Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 116
Перейти на страницу:

— Wszystko jest połączone — ciągnie mędrzec. Lodowaty wiatr, który hula po izbie nie wiadomo skąd, kołysze ozdobami z rzemyków i kości, skrzeczą ptaki w klatkach. — Wszystko jest połączone i jest jednym. Ale co innego wiedzieć, a co innego poczuć. A ten, kto chce śpiewać pieśni bogów, musi poczuć. Musi obudzić cień swojego umysłu. Spójrz! Tam stoi włócznia. Rzuca cień. Nie możesz sięgnąć po cień włóczni. Jednak gdy sięgniesz po samą włócznię, cień twojej ręki sięgnie po cień włóczni. Ale twój umysł jest niczym ręka, która nie rzuca cienia. Musisz go obudzić, jeśli chcesz sięgnąć po cień rzeczy. Spójrz!

Nie rusza się, lecz widzę, jak jego cień na kamiennej ścianie sięga po cień włóczni. Spoglądam na niego i widzę, że trzyma drzewce. Na stojaku pod ścianą nie ma już broni. Niezłe.

— Tak to działa — oznajmia Bondswif z zadowoleniem. — Jest jedna siła. I są miejsca, w których jest przebudzona. To uroczyska. Siła tam jest i czeka. Poza uroczyskami ta siła tłoczy nam w brzuchy oddech, każe kwitnąć kwiatom albo płynąć wodzie. Jednak tam, na uroczyskach, leży jej część, zgubiona przez pradawnych bogów. Samotna i zdziczała. Tam może zrobić cokolwiek. Trzeba jej tylko powiedzieć co. Czasem posłucha.

— Jak to powiedzieć tak, żeby posłuchała? Czy są jakieś specjalne słowa?

— Tak, potrzebna jest pieśń bogów. Zaczynamy do czegoś zmierzać. Pytam więc dalej:

— Skąd wziąć pieśń bogów?

— To nie przyśpiewka, której możesz się od kogoś nauczyć. To pieśń, którą nucą bogowie. W każdych uszach brzmi inaczej. Samo uroczysko je śpiewa do twoich wewnętrznych uszu. Albo zrozumiesz, albo nie. Albo sam zaśpiewasz i uroczysko da ci, czego chcesz, albo cię zabije.

— A co taka pieśń może zrobić?

— Może działać na rzeczy,na ludzi i zwierzęta. Jest jak gorący wosk w palcach Pieśniarza. Rzeczy można poruszyć, nawet jeśli są daleko. To się przydaje. Można sięgnąć po coś, co leży zbyt daleko, albo zmienić lot strzały lub oszczepu. Można tak samo powalić człowieka lub zwierzę. Można też przywołać je z daleka albo stworzyć jakąś rzecz. Można sprawić, by zmieniły naturę. Można też naginać wolę ludzi i zwierząt, ale to jest najtrudniejsze.

— Widziałem ludzi zmienionych przez pieśni bogów. Zmienionych tak, by przypominali zwierzęta lub rośliny, pozostając jednak ludźmi.

Pokręcił głową.

— Takie rzeczy dzieją się w dalekich krajach, gdzie żyją potężni Pieśniarze. Tacy, którzy umieją rozkazać płodom w łonach matek, by zmieniły naturę. U nas od dawna takich nie ma. Podobno można też przywiązać ciężarną na uroczysku. Jeśli będzie cierpiała, zapragnie, by jej dziecko było chronione, i czasem uroczysko jej posłucha. Urodzi się stwór, który nie będzie wyglądał jak człowiek, lecz w środku będzie człowiekiem. U nas ludzie zabijają za takie rzeczy. Takiego Pieśniarza wieszają na uschłym drzewie, przebijają nowymi oszczepami, duszą niewyprawionym rzemieniem, wiążą żelaznymi łańcuchami, obcinają głowę sierpem, a potem rzucają w bagno, by utonął, i przybijają do dna ostrzami trzech włóczni. Tak mówi prawo. Ale ludzi-zwierzęta z krajów cudzoziemskich można sprzedawać, jeśli zdobyło się ich na wyprawie. Zresztą czasami sami się rodzą, jeśli mieszkają zbyt blisko uroczysk.

Wstaje nagle i krząta się gdzieś po izbie, po czym szybko wraca z niewielkim garnuszkiem, z którego wytrząsa na dłoń jakieś bezkształtne grudki podobne do bursztynów.

— Wybierz jedną — burczy. — Prawą dłonią. A teraz weź pogrzebacz i zamieszaj w węglach. Dobrze. Teraz wrzuć do ognia.

Wrzucam posłusznie. Grudka wpada pomiędzy rozżarzone głownie i zapala się na krótko, sypiąc iskrami. Z żaru zaczyna płynąć strużka bardzo gęstego, czerwonego dymu jak ze świecy dymnej.

— Wsadź prawą dłoń w dym — powiada Oba Niedźwiedzie. Ciepły, pachnący ostro dym owiewa mi dłoń, wije się wśród palców, skręca w kłęby i obłoczki.

— Wystarczy — mówi Bondswif. Zabieram rękę, a wtedy pochyla się i wsadza twarz w dym. Przez jakiś czas trwa tak, mrucząc swoją monotonną przyśpiewkę. Jego głos wznosi się i opada. Przypomina mi się jolk mojej fińskiej babci. Jeśli robiła coś monotonnego, na przykład nadzorowała automat sprzątający, gotowała albo obliczała komuś jakieś księgowe cuda przez Internet, zawodziła w kółko tę samą smętną melodyjkę bez początku i końca. Dziadek Vaainamoinen wychodził wtedy z domu. Jolk babci doprowadzał go do szału. Twierdził, że ona sama nie wie, że jolkuje. No, ale babcia była z Laplandii.

Bondswif trwa tak pochylony, nucąc z twarzą w kłębach dymu, aż zaczyna nagle kaszleć, oczy mu łzawią. Jolk urywa się, zastępuje go charkot i atak kokluszu. Widzę, że rzuca się we wszystkie strony, jakby coś niewidzialnego trzymało Bondswifa za kark w dymie. Zapiera się dłońmi o obmurowane kamieniami palenisko i ciągnie do tyłu, lecz nie może się poruszyć, mimo że żyły wychodzą mu na skroniach z wysiłku. Przez dłuższy czas przyglądam się temu bezczynnie, przekonany, że to część obrzędu. Czarodziej jednak kaszle jak szalony, słyszę rzężenie i dochodzę do wniosku, że szarpiący się coraz rozpaczliwiej i słabiej Oba Niedźwiedzie zwyczajnie się dusi. Jednak zanim zdołam powstać, nieznana siła przytrzymująca maga w palenisku nagle puszcza. Bondswif leci do tyłu, przewraca plecami karło i pada w futra zaścielające podłogę, rzucając się w paroksyzmach, prychając czerwonym dymem i trzymając się oburącz za gardło.

— Wo... wody... — charczę. — Tam... w dzbanie! Wstaję i przynoszę mu gliniany dzban. Pije prosto z naczynia, co chwila zwijając się w nowym ataku kaszlu. W końcu uspokaja się i znienacka ciska dzbanem gdzieś w odległy kąt siedziby w ciemność. Słyszę, że naczynie rozbija się na gliniane skorupy.

— Bodajbyś zdechł! Bodaj cię zaraza zadusiła! — wrzeszczy Bondswif zagadkowo, najwyraźniej nie do mnie, tylko gdzieś tam w mrok. Wstaje, ciągle trzymając się za gardło, i odchodzi w kąt, potykając się o sprzęty oraz zanosząc świszczącym kaszlem. Słyszę, jak zamyka ciężkie, drewniane drzwi z metalowymi okuciami i blokuje je masywną, nakładaną na haki zaworą.

Wraca, pokasłując jeszcze od czasu do czasu, wreszcie siada, popija z rogu i dyszy ciężko. Milczę, choć ciekawi mnie, kogo ma zadusić zaraza, i kusi, żeby go poinformować, że nie należy trzymać twarzy w ognisku. Czekam.

— Dziwne... — zipie Bondswif. — Idziesz z bardzo dalekich stron. Jesteś tak dziwny i obcy, że może rzeczywiście uroczysko cię posłucha. Jesteś i stary, i młody. Żywy i martwy. Zdrowy i chory. Ale najdziwniejsze, że wcale nie chcesz być Czyniącym. Przychodzisz tu i dajesz mi dwa gwichty za pieśni bogów, choć wcale w to nie wierzysz. Uważasz się za mądrego, lecz kupujesz coś, czego wcale nie chcesz. Jeszcze nie widziałem kogoś takiego. Rozkładam bezradnie ręce.

— Przeznaczenie — wzdycham. Bondswif kręci głową.

— Ty nie masz losu — mówi. Nieruchomieję i patrzę na niego. Wcale mi się to nie podoba. — Albo wkrótce zginiesz, albo...

— Albo?

— Albo sam jesteś losem — odpowiada zafrasowany. — Ja jednak sądzę, że zabije cię uroczysko. Dlatego powiem tak: jeśli chcesz odejść swoją drogą, zabierz jednego gwichta i odejdź. A potem trzymaj się z dala od bogów, uroczysk, Czyniących i takich rzeczy.

Wzdycham znowu.

— Chętnie bym tak zrobił. Ale idą czasy, kiedy to Pieśniarze będą mieli może najwięcej do powiedzenia. Może być tak, że to oni będą rządzić ludźmi. Wolałbym, żeby wszystko zależało od rozsądku mężów i żelaza, jak zawsze. Wtedy bym odszedł. Lecz idą złe czasy. Muszę poznać pieśni, żeby je powstrzymać.

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)