Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Mam czas.
Bawię się sztuką złota.
Potem zostawiam kosztowne piwo w dzbanie i wchodzę do jednego z kantorów.
— Niech ci błogosławią bogowie, ale niech cię przy tym nie zobaczą, zacny człowieku — wołam i cały czas bezmyślnie bawię się gwichtem. Oglądam oryginalną broń wiszącą na ścianach, pęki kosztownych skórek wyglądają jak duchy śnieżnych lisów.
W powietrzu unosi się zapach jakichś egzotycznych korzeni i wonnych żywic.
Wstaje i uśmiecha się lekko, chowając dłonie pod pachami. Stoi w drzwiach, zagradzając mi drogę. W głębi domostwa, za stertą okutych skrzyń, dwóch spoconych i pachnących świeżo wypitym piwem mężczyzn podnosi się z zydli i ściska krótkie, dobre do walki w tłoku topory. Nie widzę ich. Jeden z nich ma nadkwasotę, drugi lekko utyka na lewą nogę, może ma ciasny but.
— Ładnie powiedziane, przybyszu — mówi łagodnie. — Chcesz coś kupić od Wędzonego Ulle?
— Ktoś mi mówił, że masz czyniące przedmioty. Ale mówię o prawdziwych. Takich, które przybyły z daleka i rzeczywiście coś robią.
— Idź na plac. Tam pełno takich, którzy je sprzedają. Zapytaj u żeglarzy. Chąśnicy przywożą różne rzeczy i nawet nie wiedzą, co to jest. Ja się nie bawię tym łajnem.
— Potrzebuję czegoś specjalnego. I widziałem już plac. Przybyłem z daleka, ale nawet ja wiem, że wartościowych rzeczy nie sprzedaje się na straganach. Szukam czegoś, co nie pojawiło się w tym roku.
— Więc idź dwa domy dalej, gdzie mieszka Grule Słomiany Pies. Może on będzie coś miał. To złoty gwicht?
Robię prostą sztuczkę z palmowaniem monety i dmucham w palce. Pokazuję mu pustą dłoń.
— Nie ma handlu, nie ma złota.
Odwracam się do wyjścia, ale już w drzwiach przystaję.
— A wiesz może, Wędzony Ulle, kto sprzedaje niewolników, ale specjalnych. Szukam dwóch cudzoziemskich kobiet, jednej wyższej niż rosły mąż, lecz chudej, z włosami jak słoma, a drugiej normalnego wzrostu, ale o włosach barwy sadzy i skręconych niczym baranie runo...
Opisuję resztę pozostałej przy życiu ekspedycji, nie zapominając dodać o „ślepych”, rybich oczach, które jednak widzą, i chropawej mowie. I o tym, że mogą uchodzić za obłąkanych albo Pieśniarzy.
Przysuwa sobie zydel i siada przede mną, patrzy oczami jak krople smoły, z których nie potrafię niczego wyczytać.
Przysiadam na stole, na którym piętrzą się posortowane do drewnianych pudełek drobiazgi.
— Jest jeszcze jedna rzecz, którą posiada każdy dobry kupiec, a za którą też dałbym złoto. To wieści. Wieści o ludziach, których ci opisałem. Może pojawili się tutaj albo gdzie indziej? Może sprzedali lub uczynili coś dziwnego? A może to ich sprzedano? Wiesz co, Wędzony Ulle? Dam ci tego gwichta. Na zaliczkę. Jeżeli nie dowiesz się niczego, to mi go oddasz. — Uśmiecham się słodko, wszystkimi zębami, jak wilk. A potem rzucam monetą w belkowaną ścianę.
To nie jest takie trudne. W gruncie rzeczy kwestia stabilizacji rzutu i prędkości początkowej. No i nadgarstka. Trzeba też wiedzieć, że złoto jest miękkim metalem. Moneta w żadnym razie nie przetnie włókien drewna. Trzeba natomiast rzucić w pionową belkę, wtedy się wbije pomiędzy włókna.
Robi jednak wrażenie. Jegomoście w sąsiednim pomieszczeniu tratują się w drzwiach, ale zamierają na widok uniesionej ręki właściciela kantoru.
— Korzennego piwa — mówi Wędzony Ulle. — Zimnego. Prosto ze studni.
Jesteśmy więc przyjaciółmi. Popijamy klarowny napój, w którym kosztowne przyprawy prawie zabijają smród drożdży.
Ulle wyciąga nóż i po dłuższej chwili udaje mu się wydłubać gwichta z belki. Ogląda go uważnie, po czym rzuca na szalkę swojej wagi i stuka bazaltowymi odważnikami.
— Jeżeli będziesz mi jeszcze w przyszłości płacił, nie wbijaj wszystkiego w ściany — mruczy.
Prowadzi mnie potem wąskimi przejściami pomiędzy chałupami, śmierdzi tu moczem, przegniłe deski pod nogami taplają się w błocie.
Potem każe czekać. Stoję w małej uliczce, słuchając psów szczekających za ostrokołem dworu, i zastanawiam się melancholijnie, czy cokolwiek się dzieje, czy też Wędzony usiłuje mnie orżnąć.
Wreszcie otwierają jedno skrzydło bramy i zapraszają mnie do środka.
Na dziedzińcu rośnie kilka owocowych drzew, na trawie ustawiono parę krzeseł i stoliczek. Wędzony Ulle czeka w towarzystwie przyjaciela. Pomarszczonego dziadygi z grdyką tak sterczącą z obwisłej szyi, że można by na niej powiesić kapelusz. To Malfast Lecący Kamień. Szacowny mąż, który wie wszystko o dziwnych niewolnikach.
Siadam z nimi, dostaję zielonkawą czarkę z grubego, pęcherzykowego szkła i nalewają mi uroczyście czegoś, co jest wyraźnie zielone i pachnie jak syrop na kaszel.
Malfast klaszcze, a wtedy dwóch służących otwiera wierzeje budynku, który wziąłem za wyjątkowo długą stodołę. Wyprowadzają bardzo wysoką kobietę, okrytą aż po czubek głowy czerwonym płaszczem z głębokim kapturem.
Milczę.
Zdejmują z niej płaszcz. Dziewczyna jest pod spodem naga i ma zupełnie białą skórę, pokrytą skomplikowanym geometrycznym tatuażem w czerni i czerwieni. Ma długie włosy barwy śniegu, upięte w węzeł. Otwiera tatuowane powieki i widzę nagle białe oczy, przez które prześwituje czerwona tęczówka. Prosty grzbiet wąskiego nosa ciągnie się niemal pionowo i dziewczyna wygląda jak wąż.
— Jest ślepa — odzywa się chrapliwym, bardzo gromkim głosem Malfast. — Tak jak chciałeś. Ślepa, lecz widzi, jak mówiłeś. Jej świat to ciemność. Ledwo co widzi w dzień, ale jej królestwo to dotyk. Nie znosi światła, nawet jej skóra tego nie lubi. Trzeba ją trzymać w mroku i osłaniać od światła. Pochodzi z dalekiego kraju i jest kapłanką cudzoziemskiej bogini, którą zwą Irrhanna. Jej chramy to ciemne jaskinie, a kult polega na obcowaniu z mężczyznami albo niewiastami. Jej wszystko jedno. Widzi w ciemności i widzi dotykiem. A jej dotyk to coś, czego mężowie nie potrafią zapomnieć. Mało je i pięknie śpiewa do swojej bogini, ale to jest bezpieczne, bo ona jest bardzo daleko. Za to wcale nie mówi. Pięć gwichtów złotem. Prawdziwy skarb.
Pociągam łyk napoju i stwierdzam, że to chyba trzeba z żalem uznać za wino. Pachnie jak płyn do kąpieli.
Kręcę głową.
W milczeniu. Co tu gadać. Zostałem bogatym zboczonym amatorem dziwolągów.
To może przygarbiony, miedzianoskóry dziadek z długimi do pasa, srebrnymi włosami i jedną ręką? Stoi w milczeniu i bawi się trzymanymi w dłoni kamykami.
— Ten urodził się całkiem bez oczu i to jako Czyniący. Można go trzymać w domu bez obaw. Jest bezpieczny dla ludzi i bydła. Dzięki swojej sztuce jakby widział. Potrafi wyczytać rzeczy zakryte, kiedy dać mu przedmiot, który do kogoś należał. Prawda jednak, że jest z Kebiru, i lepiej się go rozumie, jeżeli kto zna tamtejszą mowę. Ma jeszcze jedną pieśń — kiedy dasz mu jakąś rzecz, która się złamała, potrafi sprawić, że części się zrosną. To są pieśni obcych bogów i u nas nie sprowadzają niemal żadnego nieszczęścia. Tego oddam za dwadzieścia marek srebra.
Kolejna niewolnica jest obleczona w coś, co przypomina złocisty, obcisły kombinezon do nurkowania, pokryty rudymi zygzakami. Kuca u stóp strażnika, oblizując wargi, i opiera się dłońmi o ziemię. Ma ostre zęby i czarne wargi. Na szyi zapięto jej obrożę z przyczepionym łańcuchem.
— Ta nie jest może całkiem ślepa, ale, tak jak chciałeś, wydaje się niespełna rozumu. Możni w dalekim kraju hodują takie jak ona sztuką Czyniących do ozdoby i własnej obrony, a także do polowań. Futro, które ją porasta, jest prawdziwe. Zimą zrobi się gęstsze, więc wcale nie trzeba jej dawać ubrania. Można ją ułożyć i wtedy będzie strzegła obejścia, ale należy rozdzielać od psów, bo pozagryza. Nie będzie mieć potomstwa ze zwykłym mężem, ale chędożyć można, jak kto lubi. Kosztuje trzydzieści marek srebra.