Oko czasu [Time's Eye - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Серия: Odyseja czasu #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Vis-
- ISBN: 978-83-61516-00-2
- Переводчик: Stefan Baranowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Oko czasu [Time's Eye - pl]». Краткое содержание книги:
Kola uznał za charakterystyczne dla wszystkich przedsięwzięć niecywilizowanych Mongołów, że nawet największe kampanie musiały się zacząć od rodeo.
Kiedy już zebrali się ludzie, przygotowania do wymarszu postępowały szybko. Większość jurt zwinięto i załadowano na wozy lub juczne zwierzęta, ale niektóre największe namioty, w tym te, które tworzyły pawilon Czyngis-chana, załadowano na szerokie wozy ciągnione przez woły. Zabrano nawet kapsułę Sojuza. Na rozkaz Czyngis-chana przywieziono ją z wioski Scacataia. Kola zorientował się, że do jej podniesienia wykorzystano machinę oblężniczą. Spoczywała na ciężkim wozie, przywiązana linami z końskiego włosia i wyglądała jak metalowa jurta.
Kola szacował, że podczas marszu na Babilon Czyngis-chanowi będzie towarzyszyło około dwudziestu tysięcy wojowników, większość z nich stanowiła konnica, przy czym każdemu jeźdźcowi miał towarzyszyć co najmniej jeden sługa i dwa lub trzy konie zapasowe. Czyngis-chan podzielił swe siły na trzy dywizje: wojska lewego skrzydła, prawego skrzydła i środka. Środek dowodzony przez samego Czyngis-chana obejmował elitarną gwardię cesarską, w tym ochronę osobistą w sile tysiąca żołnierzy. Sabie i Kola mieli jechać w środku, jako członkowie świty Yeh-lii.
Część sił pozostawiono w garnizonie w Mongolii, aby kontynuowały zadanie scalania tego, co pozostało z imperium.
Garnizonem miał dowodzić jeden z synów Czyngis-chana, To-lui. Ale nawet bez niego siły Czyngis-chana nie uległy istotnemu osłabieniu. Oprócz kanclerza Yeh-lii Czyngis-chanowi towarzyszył jego drugi syn, Ogodei, oraz generał Subedei. Biorąc pod uwagę, że Ogodei był tym, który w poprzednim świecie miał zostać następcą Czyngis-chana, oraz że Subedei był prawdopodobnie najzdolniejszym generałem Czyngis-chana — człowiekiem, który po jego śmierci miał opracować plan inwazji Europy — był to rzeczywiście wspaniały zespół.
Kola był świadkiem chwili, gdy Czyngis-chan żegnał swego syna. Ująwszy twarz Toluia dłońmi, przyciągnął go do siebie i dotknął wargami jednego z jego policzków, oddychając głęboko. Sabie określiła to jako „cmoknięcie na odległość z epoki żelaza”, ale Kola był dziwnie poruszony.
W końcu wzniesiono cesarski sztandar i wśród hałasu trąbek i bębnów oraz okrzyków tłumu pochód ruszył, a za nim długi korowód wiozący ekwipunek. Trzy kolumny pod dowództwem Czyngis-chana, Ogodeia i Subedeia miały się posuwać niezależnie, oddalając się od siebie nawet na odległość setek kilometrów, ale miały pozostawać w kontakcie za pośrednictwem jeźdźców, sygnałów trąbek i sygnałów dymnych. Wkrótce równiny Mongolii pokryły wielkie wzniecane przez pędzących jeźdźców chmury pyłu i drugiego dnia rozdzielone siły straciły kontakt wzrokowy.
Wyruszywszy na zachód od miejsca urodzenia Czyngis-chana, posuwali się wzdłuż dopływu rzeki Onon przez krainę porośniętą trawą. Kola jechał w wozie razem z Sabie, Basilem i innymi dziwnie przygaszonymi handlarzami oraz częścią personelu Yeh-lii. Po pierwszych kilku dniach znaleźli się w krainie mrocznych, ponurych lasów, poprzecinanej błotnistymi dolinami, które często były trudne do przebycia. Niebo było pokryte ołowianymi chmurami i padały ulewne deszcze. Kola czuł się przytłoczony atmosferą tego posępnego miejsca. Ostrzegł Yeh-lii przed kwaśnym deszczem i administrator wydał rozkaz, aby żołnierze mieli czapki na głowach i podniesione kołnierze kurtek.
Żołnierze Czyngis-chana nie byli czystsi niż reszta Mongołów. Ale byli dumni ze swego wyglądu. Ich siodła były wysokie z przodu i z tyłu i miały solidne strzemiona. Mieli na sobie stożkowate filcowe czapki podbite futrem lisa, wilka czy nawet rysia oraz długie, rozpinane od góry do dołu płaszcze. Mongołowie ubierali się w ten sposób od niepamiętnych czasów, ale teraz to byli bogaci ludzie i niektórzy oficerowie mieli na sobie płaszcze haftowane jedwabnymi lub złotymi nićmi i jedwabną bieliznę prosto z Chin. Ale nawet generałowie Czyngis-chana wycierali usta rękawami, a dłonie o spodnie.
Mongołowie byli wprawni i doświadczeni, w końcu był to wynik liczącej setki lat tradycji. Marsz przerywano każdego wieczora, po czym rozdzielano racje żywnościowe: suszone zsiadłe mleko, proso, kumys, czyli napój alkoholowy ze sfermentowanego mleka i suszone mięso. Rano każdy jeździec wsypywał do skórzanej torby trochę suszonego zsiadłego mleka i wlewał wodę; wstrząsy podczas jazdy sprawiały, że niebawem powstawało coś w rodzaju jogurtu, który wypijał z lubością, głośno bekając. Kola zazdrościł Mongołom ich umiejętności, tego, jak wyprawiali krowie skóry czy nawet jak wykorzystywali destylat ludzkiego moczu jako środka przeczyszczającego, kiedy ktoś miał gorączkę.
Armia Czyngis-chana posuwała się sprawnie do przodu, a rozkazy i zmiany planów były przekazywane szybko i bezbłędnie. Kierowanie wojskiem było skuteczne i odbywało się hierarchicznie zgodnie z regułą dziesięciu. Dzięki temu łańcuch rozkazów był uproszczony, a każdy oficer miał nie więcej niż dziesięciu podwładnych. Mongołowie wyposażyli dowódców w liczne prerogatywy, co zwiększało elastyczność armii. A Czyngis-chan dopilnował, aby wszystkie jednostki, aż do najmniejszego plutonu, stanowiły mieszaninę różnych narodowości, klanów i plemion. Nie chciał, aby byli wierni komukolwiek poza nim samym. Kola pomyślał, że jest to niezwykle nowoczesny sposób organizacji armii, nic dziwnego, że ci Mongołowie zmiażdżyli zbieraninę żołnierzy średniowiecznej Europy. Ich system opierał się na sprawnym i lojalnym personelu. Korpus oficerski był starannie wyselekcjonowany w wyniku morderczego szkolenia, dzięki takim ćwiczeniom jak battue, i rzecz jasna dzięki walkom.
Po kilku dniach, wciąż jeszcze w sercu Mongolii, armia przekroczyła trawiastą równinę, kierując się do Karakorum. Kiedyś miasto to stanowiło centrum władzy Ujgurów, a Czyngis-chan uczynił je własną stolicą. Ale nawet z dużej odległości Kola zobaczył, że mury miasta są zrujnowane. Wewnątrz widać było skupisko kilku opuszczonych świątyń, ale pozostałą część miasta zarosła trawa.
Czyngis-chan w towarzystwie swych krzepkich strażników i Ogodeia sztywnym krokiem przemierzał miasto. Minęło zaledwie kilka lat, odkąd je założył, a teraz leżało w gruzach. Kola zobaczył, jak wraca ze wściekłością w oczach, jakby pałał gniewem na bogów, którzy w ten sposób zadrwili z jego ambicji.
W następnych dniach armia przekroczyła dolinę rzeki Orkhon, ogromną równinę otoczoną od wschodu błękitnymi górami. Kola pomyślał, że jest prawie jak marsjańska vallis. Ziemia była tu szara i krucha, a rzeka płynęła leniwie. Niekiedy musieli przeprawiać się w bród przez jej dopływy i mniejsze rzeki. W nocy rozbili obóz na błotnistych wyspach i rozpalili wielkie ogniska z suchej wierzbiny.
Kiedy przeprawili się przez ostatnią rzekę, teren zaczął się wznosić. Sabie powiedziała, że opuszczają nowoczesną mongolską prowincję Arhangay i przekraczają masyw Hangay. Za ich plecami rozciągała się pofałdowana kraina, upstrzona lasami i dolinami, ale po drugiej stronie masywu ujrzeli rozległy krajobraz porośnięty żółtą trawą.
Szeroki szczyt masywu był poprzecinany licznymi grzbiecikami i fałdami terenowymi, zasłanymi potłuczonymi kamykami, jakby zbiegło się w tym miejscu kilka plastrów czasu. Wznosił się tam kopiec z kamieni, który jakimś cudem przetrwał konwulsje czasu. Przechodząc obok, każdy żołnierz dorzucał do kopca kamyk czy kawałek skały. Kola zdał sobie sprawę, że kiedy wszyscy go miną, będzie stanowił spory pagórek.
Na koniec zjechali w dół i znaleźli się na stepie. Masyw zniknął na horyzoncie i wokół rozciągała się teraz zupełnie płaska, pozbawiona drzew równina, porośnięta wysoką trawą, która rozstępowała się przed końmi jak fale. Kiedy ta bezkresna równina rozpostarła się przed nimi, ogrom środkowej Azji sprawił, że nawet Czyngis-chan i jego ambicje jakby skurczyły się i Kola poczuł ogromną ulgę.