Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 163
Перейти на страницу:

Skulił się pod ścianą i zamknął oczy. Mocne ciało, twarz koloru popiołu, szeroki nos, myśli, i sztywno sterczące włosy; to była jego pierwsza wpadka.

– Posadzą nas razem z kryminalnymi? – powiedział Santiago.

– Oby nie – powiedział Hektor. – Nie mam ochoty dać się okradać kieszonkowcom. Patrz, jak to sobie towarzysz chrapie. Ma rację, trzeba pokimać, może trochę odpoczniemy.

Oparli głowy o ścianę, zamknęli oczy. W chwilę później Santiago usłyszał kroki i spojrzał na drzwi; Hektor też się wyprostował. Trzask klucza, ta sama twarz co przedtem:

– Zavala, proszę ze mną. Tak, tylko pan.

Osiłek nabierał rozmachu, a on wychodząc zobaczył otwarte, zaczerwienione oczy Solórzano. Korytarz, drzwi jedne przy drugich, schodki, znów korytarz z kamienną podłogą, zakręty w górę, w dół i przy oknie żandarm z karabinem. Facet dreptał obok niego z rękami w kieszeniach; metalowe tabliczki, których nie zdążył przeczytać. Proszę tu wejść, usłyszał, i został sam. Duży pokój, niemal zupełnie ciemny: biurko z małą lampką bez klosza, gołe ściany, fotografia Odrii z szarfą prezydencką, jak noworodek w pieluszce. Zrobił krok do tyłu, spojrzał na zegarek, pół do pierwszej, tamten nabierał rozmachu, a jemu miękły nogi, chciało mu się sikać. Po chwili drzwi się otworzyły, Santiago Zavala? powiedział głos bez twarzy. Tak, señor, jest tutaj. Kroki, głosy, profil don Fermina wychylający się spoza stożka światła, jego otwarte ramiona, jego twarz przy mojej, myśli.

– Wszystko w porządku, chudzino? Nic ci nie zrobili, chudy?

– Nic, tatusiu. Nie wiem, czemu mnie tu przywieźli, ja nic nie zrobiłem, tato.

Don Fermín popatrzył mu w oczy, znów go uścisnął, odstąpił, uśmiechnął się i zwrócił w stronę biurka, przy którym już zdążył usiąść tamten facet.

– No widzi pan, don Fermín – ledwo było widać jego twarz, Garlitos, głos miał niechętny, usłużny. – Ma pan swego pupilka, jest zdrów i cały.

– Ten chłopak ciągle mi przysparza kłopotów – biedak chciał być naturalny, a wypadało mu to jak w teatrze, Garlitos, był śmieszny. – Zazdroszczę panu, don Cayo, pan nie ma dzieci.

– Kiedy człowiek się starzeje – a jakże, Garlitos, Cayo Bermúdez we własnej osobie – to może chciałby mieć kogoś, kto go zastąpi, jak już zejdzie ze świata.

Don Fermín zdobył się na wymuszony śmiech, przysiadł na rogu biurka, a Cayo Bermúdez wstał: więc to był on, to on tam był. Twarz o suchej, pergaminowej skórze, płaska i bez wyrazu. Może pan usiądzie wygodniej, don Fermín? Nie, nie, don Cayo, tak jest bardzo dobrze.

– No więc widzi pan, młody człowieku, w co się pan wpakował – życzliwie i przyjaźnie, Garlitos, jakby się nade mną użalał. – Tak to jest, kiedy się politykuje, zamiast studiować.

– Ja nie politykuje – powiedział Santiago. – Byłem z kolegami, nic takiego nie robiliśmy.

Ale Bermúdez odwrócił się i częstował papierosami don Fermina, który skwapliwie, ze sztucznym uśmiechem wziął jednego „inca”, on, który palił tylko chesterfieldy i nienawidził czarnego tytoniu, Garlitos, i zaraz go włożył do ust. Zaciągał się łapczywie i kaszlał, szczęśliwy, że może coś robić, aby ukryć zmieszanie, Garlitos, był w cholernie głupiej sytuacji. Bermúdez znudzony patrzył na polatujące kółka dymu i nagle jego oczy natrafiły na Santiago:

– To dobrze, kiedy młodzież jest buntownicza i popędliwa – takim tonem jakby plótł coś na spotkaniu towarzyskim, Garlitos, jakby to było nieważne, co mówi. – Ale spisek komunistyczny to co innego. Czy pan nie wie, że komunizm jest wyjęty spod prawa? A gdybym tak zastosował do pana ustawę o Bezpieczeństwie Wewnętrznym?

– Ustawie o Bezpieczeństwie Wewnętrznym nie podlegają smarkacze, którzy nie wiedzą, co robią, don Cayo – z powściąganą złością. Garlitos, nie podnosząc głosu i hamując się, żeby mu nie powiedzieć, ty psie, ty parobku.

– Zaraz, chwileczkę, don Fermín – jakby się z lekka obruszył, Garlitos, przecież on żartował, jak można nie rozumieć jego żartów. – To nie jest ani dla smarkaczy, ani tym bardziej dla syna kogoś tak nam oddanego jak pan.

– Santiago to trudny chłopiec, wiem to nie od dziś – z uśmiechem i nagle poważniejąc, Garlitos, z każdym słowem coraz bardziej serio. – Ale nie trzeba przesadzać, don Cayo. Mój syn nie konspiruje, a tym bardziej nie z komunistami.

– Niech on sam odpowie, don Fermín – przyjaźnie i usłużnie, Garlitos. – Niech powie, co robił w tym hoteliku, co to jest Frakcja, co to jest Cahuide. Niech panu wytłumaczy te wszystkie dziwne słowa.

Wypuścił haust dymu i z melancholijnym wyrazem twarzy obserwował, jak ulatuje w powietrze.

– W naszym kraju nie ma komunistów, don Cayo – zmagając się z kaszlem i z własnym gniewem, Garlitos, i z nienawiścią przydeptując niedopałek.

– Jest ich bardzo mało, ale nam szkodzą – jakby mnie tam już nie było, Garlitos, albo jakbym nigdy tam się nie znalazł. – Drukują na powielaczu takie pisemko, „Cahuide”. Podsmradzają na Stany Zjednoczone, na prezydenta, na mnie. Mam komplet egzemplarzy, pokażę panu kiedyś.

– Nie mam z tym nic wspólnego – powiedział Santiago. – Nie znam żadnego komunisty na San Marcos.

– Pozwalamy im się bawić w rewolucję czy w co tam chcą, byle za bardzo nie rozrabiali – jakby wszystko to, co mówił, śmiertelnie go nudziło, Garlitos. – Ale strajk polityczny, popieranie tramwajarzy, niech pan pomyśli, co ma wspólnego San Marcos z tramwajarzami. Tego już za wiele.

– Strajk nie jest polityczny – powiedział Santiago. – Uchwaliło go Zrzeszenie. Wszyscy studenci…

– Ten młody człowiek jest delegatem ze swego roku, delegatem Zrzeszenia, delegatem do Komitetu Strajkowego – nie słuchając mnie i nie patrząc na mnie, Garlitos, z uśmiechem skierowanym do mojego starego, jakby mu opowiadał dobry kawał. – Cahuide, tak się nazywa organizacja komunistyczna, a pański syn jest jej członkiem, i to od dawna. Razem z nim zatrzymano całą grupę, wśród nich dwóch znanych terrorystów o mocno obciążonym koncie. Nie było innej rady, don Fermín.

– Mój syn nie może tu zostać, on nie jest przestępcą – już nie panując nad sobą, Garlitos, już krzycząc i waląc pięścią w biurko. – Jestem oddany rządowi, i to nie od wczoraj, ale od pierwszej chwili, i należą mi się jakieś względy. Jeszcze dzisiaj pójdę z tym do prezydenta.

– Ależ, don Fermín – boleśnie dotknięty, Garlitos, jakby go zdradzał najlepszy przyjaciel. – Wezwałem pana, żeby to załatwić między nami, wiem lepiej niż ktokolwiek inny, że pan jest najbardziej oddanym sojusznikiem naszego rządu. Chciałem tylko poinformować pana o postępowaniu syna, nic poza tym. To oczywiste, że nie jest aresztowany. Może go pan zaraz stąd zabrać, don Fermín.

– Bardzo dziękuję, don Cayo – teraz znów zmieszany, Garlitos; przetarł wargi chusteczką, starał się uśmiechnąć. – A co do mego syna, może pan nie mieć obaw, już ja się postaram sprowadzić go na właściwą drogę. Więc jeśli pan pozwoli, pojedziemy do domu. Może pan sobie wyobrazić, co przeżyła jego matka.

– Oczywiście, proszę zaraz jechać i uspokoić małżonkę – pełen skruchy, Garlitos, jakby chciał naprawić swój błąd i znowu wkraść się w łaski. – Aha, jeszcze jedno, nazwisko młodego człowieka nigdzie nie będzie wymienione, to jasne. Nie mamy [ego karty, nie jest zanotowany, zapewniam pana, że nie pozostanie żaden ślad po tym incydencie:

– Tak, to by mogło zaszkodzić chłopcu w przyszłości – z uśmiechem, potakując mu, Garlitos, starając się okazać, że już między nimi zgoda. – Dziękuję, don Cayo.

Wyszli. Oni szli przodem, don Fermín i mała, skurczona figurka Bermúdeza; szary prążkowany garnitur, krótkie, szybko drepczące kroki. Nie odpowiadał na ukłony żandarmów ani na „dobry wieczór” tajniaków. Podwórze, fasada prefektury, kraty ogrodzenia, świeże powietrze, ulica. Samochód czekał pod bramą. Ambrosio zdjął czapkę, otworzył drzwiczki, uśmiechnął się do Santiago, dobry wieczór, paniczu. Bermúdez skłonił się z przepraszającą miną i zniknął w głównych drzwiach. Don Fermín wsiadł do samochodu: do domu, Ambrosio, gazem. Ruszyli i wóz przemknął ku ulicy Wilsona, skręcił w Arequipa, za każdym rogiem zwiększając szybkość, a przez okienko wpadało tyle powietrza, Zavalita, można było oddychać i nie myśleć.

1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)