Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Rozcieram czoło. Zaczynam czuć się zmęczony.
Oglądam jednak dalej paradę dziwolągów. Są kolejne absurdalne mutacje, ale zdarzają się także osobnicy dziwnie okaleczeni, jakby celowo zniekształceni. Nikt jednak nie ma ludzkich oczu, szerokich zębów, kulistej czaszki i odstających uszu. Nikt nie przypomina Olafa Fjollsfinna, Ulrike Freihoff, Piera van Dykena ani Passionarii Callo.
Nikt.
To tylko cyrk dziwolągów.
Jak to powiedział twórca takiego cyrku, niejaki Barnum? „Codziennie rodzi się nowy frajer”?
Pojawiają się zwykli niewolnicy, tylko że prima sort. Smukłe, postawne dziewczęta o rozmaitym kolorze skóry, muskularni mężczyźni. Nie umiem czytać z tych ich oczu. Oczu wiewiórek, fok i węży. Pozbawione wyrazu paciorki. Są zrozpaczeni? Zobojętniali?
To kultura bez technologii. Coś trzeba też robić z jeńcami. Może lepiej zaprzęgać do pracy niż patroszyć na schodach piramidy i wypuszczać im krew na chwałę Słońca i Upierzonego Węża. Wszędzie tak było.
Na Ziemi też.
Stała kosmiczna.
Jednak czułbym się lepiej, gdyby przepełniało mnie tylko święte oburzenie i poczucie humanistycznej wyższości. A zaczynam się łapać na tym, że kusi mnie, żeby kupić kogoś. Na przykład tę smukłą jak tancerka dziewczynę o purpurowych włosach, kłębiących się niczym chmura. Stoi, osłaniając ramionami piersi, lekko drży z zimna albo ze strachu. Z odległości paru metrów i pod światło wydaje się śliczna. Pomimo trochę za wąskiej czaszki i zbyt pociągłej twarzy jak u wszystkich tutaj. Ma małe, wytatuowane wzorki na czole i policzkach i cienkie brwi.
Wyobrażam sobie to święte oburzenie po drugiej stronie wszechświata.
Jeżeli jej nie kupię, zrobi to ktoś inny. Będzie ją bił, głodził, poniewierał, może torturował, może ją zabije. Będzie pędzić życie domowego zwierzęcia. Będą ją poganiać baby, właściciel albo i właścicielka, wszyscy. Znajdzie się na dole hierarchii. Trochę powyżej krowy. Jej świat ograniczy się do jednej z tutejszych smrodliwych chałup z bali, kożuchów, wszy i skisłego, rybiego tłuszczu. Zapomni nawet, kim była. A potem zestarzeje się i przestanie być śliczna. A tym samym droga.
Przy mnie jej rola ograniczy się do dotrzymywania mi towarzystwa. Także w łóżku, nie bądźmy hipokrytami. Czasem mi pomoże. Nauczę ją różnych rzeczy, ucywilizuję. Potrwa to kilka miesięcy, najwyżej rok, daj Boże. A potem, kiedy będę odlatywał, dam jej złota i pomogę się ustawić. Zostanie wielką panią i ułoży sobie życie.
Kiedy byłem dzieckiem, po sztormie biegałem po plaży i zbierałem wyrzucone przez fale kraby. Zebrałem chyba ze sto. Łapałem je i wynosiłem w morze poza fale przyboju. Zajęło mi to parę godzin, zanim uniosłem wzrok i zobaczyłem, że plaża po horyzont zasłana jest umierającymi krabami. Minęło tyle lat, a ja niczego się nie nauczyłem.
Jednak myśl pozostaje kusząca. Patrzę na nią i nie mogę pozbyć się przedziwnego uczucia. Stać mnie. Wystarczy wskazać ją palcem, wysupłać kilka srebrnych blach z pasa i będzie moja. Tak to tutaj wygląda. Żadnych kolacji przy świecach, żadnych negocjacji.
Wtedy słyszę, że ma czternaście lat.
Chyba jestem daleko od domu.
— Szukam konkretnych ludzi, a nie podobnych albo w ogóle dziwnych, Malfaście Lecący Kamieniu. Jednak bardzo mi pomogliście. Nie kupię żadnego z tych niewolników, jednak dam wam jeszcze po marce srebrem, jeżeli umożliwicie mi obejrzenie wszystkich niewolników jacy są w mieście u innych kupców. Nie myślę o tych, których żeglarze będą wystawiali na placu, ale o pozostałych.
Wędzony Ulle głaszcze się po szczęce.
— Teraz niewolników jest mało. Zły czas, wojna bogów. Coraz mniej wypraw wypływa. Mężowie siedzą w domach i pilnują. Ale możemy zobaczyć to, co jest.
Wieczorem mam wszystkiego dosyć. Obejrzałem jeszcze ze dwie setki ludzi i próbowałem przepytywać w sześciu językach tych, którzy rozumieli, co mówię. Nikt i nigdy nie widział moich rozbitków. Ani tu, ani w krajach, w których ich porwano. Młode dziewczyny wdzięczyły się do mnie i obiecywały mi cuda na kiju, jeżeli je kupię. Kilku sprytniejszych opowiadało mi różne bajki w nadziei, że im się to opłaci. Dzieci, stłoczone w kącie pomieszczenia, patrzyły na mnie przerażonymi oczami zwierzątek w schronisku. Chwytano mnie za ręce i uda. Dziewczęce dłonie mocowały się ze sznurkami rozporka, wieszały mi się na szyi.
Niektórzy, słysząc własną mowę, wpadali w histerię i wykrzykiwali wiadomości, które miałem przekazać ich krewnym. Przeklinali Ludzi Wybrzeża, własnych i cudzych bogów. Błagali o pomoc.
Ale nie było tam nikogo z tych, których szukałem.
Parszywy dzień.
Wracam na plac. Pęka w szwach od wrzasków, bębnów i piszczałek, wszystkie ławy i stoły są już zajęte, płoną ogniska, na rusztach skwierczą mięso i ryby, mętne piwo leje się pienistą strugą do kubków, rogów, dzbanów i gardeł.
Atleif i Grunaldi siedzą na kawałkach futra przy skałach na brzegu, mają własne ognisko i własną beczułkę piwa. Wołają mnie z daleka.
Siedzi tam jeszcze kilku innych podobnych do nich. Powściągliwych i milkliwych. Jednak witają mnie serdecznie. Już wszyscy słyszeli o czarnym bluszczu. Ściskamy sobie bicepsy i karki. Dlaczego nie.
Odpowiada mi ich towarzystwo. Wokół wrzask, dzikie tańce, jacyś faceci ścigają chichoczące dziewczęta, ktoś rzyga z pluskiem do wody. Tu siedzi banda ponuraków i patrzy w ogień. Wymieniamy leniwe uwagi.
Stracili stu trzydziestu ludzi i dwa okręty. Z tego tylko pięćdziesięciu w bitwach i zamorskich awanturach. Reszta przepadła całkiem niedaleko Wybrzeża Żagli na jakiejś przeklętej wyspie. Z powodu jakiejś klątwy. Tyle wynika z tego, co mi mówią, skąpo i niechętnie, a ja się nie dopytuję.
Mam własne problemy.
Gdziekolwiek spojrzę, widzę plażę zasłaną krabami.
Miliony krabów.
Od razu można rozpoznać złe zamiary przechodnia. Widać to po sposobie, w jaki idzie w twoją stronę, po tym, jak patrzy, jak trzyma ręce. Miliony znaków.
Wbijano mi to do głowy.
A mimo to, po drodze do siedziby Lunfa Gorącego Krzemienia, pozwoliłem sobie minąć jednego siedzącego pod ścianą człowieka i wleźć na dwóch pozostałych, mimo że ich sylwetki aż płonęły od adrenaliny i żądzy mordu.
Nawet trudno to nazwać ulicą. Po prostu wąskie przejście pomiędzy dwoma częstokołami. Właściwie opłotek. Pod nogami błoto, kałuże, u wylotu uliczki przemyka pies przygarbiony jak hiena.
Wyglądają jak zabłąkani żeglarze. Idą prosto na mnie, spleceni przyjaźnie ramionami, ten z lewej trzyma w dłoni smukły, gliniany dzban. Rozłączają ramiona, żeby puścić mnie środkiem. Ot, dwóch lekko zataczających się pijaczków.
Nic mnie nie usprawiedliwia. Ani zmęczenie, ani zamyślenie, ani leciutko szumiące w głowie piwo. Szkolono mnie właśnie na takie okoliczności. Levisson chyba by mnie zabił, gdyby to widział. Nigdy nie wolno przechodzić środkiem pomiędzy dwoma ludźmi. Nie wolno gapić się pod nogi i rozmyślać.
Nie w ciemnej uliczce.
Ten z prawej chwyta mnie za rękę powyżej łokcia, a ten z lewej strzela podstępnym, niskim pchnięciem prosto w korpus. Cios idzie po łuku, nie na wprost, między żebra, tylko pod łopatkę. Tryb alarmowy potrzebuje dwóch dziesiątych sekundy na aktywację.
A potem stoję w mrocznej uliczce wśród smolistych cieni i srebrnego światła jednego z księżyców. W dłoni ciąży mi długi, sierpowato wygięty kindżał, który nie należy do mnie. Ból napływa z rozcięcia w mięśniu najszerszym grzbietu powoli i jakby niepewnie. Dwóch ludzi leży przede mną, jeden wparty w ścianę z dziwnie wykrzywioną głową i podwiniętą niemożliwie nogą jak szmaciany pajacyk. Za mną trzeci klęczy w błocie, pochylony jakby składał pokłon.