej nocy pogawędziliśmy sobie długo z byłym dziekanem. Poczciwa dusza w głębi serca, naturalnie.
— Tak, słyszałem, że atmosfera w sali klubowej była bardzo serdeczna, nadrektorze — odparł Myślak.
I kosztowna, dodał w duchu.
— Wiesz, Stibbons, że młody Adrian Rzepiszcz jest profesorem?
— O tak, nadrektorze.
— Chciałbyś też być?
— Właściwie nie, nadrektorze. Sądzę, że na uczelni powinno być jedno czy dwa stanowiska, których nie zajmuję.
— Tak, ale oni nazwali swoją machinę PEX-em! Trudno to uznać za przełomowy pomysł, prawda?
— Och, istnieją pewne znaczące różnice. O ile wiem, używa kur, żeby wygenerować diametrykę blitu.
— Tak się wydaje — przyznał Ridcully. — W każdym razie coś w tym rodzaju.
— Hmm… — mruknął Myślak. A było to całkiem solidne „hmm”, do jakiego można by chyba zacumować niewielką łódkę.
— Coś się nie zgadza? — spytał Ridcully.
— Nie, właściwie nie, nadrektorze. Czy były dziekan wspominał cokolwiek o konieczności całkowitej przebudowy rezonatora morficznego, by uwzględnić zmiany interfejsu blitu/spamowodzi?
— Nie wydaje mi się…
— Och, drobiazg — zapewnił Myślak z nieruchomą twarzą. — Adrian z pewnością w końcu do tego dojdzie. Jest bardzo zdolny.
— No tak, ale wszystko to przecież opiera się na twoich badaniach. To ty zbudowałeś HEX-a. A teraz tamci ogłaszają, że to on jest takim mądralą. Jest nawet na kartach w papierosach.
— To miło, nadrektorze. Dobrze jest, kiedy badacze zyskują uznanie.
Ridcully poczuł się jak komar, który próbuje ukąsić stalowy napierśnik.
— Ha — burknął. — Widzę, że magia bardzo się zmieniła od moich czasów.
— Tak, nadrektorze — zgodził się obojętnie Myślak.
— A przy okazji, panie Stibbons — rzucił jeszcze Ridcully, otwierając drzwi. — Moje czasy jeszcze się nie skończyły.
Z daleka rozległ się krzyk. A potem trzask. Ridcully uśmiechnął się szeroko. Dzień nagle jakby pojaśniał.
Kiedy wraz z Myślakiem dotarli do holu, członkowie drużyny stali kręgiem wokół leżącego na podłodze kolegi. Klęczał przy nim Nutt.
— Co się tu stało? — zapytał Ridcully.
— Mocno poobijany, proszę pana, ale nałożyłem mu kompres.
— Aha.
Wzrok nadrektora padł na wielki, okuty mosiądzem kufer. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak całkiem zwyczajny kufer, dopóki człowiek nie zauważył wystających z dołu małych stopek.
— Bagaż Rincewinda… — warknął. — A gdzie jest on, tam i Rincewind nie może być zbyt daleko z przodu. Rincewindzie!
— To nie moja wina — zapewnił Rincewind.
— To prawda, proszę pana — poparł go Nutt. — Muszę prosić o wybaczenie, ale był to przypadek grupowego nieporozumienia. Jak mi wiadomo, jest to niezwykle magiczna skrzynia na setkach małych nóżek i niestety, ci dżentelmeni uznali, że będzie kopał piłkę niczym demon, jak to mówią. Która to hipoteza, muszę zaznaczyć, okazała się błędna.