Oko czasu [Time's Eye - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Серия: Odyseja czasu #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Vis-
- ISBN: 978-83-61516-00-2
- Переводчик: Stefan Baranowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Oko czasu [Time's Eye - pl]». Краткое содержание книги:
— To najwyraźniej istoty ludzkie. Ale z epoki kamienia. De Morgan odrzekł:
— Ale mogą pochodzić z czasów nie tak znów odległych, to znaczy od czasów Aleksandra. Jeden z Macedończyków widywał takich ludzi już przedtem; nazywa ich Zjadaczami Ryb.
Abdikadir przytaknął.
— Na ogół zapominamy, jak bardzo pusty był świat Aleksandra. Parę tysięcy kilometrów stąd leży Grecja Arystotelesa, a tutaj mamy ludzi z neolitu, którzy żyją w taki sposób być może od czasów epoki lodowcowej.
Bisesa rzekła:
— Więc może ten nowy świat Macedończykom nie wydaje się taki dziwny jak nam.
Macedończycy potraktowali Zjadaczy Ryb ostro, przepędzając ich gradem strzał. Następnie oddział wmaszerował do opuszczonej wioski.
Bisesa rozejrzała się wokół z zaciekawieniem. Smród ryb przenikał wszystko. Znalazła na ziemi jakiś nóż, wykonany z kości, chyba z łopatki wieloryba lub delfina. Był misternie rzeźbiony, na jego powierzchni widać było pląsające delfiny.
Josh zbadał chaty.
Spójrz na to. Te chaty to po prostu skóry rozpięte na ramach z kości wielorybów, albo — o, tutaj — ułożone rzędami muszle ostryg. Prawie wszystko, co mają, zawdzięczają morzu — nawet odzienie, narzędzia i domy — to niesamowite!
Bisesa pomyślała, że miejsce to jest niewyobrażalnie bogate jako przykład żywej archeologii i zarejestrowała, ile się dało, nie zważając na biadolenie telefonu. Ale czuła przygnębienie, że tak znaczna część przeszłości została utracona i nigdy nie zostanie poznana; ten fragment wymarłego życia, wyrwanego z kontekstu, to jak kolejna strona wyrwana z księgi pozbawionej tytułu, ocalonej z już nieistniejącej biblioteki.
Ale żołnierze przybyli tu, aby zdobyć zapasy, a nie z powodu archeologii. Jednak niewiele mogli znaleźć. Dokopano się do magazynu i zabrano sproszkowaną mączkę rybną. Schwytano i szybko zarżnięto kilka nędznych owiec, ale okazało się, że ich mięso było słone i miało okropny smak ryb. Bisesa była przerażona tym nonszalanckim zniszczeniem wioski, ale nic nie mogła na to poradzić.
Nad wioską Zjadaczy Ryb unosiło się pojedyncze Oko. Patrzyło, jak Macedończycy odchodzą, tak jak patrzyło na ich przyjście, nie zdradzając żadnej reakcji.
Noc spędzili niedaleko wioski, w pobliżu strumienia. Macedończycy jak zwykle sprawnie rozbili obóz, zaopatrując skórzane namioty w daszki dla ochrony przed deszczem. Pomagali im brytyjscy żołnierze.
Bisesa uznała, że nadszedł czas na pewne zabiegi higieniczne; toalety na statkach Aleksandra nie były zbyt nowoczesne. Poczuła ogromną ulgę, gdy wreszcie zdjęła buty. Szybko opatrzyła stopy. Skarpety były przesiąknięte potem i kurzem, a szczeliny między palcami pokrył zaschnięty brud i wydawało się, że widać początki grzybicy. Oszczędzała to, co jeszcze miała w zestawie medycznym, który w końcu stanowił tylko niewielki zestaw awaryjny.
Rozebrała się i zanurzyła w zimnej wodzie. Nie przejmowała się specjalnie zainteresowaniem mężczyzn. Pożądanie zaspokajano swobodnie w macedońskim obozie. Oczywiście Josh się jej przyglądał, jak zwykle — ale niewinnie, a kiedy go na tym złapała, chował głowę i pokrywał się rumieńcem. Wypłukała ubranie i zostawiła do wyschnięcia.
Kiedy się z tym uporała, Macedończycy już rozpalili ognisko. Położyła się na ziemi w pobliżu ognia, wślizgnąwszy się pod ponczo i podłożywszy plecak pod głowę. Josh jak zawsze umieścił się możliwie najbliżej i położył w taki sposób, aby mógł na nią patrzeć, myśląc, że nikt go nie widzi. Ale za jego plecami Ruddy i Abdikadir odgrywali pantomimę posyłania całusów.
Ruddy zaczął perorować, jak to on:
— Jest nas tak niewielu. Widzieliśmy już duży fragment nowego świata, od Jamrud do wybrzeży Arabii. Ludzi spotyka się rzadko, a myślących ludzi jeszcze rzadziej! Jednak wciąż postrzegamy otaczającą nas pustkę jako ich nieobecność. A powinniśmy ją traktować jako okazję.
Josh mruknął:
— O czym ty gadasz, chłopie?
Ruddy Kipling zdjął okulary i przetarł oczy, które wydawały się małe i zapadnięte.
— Nasze Imperium Brytyjskie znikło, starte z powierzchni ziemi jak rozdanie brydżowe po potasowaniu kart. Zamiast tego mamy to — Mir, nowy świat, czyste płótno. A my, jest nas tak niewielu, być może stanowimy jedyne źródło rozumu, wiedzy i cywilizacji, jakie pozostało.
Abdikadir się uśmiechnął.
— Zgoda, Ruddy, ale tu, na Mirze, nie ma zbyt wielu Anglików, aby zmienić ten sen w rzeczywistość.
— Ale Anglik zawsze był mieszańcem. I to wcale nie jest takie złe. Stanowi sumę rozmaitych wpływów, od potęgi Rzymian do inteligencji współczesnej demokracji. Dlatego musimy zacząć tworzyć nową Anglię — i nowych Anglików! — tutaj, na piaskach Arabii. I możemy zbudować nasze nowe państwo od zera, w oparciu o solidne, angielskie zasady. Każdy byłby absolutnie niezależny, jeśli tylko nie naruszałby praw swych sąsiadów. Szybka i jednakowa dla wszystkich sprawiedliwość w obliczu Boga. Tolerancja religijna i wiara dowolnej postaci. Dom człowieka to jego twierdza. O to chodzi. To jest okazja, żeby uporządkować cały bałagan.
— To wszystko brzmi cudownie — powiedział Abdikadir. — A kto miałby rządzić tym nowym światowym imperium? Mamy to zostawić Aleksandrowi?
Ruddy roześmiał się.
Aleksander osiągnął bardzo wiele jak na swoje czasy, ale był wojskowym despotą, gorzej, dzikusem z epoki żelaza! Widzieliście, jak nad morzem próbował ugłaskać bogów. Może pod tą jego zbroją drzemie właściwy instynkt, ale to nie jest facet tego rodzaju. Na razie to my, cywilizowani ludzie, musimy wszystkim kierować. Jest nas niewielu, ale to my mamy broń. — Ruddy położył się na plecach, podłożywszy rękę pod głowę i zamknął oczy. — Teraz to widzę. Rozdzwonią się kuźnie! Miecz przyniesie pokój, a pokój przyniesie dostatek, wreszcie dostatek przyniesie prawo. To tak naturalne jak rozwój wielkiego dębu. A my, którzy widzieliśmy to już przedtem, będziemy podlewać młode drzewko.
Zamierzał ich zainspirować, ale jego słowa Bisesie wydały się puste, a ich obóz był małym i odosobnionym miejscem, iskierką światła w krainie, w której nawet nie było duchów.
Następnego dnia, w drodze powrotnej, Ruddy poważnie rozchorował się na żołądek. Bisesa i Abdikadir pogrzebali w swych kurczących się zapasach medykamentów z dwudziestego pierwszego wieku i podali mu antybiotyk, po czym sporządzili napój, rozpuszczając w wodzie trochę cukru. Ruddy prosił o swoje opium, twierdząc, że jest to jeden z najstarszych środków przeciwbólowych z hinduskiej farmakopei. Jednak biegunka go osłabiła i jego wielka głowa zaczęła mu ciążyć na szyi. Ale gadał bez ustanku.
— Potrzebujemy nowych mitów, które by nas połączyły — powiedział chrapliwie. — Mity i rytuały; oto, co stanowi naród. Tego brakuje Ameryce, wiecie — to młody naród — było zbyt mało czasu, aby narodziła się tradycja. Ale Ameryki już nie ma i Wielkiej Brytanii także, a stare historie nam się nie przydadzą, już nie.
Josh powiedział cierpko:
— Ty właśnie jesteś tym, który napisze nowe, Ruddy.
— Żyjemy w nowej erze bohaterów — powiedział. — To jest era, w której powstaje nowy świat. To jest nasza szansa. I musimy powiedzieć przyszłości, co zrobiliśmy, jak i dlaczego… — Ruddy nie przestawał mówić, wypełniając przestrzeń swymi marzeniami i planami, dopóki odwodnienie i brak tchu nie zmusiły go do milczenia. Powoli przemierzali ogromną, pustą pustynię.
28. Biszkek
Armia Czyngis-chana okrążyła północny skraj pustyni Gobi.
Kraina była bezkresna, jak przesłonięte pyłem niebo. Czasami widzieli zerodowane, jakby zmęczone wzgórza i raz zobaczyli stado wielbłądów, które kłusowały w oddali, sztywne i napuszone. Kiedy powiał wiatr, chmura żółtego piasku zasłoniła światło; piasek miał smak żelaza, piasek, pomyślał Kola, który mógł powstać milion lat temu albo przed miesiącem. Mongołowie z głowami obwiązanymi materiałem wyglądali jak beduini.