Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Oko czasu [Time's Eye - pl]
Oko czasu [Time's Eye - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Oko czasu [Time's Eye - pl]

Электронная книга - «Oko czasu [Time's Eye - pl]». Краткое содержание книги:

Jest rok 1885. Przebywający na Granicy Północno-Zachodniej młody dziennikarz, Rudyard Kipling, jest świadkiem niezwykłego spotkania brytyjskich żołnierzy z wytworem nieprawdopodobnie zaawansowanej technologii: unoszącą się w powietrzu kulą, która wydaje się obserwować wszystko wokół. Niebawem zza okolicznego wzgórza wyłania się uszkodzony helikopter z 2037 roku…
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 84
Перейти на страницу:

Bisesa nie mogła się powstrzymać od sfotografowania tego widowiska. Ale telefon narzekał:

— Co to właściwie jest, park tematyczny? Zapełnisz moją pamięć, zanim zdążymy dotrzeć do Babilonu, i co wtedy zrobisz? I jest mi mokro…

Tymczasem Aleksander zabiegał o przychylność bogów podczas nadchodzącej podróży. Stojąc na dziobie swego statku, wylał do wody zawartość złotej czarki i teraz prosił Posejdona, morskie nimfy i duchy Oceanu, aby chroniły jego flotę. Następnie złożył ofiarę Heraklesowi, którego uważał za swojego przodka, oraz Ammonowi, egipskiemu bogowi, którego utożsamiał z Zeusem i który, jak „odkrył” w pewnym sanktuarium na pustyni, był jego ojcem.

Kilkuset brytyjskich żołnierzy, zebranych naprędce przez oficerów, patrzyło ze zdumieniem, jak Król celebruje swe boskie obowiązki, nie obeszło się przy tym bez złośliwych komentarzy. Ale szeregowcy, jak również sipaje byli zadowoleni z gościnności, jaką im okazywano w macedońskim obozie; dzisiejsze gesty Aleksandra stanowiły ukoronowanie dni wypełnionych składaniem ofiar i świętowaniem, festiwalami muzycznymi i zawodami lekkoatletycznymi. Ostatniej nocy Król podarował każdemu plutonowi „ofiarne” zwierzę, owcę, krowę lub kozę. Bisesa pomyślała, że było to chyba największe barbecue w historii.

Ruddy Kipling, z twarzą osłoniętą czapką z daszkiem, z rozdrażnieniem szarpał wąsy.

— Ale bzdury kłębią się w głowach tych ludzi! Wiesz, kiedy byłem dzieckiem, moja ayah była katoliczką i zabierała nas do kościoła, tego koło ogrodu botanicznego w Parel, jeśli go znasz. Podobała mi się powaga i godność tego wszystkiego. Ale potem mieliśmy opiekunkę, imieniem Meeta, która uczyła nas miejscowych piosenek i zabierała do hinduskich świątyń. Dosyć podobali mi się ich niewyraźnie widoczni, lecz przyjaźni bogowie.

Abdikadir powiedział sucho:

— Interesujące, ekumeniczne dzieciństwo.

— Może — powiedział Ruddy. — Ale historyjki opowiadane dzieciom to jedno, a groteskowy hinduski panteon to trochę co innego: jest potworny i niedorzeczny i roi się w nim od sprośnych fallicznych obrazów! Czymże to jest, jak nie dalekim echem tego nonsesownego rytuału, podczas którego Aleksander marnuje dobre wino, za część czego on się naprawdę uważa?

— Ruddy, kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one — powiedział Josh.

Ruddy poklepał go po plecach.

— Ale koleś, ja nie znam wroniego języka! Więc co mam robić?

Wreszcie ceremonia dobiegła końca. Bisesa i pozostali udali się do łodzi, które miały ich przewieźć na statki. Oni sami i większość brytyjskich wojsk mieli żeglować wraz z flotą, z połową armii Aleksandra, podczas gdy reszta będzie się posuwać brzegiem.

Rozbito obóz i zaczęła się formować kolumna transportowa. Panował chaos, wszędzie wokół kłębiło się tysiące mężczyzn, kobiet, dzieci, kucyków, mułów, wołów, kóz i owiec. Wozy załadowano artykułami i narzędziami potrzebnymi kucharzom, stolarzom, szewcom, zbrojarzom oraz innym rzemieślnikom i handlarzom, którzy towarzyszyli armii. Bardziej tajemnicze kształty z drewna i żelaza stanowiły części katapult i machin oblężniczych. Prostytutki i nosiwody przedzierały się przez tłum i Bisesa dostrzegła dumne głowy wielbłądów wznoszące się wysoko nad ludzką ciżbą. Zgiełk był niesłychany: mieszające się ze sobą dźwięki głosów, dzwonków i trąbek i żałosne jęki zwierząt pociągowych. Obecność oszołomionych małpoludów zamkniętych w prowizorycznej klatce, umieszczonej na osobnym wozie, sprawiała, że panująca atmosfera przypominała prawdziwy cyrk.

Nowożytni byli zachwyceni.

— Co za stado — powiedział Casey. — Nigdy w życiu nie widziałem czegoś podobnego.

Ale wszystko to jakoś do siebie pasowało. Sternicy zaczęli wznosić okrzyki i wiosła z pluskiem zanurzyły się w wodę. Na lądzie i na morzu zwolennicy Aleksandra zaintonowali rytmiczne pieśni.

Abdikadir powiedział:

— To pieśni Sinde. Wspaniały dźwięk, dziesiątki tysięcy głosów połączone w jedno.

— Daj spokój — powiedział Casey — chodźmy na pokład, zanim ci sipaje zajmą najlepsze miejsca.

Plan polegał na tym, że flota miała żeglować na zachód, przez Morze Arabskie, a potem wpłynąć do Zatoki Perskiej, podczas gdy armia i jej ekwipunek będą się posuwały jej śladem wzdłuż południowych wybrzeży Pakistanu i Iranu. Spotkają się ponownie na początku Zatoki, a następnie posuwając się drogą lądową, uderzą na Babilon. Taka równoległa trasa była konieczna; statki Aleksandra nie mogły przebywać na morzu dłużej niż kilka dni bez zaopatrzenia z lądu.

Ale na lądzie pojawiły się trudności. Dziwny deszcz wulkaniczny padał prawie bez przerwy, a niebo pokrywała gruba warstwa szarych jak popiół chmur. Ziemia zamieniła się w błoto, w którym grzęzły pojazdy, zwierzęta i ludzie, a gorąco i wilgoć były niezwykle dokuczliwe. Kolumna transportowa wkrótce miała kilka kilometrów długości, a jej ślad znaczyły trupy padłych zwierząt, nie nadające się do naprawy fragmenty wyposażenia, a po następnych kilku dniach i ludzie.

Casey nie mógł znieść widoku hinduskich kobiet, które musiały iść za wozami lub wielbłądami z wielkimi stosami artykułów na głowach.

Ruddy zauważył:

— Zwróciliście uwagę, że tym facetom z epoki żelaza brakuje tak wiele, nie tylko tego, co oczywiste, jak lampy gazowe, maszyny do pisania czy spodnie, ale całkiem prostych rzeczy, takich jak chomąt u koni pociągowych? Przypuszczam, że nikt o tym dotąd nie pomyślał, a kiedy to zostanie wynalezione, tak już pozostanie…

To spostrzeżenie uderzyło Caseya. Po kilku dniach naszkicował prymitywną taczkę i poszedł do doradców Aleksandra.

Hefajstion w ogóle nie chciał rozpatrzyć jego propozycji i nawet Eumenes był wobec niej sceptyczny, dopóki Casey pośpiesznie nie zmontował prototypu wielkości zabawki, żeby zademonstrować ideę tego pomysłu.

Potem, podczas następnego nocnego postoju, Eumenes kazał zbudować tyle taczek, ile się dało. Było do dyspozycji niewiele drewna, ale wygrzebano i wykorzystano deski z uszkodzonej barki. Owej pierwszej nocy stolarze pod kierunkiem Caseya zmontowali ponad pięćdziesiąt sprawnych taczek, a następnej nocy, nauczywszy się na własnych błędach podczas składania pierwszej partii, udało im się zmontować prawie sto. W końcu była to armia, która na brzegach Indusu zdołała zbudować całą flotę; w porównaniu z tym sklecenie kilku taczek nie było żadną sztuką.

Przez kilka pierwszych dni kolumna pokonywała twardą, kamienistą drogę i taczki sprawiały się dobrze. Było na co popatrzeć, gdy kobiety z kolumny transportowej Aleksandra radośnie pchały taczki, które mogły pochodzić z centrum ogrodniczego w środkowej Anglii, wyładowane artykułami, z dziećmi niepewnie balansującymi na wierzchu. Ale potem znów pojawiło się błoto i taczki zaczęły grzęznąć. Wkrótce Macedończycy zostawili je wśród powszechnych drwin z nowomodnej technologii.

Mniej więcej co trzy dni statki musiały przybijać do brzegu, aby uzupełnić zapasy. Wojsko maszerujące lądem musiało żywić się tym, co napotkało po drodze, zaspokajając własne potrzeby oraz potrzeby załóg i pasażerów na statkach. Stawało się to coraz trudniejsze, kiedy oddalano się od delty Indusu, a ziemia była coraz bardziej jałowa.

Dlatego żeglarze urozmaicali swoje pożywienie tym, co znaleźli w wodach pływowych: okładzinkami, ostrygami, a niekiedy małżami. Pewnego razu, gdy Bisesa uczestniczyła w jednej z tych miłych wypraw poszukiwawczych, spod wody wynurzył się wieloryb, z którego nozdrzy wystrzelił słup wody niebezpiecznie blisko jednego z zakotwiczonych statków. Na początku Macedończycy byli przerażeni, choć Hindusi wybuchli śmiechem. Oddział piechurów pobiegł do morza, głośno krzycząc i waląc w wodę tarczami i włóczniami. Kiedy wieloryb znów się wynurzył, był już o dobre sto metrów od brzegu i więcej go nie widziano.

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 84
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)