Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
Wszyscy zerwali się z miejsc, Jacobo zamknął drzwi i oparł się na nich całym ciałem.
– Przytrzymaj – powiedział Washington patrząc na nich; zająknął się. – Papiery, listy. Trzymajcie drzwi, nie mamy klucza.
Hektor, Solórzano i Llaque rzucili się na pomoc Jacobowi i Santiago, którzy podpierali drzwi; wszyscy przetrząsali kieszenie. Washington pochylony nad nocną szafką, darł papiery i wrzucał do nocnika. Aida podawała mu broszury i ulotki zbierane od innych, krążyła na palcach między drzwiami a łóżkiem. Papiery już płonęły. Na zewnątrz nie było słychać żadnych odgłosów; przywarli do drzwi, nasłuchiwali przykładając do nich ucho. Llaque odsunął się, zgasił światło i w ciemnościach Santiago usłyszał głos Solórzano: a może to fałszywy alarm? Płomyczek w nocniku rósł, to znów się kurczył, i Santiago co pewien czas widział twarz Washingtona, który dmuchał w ogień. Ktoś zakaszlał i ptasi głosik szepnął „cicho”, i zaraz zaczęło kaszleć dwoje naraz.
– Za dużo dymu – szepnął Hektor – trzeba otworzyć okno. Czyjaś postać odsunęła się od drzwi i podeszła do okienka w suficie, ale ledwo dosięgała jego brzegu. Washington objął tego kogoś, uniósł i z otwartego okna wionęło świeże powietrze. Ogień zgasł i teraz Aida podawała nocnik Jacobowi; Washington po raz drugi podniósł Jacoba, a ten wystawił nocnik za okno. Washington zapalił światło: zmarszczone czoła, zapadnięte oczy, spieczona usta. Llaque dał znak, żeby się odsunęli od drzwi, żeby usiedli. Twarz miał wymiętą, w jednej chwili przybyło mu lat.
– Ciągle za dużo dymu – powiedział Llaque. – Palcie papierosy.
– Fałszywy alarm – mruknął Solórzano. – Nic nie słychać.
Santiago i Hektor częstowali wszystkich papierosami, nawet Aida, niepaląca, wzięła jednego. Washington ulokował się koło drzwi i patrzył przez dziurkę od klucza.
– Nie wiecie, że zawsze trzeba przynosić podręczniki uniwersyteckie? – powiedział Llaque; jego mała rączka poruszała się histerycznie. – Zbieramy się, żeby pogadać o studenckich sprawach. Nie politykujemy, to nas nic nie obchodzi. Nie ma Cahuide, nie ma Zrzeszenia. O niczym nie wiecie.
– Idą – powiedział Washington i odsunął się od drzwi. Czyjeś głosy, potem cisza i znów szept, i dwukrotne pukanie.
– To do pana – powiedział ktoś chrypliwie. – Mówią, że w pilnej sprawie.
Aida i Jacobo stali koło siebie, myśli, on ją trzymał za ramię. Washington zrobił krok ku drzwiom, ale otworzyły się same, jak wysadzone granatem: jeden się potknął, zawadził o próg, inni z krzykiem skoczyli do środka, rewolwery gotowe do strzału, ktoś klął ordynarnie, ktoś ciężko dyszał.
– O co chodzi, panowie – powiedział Washington. Dlaczego wchodzicie bez…
– Kto ma broń, niech rzuci na podłogę – powiedział niski mężczyzna w kapeluszu i niebieskim krawacie. – Ręce do góry. Zrewidujcie ich.
– Jesteśmy studentami – powiedział Washington. – Właśnie się…
Ale jeden z policjantów pchnął go i Washington urwał. Obmacali ich od stóp do głów i kazali wyjść gęsiego, z rękami do góry. Na ulicy czekało dwóch żandarmów z kaemami i cała gromada gapiów. Rozdzielili ich, Santiago został wepchnięty do samochodu razem z Hektorem i Solórzano. Siedzieli stłoczeni, tuż przy sobie, śmierdziało potem spod pach. Kierowca mówił coś do małego mikrofonu. Samochód ruszył: Puente de Piedra, Tacna, ulica Wilsona, aleja Espña. Zatrzymali się przed bramą prefektury, jeden z tajniaków poszeptał ze strażnikami i kazali wysiadać. Korytarz pełen otwartych drzwi, jakieś biurka, policjanci i faceci w cywilu, w samych koszulach, schody, następny korytarz, jakby dopiero co zlany wodą, otworzyły się drzwi, wchodzić tutaj, zamknięto i trzask przekręcanego klucza. Mały pokoik, który wyglądał jak poczekalnia notariusza, i tylko jedna ławka pod ścianą. Milczeli patrząc na popękane mury, na wyświeconą podłogę, na jarzącą się żarówkę.
– Dziesiąta – powiedział Santiago. – Zrzeszenie na pewno w tej chwili obraduje.
– Jeżeli wszyscy inni nie siedzą już tutaj – powiedział Hektor.
Czy rano ukaże się wzmianka i stary dowie się o tobie z gazet? Wyobrażałeś sobie tę bezsenną noc w domu, Zavalita, łzy matki, bieganinę, telefony, wizyty, rozplotkowaną Teté, komentarze Chispasa. Tak, paniczu, w domu było wtedy istne piekło, mówi Ambrosio. A Garlitos: pewnie sobie wyobrażałeś, że z ciebie drugi Lenin. Krępy osiłek nagle nabierał rozmachu i kopał: przede wszystkim czułem strach, Garlitos. Wyciągnął papierosy i podsunął tamtym. Palili wszyscy trzej bez słowa, jednocześnie zaciągając się i wypuszczając dym. Właśnie zadeptywali pety, kiedy zgrzytnął zamek:
– Który z was jest Santiago Zavala? – powiedział ktoś od drzwi, twarz była nieznana. Santiago wstał. – W porządku, proszę siadać.
Twarz zniknęła, ponowny zgrzyt klucza.
– To znaczy, że jesteś notowany – szepnął Hektor.
– To znaczy, że ciebie pierwszego wypuszczą – szepnął Solórzano. – I zaraz polecisz na zebranie Zrzeszenia. Niech narobią hałasu. O Llaque i Washingtona, oni są najbardziej zagrożeni.
– Zwariowałeś? – powiedział Santiago. – Dlaczego mieliby mnie wypuścić przed wami?
– Ze względu na twoją rodzinę – powiedział Solórzano z uśmieszkiem. – Więc pamiętaj, powiesz, żeby protestowali, niech narobią hałasu.
– Moja rodzina nie kiwnie palcem – powiedział Santiago. – Zwłaszcza jak się dowiedzą, że należę…
– Nigdzie nie należysz – powiedział Hektor. – Zakarbuj to sobie raz na zawsze.
– Może teraz, jak tylu nas przymknęli, inne uczelnie też się ruszą – powiedział Solórzano.
Siedzieli na ławce, rozmawiali popatrując na przeciwległą ścianę albo na sufit. Hektor wstał, zaczął spacerować tam i z powrotem, mówił, że mu nogi zdrętwiały. Solórzano postawił kołnierz i wsunął dłonie do kieszeni: zimno, nie?
– Aidę też tu przywieźli? – powiedział Santiago.
– Ją wzięli do Chorrillos, to więzienie dla kobiet – powiedział Solórzano. – Nowiuńkie, ma pojedyncze cele.
– Zupełnie bez sensu straciliśmy czas na tę historię dwojga zakochanych – powiedział Hektor. – Można się uśmiać.
– Albo popłakać – powiedział Solórzano. – W sam raz dla radia i teatru. Albo jak w meksykańskim filmie. Ja cię nie puszczę, ja się zabiję, wyrzućcie go z partii, nie, nie, już go nie wyrzucajcie. Cholera, spuścić by im majtki i porządnie przylać, mieszczuchy, paniczyki, psiakrew.
– A ja myślałem, że oni dobrze żyją ze sobą – powiedział Hektor. – Wiedziałeś, że się tak żarli?
– Nic nie wiedziałem – powiedział Santiago. – Ostatnio bardzo rzadko ich widywałem.
– Kłócę się z żoną, więc gwiżdżę na strajk, gwiżdżę na partię i zaraz popełnię samobójstwo – powiedział Solórzano. – Teatr, jak słowo daję.
– Towarzysze też ludzie, mają wrażliwe serduszka – uśmiechnął się Hektor.
– A może z Martineza już coś wydusili – powiedział Santiago. – Może już go zaczęli bić…
– Postaraj się nie okazywać, że masz pietra – powiedział Solórzano. – Bo to jeszcze gorzej.
– Ty sam masz pietra – powiedział Santiago.
– Jasne, że mam – powiedział Solórzano. – Ale nie blednę ze strachu.
– Bo nawet jakbyś zbladł, to i tak nie widać – powiedział Santiago.
– Przynajmniej raz dobrze być czarnuchem – roześmiał się Solórzano. – Nie przejmuj się, chłopie.
Hektor usiadł; miał jeszcze papierosa i zaciągnęli się na spółkę, każdy po razie.
– Skąd oni wiedzieli, jak się nazywam – powiedział Santiago. – Czego on chciał, ten facet.
– Jesteś z dobrej rodziny, więc chcą ci przygotować wytworne zakąski, żebyś się czuł jak u siebie w domu – rzekł Solórzano ziewając. – No, ja już mam dość., zmęczyło mnie to.