Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— Oni nie zrezygnują. Trudno sobie wyobrazić, jakimi bylibyśmy krasnoludami, gdybyśmy się bez przerwy nie kłócili. — Powiercił się lekko na siedzeniu. — Wiesz, mieli rację, kiedy mówili, że nie obciera i nie jest taka zimna, jak można oczekiwać. Poproś naszego agenta, żeby przekazał ode mnie madame Sharn serdeczne podziękowania za ten wspaniały dar.
Nawet w tak wczesnej porze główny hol uniwersytetu był gwarną arterią. Większość stołów została odsunięta pod ściany albo — ponieważ niektórzy chcieli się popisać — lewitowała pod sufitem. Wielkie, czarne i białe płyty posadzki, wytarte do gładzi przez stopy kroczące po nich od tysiącleci, były polerowane nadal, gdy dzisiejsi profesorowie i studenci skracali sobie tędy drogę do rozmaitych celów, zadań czy w ostateczności — kiedy nie pojawiało się żadne rozsądne usprawiedliwienie — na wykłady.
Wielki kandelabr został opuszczony i odciągnięty na bok, czekając na codzienną wymianę świec. Jednakże — szczęśliwie dla zamierzeń Mustruma Ridcully’ego — pozostała rozległa przestrzeń pustej podłogi.
Zauważył, jak spieszy ku niemu postać, której oczekiwał.
— Jak poszło, panie Stibbons?
— Nadzwyczaj dobrze, nadrektorze, muszę powiedzieć — odparł Myślak. Otworzył worek, który przyniósł ze sobą. — Jedna z tych dwóch to nasza oryginalna piłka, a druga to piłka, którą Nutt i Trevor Likely zrobili zeszłej nocy.
— Ach, znajdź różnicę… — ucieszył się Ridcully.
Chwycił obie w swe ogromne dłonie i upuścił na posadzkę.
Gloing! Gloing!
— Doskonale identyczne — stwierdził.
— Trevor Likely twierdzi, że tę drugą za dwadzieścia dolarów wykonał krasnolud.
— Tak mówił?
— Tak, nadrektorze, a także przekazał mi resztę i pokwitowanie.
— Wygląda pan na zaskoczonego, panie Stibbons.
— No cóż, rzeczywiście, nadrektorze. Chyba źle go oceniałem.
— Możliwe, że nawet młody lampart może zgubić swoje cętki — uznał Ridcully, przyjaźnie klepiąc go w plecy. — Uznajmy, że to punkt dla ludzkiej natury. A teraz… która z tych piłek powinna wrócić do gabloty?
— To niezwykle, nadrektorze, ale pomyśleli o tym, żeby oznaczyć nową piłkę i tutaj jest taka mała biała plamka… Nie, tutaj… Wydawało mi się, że tutaj… Aha! Tu ją mamy! Ta jest nasza. Za chwilę poślę jakiegoś studenta, żeby tę drugą odłożył na miejsce. Zostało jeszcze półtorej godziny.
— Nie. Wolałbym, żeby zrobił to pan osobiście, panie Stibbons. Nie zajmie to więcej niż kilka minut. Proszę szybko wracać, chcę przeprowadzić niewielki eksperyment.
Kiedy Myślak zjawił się z powrotem, Ridcully kręcił się z pozorną obojętnością przy wielkich drzwiach.
— Ma pan przygotowany swój notatnik, panie Stibbons? — zapytał cicho.
— I nowy ołówek, nadrektorze.
— No to dobrze. Zaczynamy eksperyment.
Delikatnie wypuścił nową piłkę na podłogę, wyprostował się i zerknął na stoper.
— Aha, piłka została kopnięta w bok przez profesora nauk niewyzwolonych, możliwe, że przypadkowo. Teraz jeden z pedli, pan Hipney, jeśli dobrze pamiętam nazwisko, kopnął ją dość niepewnie. Jeden ze studentów, Pondlife, jeśli dobrze sobie przypominam, potoczył ją z powrotem. Zyskujemy pęd, panie Stibbons. Nieukierunkowany, to prawda, ale obiecujący. Ale na to nie możemy się zgodzić… Nie wolno dotykać piłki rękami, panowie! — zawołał, sprawnie zatrzymując stopą toczącą się piłkę. — Takie zasady! Naprawdę przydałby się nam gwizdek, Stibbons.
Odbijał piłkę o kamienną podłogę.
Gloing!
— Nie bawcie się tutaj jak dzieciaki kopiące puszkę! Zagrajcie w piłkę! Nożną! Jestem nadrektorem tego uniwersytetu i na Io, zawieszę albo wręcz wydalę każdego, kto będzie się wykręcał bez usprawiedliwienia od matki!
Gloing!
— Dobierzecie się w dwa zespoły, ustawicie gole i będziecie walczyć o zwycięstwo! Nikt nie zejdzie z pola gry, chyba że ranny. Nie wolno używać rąk, zrozumiano? Jakieś pytania?
W górę uniosła się ręka i Ridcully wyszukał wzrokiem związaną z nią twarz.
— Ach, Rincewind… — powiedział, ale że nie był człowiekiem świadomie nieuprzejmym, poprawił się na: — Profesor Rincewind, oczywiście.
— Chciałem prosić o zgodę na pójście po usprawiedliwienie od matki, nadrektorze.
Ridcully westchnął.
— Rincewindzie, poinformowałeś mnie kiedyś, ku mojemu nieustającemu zdumieniu, że nie znałeś swojej matki, ponieważ uciekła przed twoim urodzeniem. Dokładnie pamiętam, że zanotowałem to w swoim dzienniku. Może spróbujesz czegoś innego?
— Pozwolenie, żeby wyruszyć na poszukiwanie matki?
Ridcully się zawahał. Profesor okrutnej i niezwykłej geografii nie miał studentów i właściwie żadnych realnych obowiązków prócz tego, by trzymał się z daleka od kłopotów. Wprawdzie nadrektor nigdy by tego nie przyznał, ale wbrew wszelkiemu rozsądkowi było to stanowisko profesora w stanie spoczynku. Rincewind był tchórzem i mimowolnym klaunem, lecz kilka razy w dość zagadkowych okolicznościach ocalił świat. Ściąga na siebie nieszczęścia, uznał Ridcully. Służy za piorunochron losu, dzięki czemu nikt inny już nie musi za to służyć. Taki osobnik wart jest wiktu i opierunku (nawet uwzględniając zwiększoną ilość poplamionej bielizny) i wiadra węgla dziennie, choć w opinii nadrektora miał przesadną skłonność do narzekania. Jednak był szybki, a zatem przydatny.
— Proszę się zastanowić — tłumaczył Rincewind. — Pojawia się tajemnicza urna i nagle wszystko się kręci wokół piłki. To wróżbne. Znaczy, że wydarzy się coś niedobrego.
— Daj spokój, równie dobrze może to być coś cudownego — zaprotestował Ridcully.
Zdawało się, że Rincewind rozważa tę możliwość.
— Może być cudowne, lecz będzie straszne. Przykro mi, ale tak już jest.
— Jesteśmy na Niewidocznym Uniwersytecie, Rincewindzie. Czego można się obawiać? Oprócz mnie, naturalnie. Wielkie nieba, to przecież sport. — Ridcully podniósł głos. — Podzielcie się na drużyny i grajcie!
Cofnął się i stanął obok Myślaka. Ponagleni gracze, otrzymawszy głośne i wyraźne instrukcje, zbili się w krąg, by metodą ogólnego gwaru ustalić, co powinni przedsięwziąć zamiast tego.
— Nie mogę uwierzyć — stwierdził Ridcully. — Każdy chłopak wie, co robić, kiedy znajdzie coś do kopania. — Złożył dłonie w trąbkę. — No, dalej! Niech wystąpią dwaj kapitanowie. Nie obchodzi mnie, kto to będzie.
Zajęło to więcej czasu, niż się spodziewał, ponieważ ci, którzy nie opuścili holu dyskretnie, zrozumieli, że pozycja kapitana drużyny oferuje wyjątkową szansę bycia celem nieprzewidywalnego gniewu nadrektora. W końcu jednak dwie ofiary zostały wypchnięte naprzód i przekonały się, że nie zdołają łatwo wepchnąć się z powrotem.
— A teraz dobierajcie sobie graczy na przemian. — Zerwał kapelusz i cisnął go na ziemię. — Przecież wszyscy rozumiemy, na czym to polega! Jak małe dziewczynki i różowy kolor! Wiecie, co robić! Wybierajcie na zmianę, żeby jeden miał u siebie dziwnego dzieciaka, a drugi tego grubego… Zostań, Rincewindzie!
Myślak zadrżał mimowolnie, kiedy powróciły wspomnienia szkolnych lat, by z niego zadrwić. Gruby dzieciak w jego klasie nosił nieszczęśliwe przezwisko „Prosiak” Love, a jego ojciec był właścicielem sklepu ze słodyczami, co gwarantowało synowi pewien respekt, nie wspominając już o sile przebicia. W efekcie tylko dziwny dzieciak pozostawał naturalnym celem dla innych chłopców, a to oznaczało dla Myślaka chroniczne piekło — aż do dnia, kiedy z jego palców trysnęły iskry i spodnie Martina Soggera stanęły w ogniu. Jeszcze teraz czuł ich zapach. Najlepsze lata życia, akurat… Może i nadrektor bywa czasami trochę tępy i niekiedy trudno z nim wytrzymać, ale przynajmniej nie daje fangi w nos…