Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 163
Перейти на страницу:

Wszyscy zerwali się z miejsc, Jacobo zamknął drzwi i oparł się na nich całym ciałem.

– Przytrzymaj – powiedział Washington patrząc na nich; zająknął się. – Papiery, listy. Trzymajcie drzwi, nie mamy klucza.

Hektor, Solórzano i Llaque rzucili się na pomoc Jacobowi i Santiago, którzy podpierali drzwi; wszyscy przetrząsali kieszenie. Washington pochylony nad nocną szafką, darł papiery i wrzucał do nocnika. Aida podawała mu broszury i ulotki zbierane od innych, krążyła na palcach między drzwiami a łóżkiem. Papiery już płonęły. Na zewnątrz nie było słychać żadnych odgłosów; przywarli do drzwi, nasłuchiwali przykładając do nich ucho. Llaque odsunął się, zgasił światło i w ciemnościach Santiago usłyszał głos Solórzano: a może to fałszywy alarm? Płomyczek w nocniku rósł, to znów się kurczył, i Santiago co pewien czas widział twarz Washingtona, który dmuchał w ogień. Ktoś zakaszlał i ptasi głosik szepnął „cicho”, i zaraz zaczęło kaszleć dwoje naraz.

– Za dużo dymu – szepnął Hektor – trzeba otworzyć okno. Czyjaś postać odsunęła się od drzwi i podeszła do okienka w suficie, ale ledwo dosięgała jego brzegu. Washington objął tego kogoś, uniósł i z otwartego okna wionęło świeże powietrze. Ogień zgasł i teraz Aida podawała nocnik Jacobowi; Washington po raz drugi podniósł Jacoba, a ten wystawił nocnik za okno. Washington zapalił światło: zmarszczone czoła, zapadnięte oczy, spieczona usta. Llaque dał znak, żeby się odsunęli od drzwi, żeby usiedli. Twarz miał wymiętą, w jednej chwili przybyło mu lat.

– Ciągle za dużo dymu – powiedział Llaque. – Palcie papierosy.

– Fałszywy alarm – mruknął Solórzano. – Nic nie słychać.

Santiago i Hektor częstowali wszystkich papierosami, nawet Aida, niepaląca, wzięła jednego. Washington ulokował się koło drzwi i patrzył przez dziurkę od klucza.

– Nie wiecie, że zawsze trzeba przynosić podręczniki uniwersyteckie? – powiedział Llaque; jego mała rączka poruszała się histerycznie. – Zbieramy się, żeby pogadać o studenckich sprawach. Nie politykujemy, to nas nic nie obchodzi. Nie ma Cahuide, nie ma Zrzeszenia. O niczym nie wiecie.

– Idą – powiedział Washington i odsunął się od drzwi. Czyjeś głosy, potem cisza i znów szept, i dwukrotne pukanie.

– To do pana – powiedział ktoś chrypliwie. – Mówią, że w pilnej sprawie.

Aida i Jacobo stali koło siebie, myśli, on ją trzymał za ramię. Washington zrobił krok ku drzwiom, ale otworzyły się same, jak wysadzone granatem: jeden się potknął, zawadził o próg, inni z krzykiem skoczyli do środka, rewolwery gotowe do strzału, ktoś klął ordynarnie, ktoś ciężko dyszał.

– O co chodzi, panowie – powiedział Washington. Dlaczego wchodzicie bez…

– Kto ma broń, niech rzuci na podłogę – powiedział niski mężczyzna w kapeluszu i niebieskim krawacie. – Ręce do góry. Zrewidujcie ich.

– Jesteśmy studentami – powiedział Washington. – Właśnie się…

Ale jeden z policjantów pchnął go i Washington urwał. Obmacali ich od stóp do głów i kazali wyjść gęsiego, z rękami do góry. Na ulicy czekało dwóch żandarmów z kaemami i cała gromada gapiów. Rozdzielili ich, Santiago został wepchnięty do samochodu razem z Hektorem i Solórzano. Siedzieli stłoczeni, tuż przy sobie, śmierdziało potem spod pach. Kierowca mówił coś do małego mikrofonu. Samochód ruszył: Puente de Piedra, Tacna, ulica Wilsona, aleja Espña. Zatrzymali się przed bramą prefektury, jeden z tajniaków poszeptał ze strażnikami i kazali wysiadać. Korytarz pełen otwartych drzwi, jakieś biurka, policjanci i faceci w cywilu, w samych koszulach, schody, następny korytarz, jakby dopiero co zlany wodą, otworzyły się drzwi, wchodzić tutaj, zamknięto i trzask przekręcanego klucza. Mały pokoik, który wyglądał jak poczekalnia notariusza, i tylko jedna ławka pod ścianą. Milczeli patrząc na popękane mury, na wyświeconą podłogę, na jarzącą się żarówkę.

– Dziesiąta – powiedział Santiago. – Zrzeszenie na pewno w tej chwili obraduje.

– Jeżeli wszyscy inni nie siedzą już tutaj – powiedział Hektor.

Czy rano ukaże się wzmianka i stary dowie się o tobie z gazet? Wyobrażałeś sobie tę bezsenną noc w domu, Zavalita, łzy matki, bieganinę, telefony, wizyty, rozplotkowaną Teté, komentarze Chispasa. Tak, paniczu, w domu było wtedy istne piekło, mówi Ambrosio. A Garlitos: pewnie sobie wyobrażałeś, że z ciebie drugi Lenin. Krępy osiłek nagle nabierał rozmachu i kopał: przede wszystkim czułem strach, Garlitos. Wyciągnął papierosy i podsunął tamtym. Palili wszyscy trzej bez słowa, jednocześnie zaciągając się i wypuszczając dym. Właśnie zadeptywali pety, kiedy zgrzytnął zamek:

– Który z was jest Santiago Zavala? – powiedział ktoś od drzwi, twarz była nieznana. Santiago wstał. – W porządku, proszę siadać.

Twarz zniknęła, ponowny zgrzyt klucza.

– To znaczy, że jesteś notowany – szepnął Hektor.

– To znaczy, że ciebie pierwszego wypuszczą – szepnął Solórzano. – I zaraz polecisz na zebranie Zrzeszenia. Niech narobią hałasu. O Llaque i Washingtona, oni są najbardziej zagrożeni.

– Zwariowałeś? – powiedział Santiago. – Dlaczego mieliby mnie wypuścić przed wami?

– Ze względu na twoją rodzinę – powiedział Solórzano z uśmieszkiem. – Więc pamiętaj, powiesz, żeby protestowali, niech narobią hałasu.

– Moja rodzina nie kiwnie palcem – powiedział Santiago. – Zwłaszcza jak się dowiedzą, że należę…

– Nigdzie nie należysz – powiedział Hektor. – Zakarbuj to sobie raz na zawsze.

– Może teraz, jak tylu nas przymknęli, inne uczelnie też się ruszą – powiedział Solórzano.

Siedzieli na ławce, rozmawiali popatrując na przeciwległą ścianę albo na sufit. Hektor wstał, zaczął spacerować tam i z powrotem, mówił, że mu nogi zdrętwiały. Solórzano postawił kołnierz i wsunął dłonie do kieszeni: zimno, nie?

– Aidę też tu przywieźli? – powiedział Santiago.

– Ją wzięli do Chorrillos, to więzienie dla kobiet – powiedział Solórzano. – Nowiuńkie, ma pojedyncze cele.

– Zupełnie bez sensu straciliśmy czas na tę historię dwojga zakochanych – powiedział Hektor. – Można się uśmiać.

– Albo popłakać – powiedział Solórzano. – W sam raz dla radia i teatru. Albo jak w meksykańskim filmie. Ja cię nie puszczę, ja się zabiję, wyrzućcie go z partii, nie, nie, już go nie wyrzucajcie. Cholera, spuścić by im majtki i porządnie przylać, mieszczuchy, paniczyki, psiakrew.

– A ja myślałem, że oni dobrze żyją ze sobą – powiedział Hektor. – Wiedziałeś, że się tak żarli?

– Nic nie wiedziałem – powiedział Santiago. – Ostatnio bardzo rzadko ich widywałem.

– Kłócę się z żoną, więc gwiżdżę na strajk, gwiżdżę na partię i zaraz popełnię samobójstwo – powiedział Solórzano. – Teatr, jak słowo daję.

– Towarzysze też ludzie, mają wrażliwe serduszka – uśmiechnął się Hektor.

– A może z Martineza już coś wydusili – powiedział Santiago. – Może już go zaczęli bić…

– Postaraj się nie okazywać, że masz pietra – powiedział Solórzano. – Bo to jeszcze gorzej.

– Ty sam masz pietra – powiedział Santiago.

– Jasne, że mam – powiedział Solórzano. – Ale nie blednę ze strachu.

– Bo nawet jakbyś zbladł, to i tak nie widać – powiedział Santiago.

– Przynajmniej raz dobrze być czarnuchem – roześmiał się Solórzano. – Nie przejmuj się, chłopie.

Hektor usiadł; miał jeszcze papierosa i zaciągnęli się na spółkę, każdy po razie.

– Skąd oni wiedzieli, jak się nazywam – powiedział Santiago. – Czego on chciał, ten facet.

– Jesteś z dobrej rodziny, więc chcą ci przygotować wytworne zakąski, żebyś się czuł jak u siebie w domu – rzekł Solórzano ziewając. – No, ja już mam dość., zmęczyło mnie to.

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)