Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— Słuchasz mnie, Stibbons?
Myślak zamrugał.
— Eee… Przepraszam, nadrektorze. Właśnie… obliczałem.
— Pytałem, kim jest ten wysoki gość z małą bródką.
— Tamten? To profesor Bengo Macarona, nadrektorze. Z Genoi. Pamięta pan? Roczna wymiana za profesora Prawicza.
— A tak. Biedny Prawicz. Może w obcym języku nie będą się z niego tak śmiali. A pan Macarona przybył tu po naukę? Z pewnością chce popchnąć swoją karierę.
— Raczej nie, nadrektorze. Ma doktoraty z Unki, QIS i z Chubbu, łącznie trzynaście, jest wizytującym profesorem w Rospyepsh, cytowanym w dwustu trzydziestu sześciu pracach oraz, ehm, jednym wniosku rozwodowym.
— Co takiego?
— Zasada celibatu nie jest tam ściśle przestrzegana, nadrektorze. Mają gorącą krew, jak rozumiem. Jego rodzina posiada ogromne ranczo i największą plantację kawy poza Klatchem. Wydaje mi się również, że jego babka jest właścicielką Towarzystwa Żeglugi Morskiej Macarona.
— Więc jak, do wszystkich piekieł, trafił do nas?
— Chce pracować z najlepszymi, nadrektorze — odparł Myślak.
— Myślę, że mówi poważnie.
— Naprawdę? No tak, wydaje się całkiem rozsądny. Ehm… a ten wniosek rozwodowy?
— Niewiele wiem, nadrektorze. Sprawa została zatuszowana.
— Rozgniewany mąż?
— Rozgniewana żona, jak słyszałem — odparł Myślak.
— Ach, czyli był żonaty, tak?
— Według mojej wiedzy nie, nadrektorze.
— Chyba nie całkiem rozumiem — oświadczył Ridcully.
Myślak, który także nie czuł się najlepiej w tej dziedzinie, powiedział bardzo powoli:
— Była żoną innego mężczyzny, jak… sądzę, nadrektorze.
— Ale ja…
Myślak spostrzegł z ulgą, że twarz Ridcully’ego rozjaśnił blask zrozumienia.
— Aha, chodzi o to, że był jak profesor Hayden. Pamiętam, miał zabawne przezwisko.
Myślak przygotował się na dalszy ciąg.
— Wężak. Strasznie lubił węże. Godzinami potrafił opowiadać o wężach, z niewielkim dodatkiem jaszczurek. Bardzo.
— Cieszę się, że tak pan uważa, nadrektorze. Ponieważ wiem, że część studentów…
— Był też stary Postule w naszej osadzie wioślarskiej. Machał sterem przez dwa cudowne lata.
Mina Myślaka się nie zmieniła, choć twarz stała się przez moment zaczerwieniona i błyszcząca.
— Najwyraźniej sporo tego się dzieje — mówił dalej Ridcully. — Ludzie robią tyle zamieszania… Ja tam uważam, że za mało jest na świecie miłości. Zresztą powiadam, że kto nie lubi towarzystwa mężczyzn, ten tutaj nie przychodzi. Brawo dla niego!
Ostatni okrzyk wynikał z tego, że gdy Ridcully był zajęty, piłkarze w końcu zaczęli kopać piłkę i pojawiły się interesujące style pracy nóg.
— Tak, słucham?
Obok nadrektora stanął pedel.
— Pewien dżentelmen chce się widzieć z nadrektorem, proszę pana. Jest magiem, proszę pana. To ten, no… dziekan, kiedyś, a teraz mówi, że też jest nadrektorem.
Ridcully wahał się przez moment. Ale tylko doświadczony obserwator nadrektora, taki jak Myślak, potrafiłby ten moment dostrzec. Kiedy Ridcully się odezwał, mówił chłodno i spokojnie, a każde słowo wykuwał na kowadle samokontroli.
— Cóż za przyjemna niespodzianka, panie Nobbs. Proszę wprowadzić dziekana. Och, i niech pan nie zerka na Stibbonsa, szukając potwierdzenia. Byłbym wdzięczny. Ciągle jeszcze to ja jestem nadrektorem w tych okolicach. I jest tylko jeden. Czy to jakiś problem, panie Stibbons?
— No… Jesteśmy w miejscu publicznym…
Myślak urwał, gdyż nagle nikt już nie zwracał na niego uwagi. Nie zauważył piłki toczącej się w podskokach do pana Nobbsa (żadnego pokrewieństwa). Ani też solidnego kopniaka, jaki ten jej wymierzył, jakby miał do czynienia z bezczelnym najściem puszki jakiegoś urwisa. Myślak zobaczył jednak, jak piłka majestatycznym łukiem sunie w powietrzu w stronę przeciwnego końca holu, gdzie za organami umieszczono okno z witrażem poświęconym nadrektorowi Abastiemu. Codziennie ukazywał jedną z tysięcy scen o mistycznej oraz duchowej naturze. Intuicja, z jaką Myślak przeliczył odległość i trajektorię piłki, zdradziła mu, że aktualnie jaśniejący portret „Biskupa Horna, zdającego sobie sprawę, że tarta z aligatora nie była najlepszym wyborem” pojawił się w samą porę, by mieć wyjątkowego pecha.
I nagle, niczym nowa planeta wpływająca w pole widzenia obserwatorów nieba, jak planety mają to w zwyczaju, rdzawoczerwony kształt uniósł się, rozwijając w locie, chwycił piłkę w powietrzu i wylądował na klawiaturze organów z dźwiękiem „gloing!” w bes.
— Brawo ten małpolud! — huknął nadrektor. — Piękna obrona, ale niestety wbrew regułom.
Ku zaskoczeniu Myślaka wśród graczy rozległy się pomruki sprzeciwu.
— Sądzę, że decyzja ta zyskałaby na ponownym rozważeniu — odezwał się cichy głos za nimi.
— Kto to powiedział? — spytał Ridcully, odwrócił się i spojrzał w nagle przerażone, małe oczy Nutta.
— Nutt, proszę pana. Ściekacz świec. Spotkaliśmy się wczoraj… Pomogłem z piłką…
— I teraz mi mówisz, że się mylę, tak?
— Wolałbym, żeby uważał pan moje słowa za sugestię, w jaki sposób może pan jeszcze bardziej mieć rację.
Ridcully otworzył usta, po czym zamknął je znowu. Wiem, czym on jest, pomyślał. Czy on wie? Czy może mu tego oszczędzili?
— No dobrze, panie Nutt. Czy chciałby pan zgłosić jakąś uwagę?
— Tak, proszę pana. Co jest celem gry?
— Zwycięstwo, oczywiście!
— W samej rzeczy. Niestety, nie jest w ten sposób prowadzona.
— Nie?
— Nie, proszę pana. Wszyscy grający chcą tylko kopnąć piłkę.
— I tak przecież być powinno, prawda?
— Tylko jeśli pan uważa, że celem gry są zdrowe ćwiczenia fizyczne, proszę pana. Czy gra pan w szachy?
— No, zdarzało mi się.
— Czy uznałby to pan za właściwe, gdyby wszystkie pionki pędziły razem po szachownicy w nadziei, że zamatują króla?
Ridcully’ego nawiedziła przelotna wizja Vetinariego, jak trzyma samotnego pionka i mówi, czym może się stać.
— No nie, przecież to całkiem co innego — zaprotestował.
— Owszem, ale sztuka polega na właściwym wykorzystaniu swoich zasobów.
Ridcully zauważył, że za Nuttem pojawia się jakaś twarz niczym wschodzący księżyc gniewu.
— Masz nie rozmawiać z dżentelmenami, Nutt, nie wolno zajmować im czasu swoim gadaniem…
Ridcully poczuł, że ogarnia go fala współczucia dla Nutta. Tym bardziej że Smeems, jak jest w zwyczaju takich ludzi, zerkał na nadrektora, szukając — nie, oczekując — poparcia dla tego aktu małostkowej tyranii. Jednakże ludzie władzy muszą trzymać się razem, a zatem władza wyższego szczebla musi poprzeć władzę szczebla niższego, choćby on sam — wyższy szczebel władzy — uważał niższy szczebel za irytującego zrzędę.
— Dziękuję za troskę, panie Smeems — powiedział Ridcully.
— Jednakże to ja sam poprosiłem pana Nutta o opinię na temat naszego małego pokopywania, ponieważ chodzi tu o grę dla ludu, a on jest bardziej ludem niż ja. Nie będę go zbyt długo odrywał od obowiązków, podobnie jak pana od pańskich, panie Smeems, gdyż wiem, że są zarówno ważne, jak i naglące.
Niższy i niepewny szczebel władzy, jeśli jest bystry, potrafi dostrzec, że wyższy szczebel daje mu szansę zachowania twarzy.